Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

W 1944 roku krajobraz okupacyjny w Dzierzązni zaczął się szybko zmieniać. Wraz z pojawieniem się dużej ilości żołnierzy Wehrmachtu, coraz mniejsza stawała się aktywność Niemców z Kolonii. Żołnierze stacjonowali zwykle kilka dni, zajmowali cześć mieszkań lub pomieszczeń gospodarczych, ale z tego, co pamiętam, ich zachowanie w stosunku do Polaków było zupełnie poprawne. Nie bili, nie krzyczeli, nic nie zabierali, a jeśli już czegoś im było potrzeba, to o to prosili, przeważnie na migi, gdyż mało Polaków znało język niemiecki.

Pamiętam, jak pewnego dnia przyjechali do nas Niemcy z Kolonii. Jak zwykle zaczęli na nas krzyczeć, popychać, przeszukując gospodarstwo i zabierać resztki żywności, które znaleźli. Niemiecki oficer, który zajmował pokój w naszym domu, widząc to, wyszedł z pistoletem w reku i po krótkiej rozmowie Niemcy z Kolonii szybko odjechali, zostawiając wszystko, co nam zabrali.

Miałem już 10 lat i to, co widziałem z uzbrojenia Wehrmachtu było dla mnie niesłychanie interesujące. Widząc gapiącego się z nabożnością na czołgi, samochody, działa żołnierze mnie nie odpędzali, pozwalali mi oglądać, a czasami i wejść do środka samochodu pancernego. Pamiętam jednego kucharza, gdyż mieli także swoje kuchnie polowe, który mi niesłychanie imponował sposobem smażenia naleśników. Aby je przewrócić, nie używał łopatki, tylko podrzucał naleśnik do góry, który nieomylnie spadał drugą swoją stroną na patelnię. Po spektaklu obserwującym go dzieciom dawał kilka naleśników do zjedzenia. Ten kucharz był dla mnie bardzo nie-niemiecki, a w ogóle to tych żołnierzy wcale się nie bałem.

Koniec okupacji niemieckiej zbliżał się szybkimi krokami. Coraz więcej wojsk przejeżdżało przez Dzierząznię w kierunku zachodnim. Coraz mniej samolotów przylatywało na lotnisko zbudowane w 1943 roku w Gumowie, niedaleko nas. Pewnego poranka zelektryzowała nas wszystkich wiadomość, że spadł sowiecki samolot. Pobiegliśmy na torfowiska, gdzie rzeczywiście leżał trochę połamany, na pół w wodzie, dwumotorowy samolot… niemiecki. Widocznie z braku paliwa nie doleciał do lotniska, ale dla nas był to znak, że front jest coraz bliżej. Wiedzieliśmy już, że koniec okupacji jest bliski, tym bardziej, że Niemcy z Kolonii zaczęli odjeżdżać, pakując, co się dało na wozy. Już nie byli tacy butni jak dawniej.

Niestety, dla nas i dla wszystkich oczekujących z ogromną nadzieją wyzwolenia od Niemców, ofensywa wojsk sowieckich nie nadchodziła. Nikt nie wiedział, co się dzieje, dlaczego wojska wyzwoleńcze nie wykorzystują paniki Niemców i dlaczego ofensywa zatrzymała się nagle przed Warszawą. To było w październiku 1944 roku. W Dzierzązni każdego wieczora ludzie wychodzili z domów i patrzyli w stronę Warszawy, oddalonej stąd o około 70 km. Widać było ogromną łunę oświetlającą część ciemnego nieba, z częstymi rozbłyskami rozrywających się tam bomb. Słychać było głuchy odgłos wybuchów. Kobiety popłakiwały, żegnając się często na widok większych rozbłysków na niebie.

Pewnego dnia zobaczyliśmy przelatujące nad nami w stronę Warszawy setki samolotów. Leciały w eskadrach po 9 maszyn składających się z 3 kluczy i tutaj nikt nigdy nie widział takiej ilości samolotów. Wszyscy mówili, że to są samoloty angielskie, lecące na pomoc oblężonym powstańcom Warszawy. Obok zgrupowanych bombowców czteromotorowych widać było jednomotorowe samoloty myśliwskie, które oblatywały je wokoło; chyba, aby je ochraniać. Lecz ani niemieckich samolotów, ani obłoczków od rozrywających się pocisków artylerii przeciwlotniczej, niczego nie było widać. Dowiedzieliśmy się później, że samoloty, których część była pilotowana przez Polaków, transportowały broń przeznaczoną dla powstańców. Niestety, nie mając zezwolenia sowietów na lądowanie, lotnicy zmuszeni byli zrzucić ją na spadochronach i w rezultacie większość tej broni wpadła w ręce niemieckie, z wielką szkodą dla walczących bohatersko i prawie bezbronnych powstańców.

Sowieci woleli poczekać, aż Niemcy rozprawią się sami z powstańcami Warszawy, a szczególnie z AK-owcami, którzy będąc pod rozkazami polskiego rządu emigracyjnego w Londynie, nie byli zwolennikami władzy sowieckiej. Tak wiec nowa ofensywa zaczęła się dopiero w styczniu 1945 roku, gdy Niemcy jak – zwykle staranni – zakończyli pacyfikację Warszawy, niszcząc ponad 95 % istniejącej zabudowy. W Powstaniu zginęło ponad 200 000 Polaków, a resztę mieszkańców Niemcy mieli czas wywieźć do obozów koncentracyjnych lub wypędzić z miasta.

Któregoś dnia, chyba na początku lutego 1945 roku, nieustanny i niekończący się marsz żołnierzy drogą przez Parcele spowodował, że wszyscy siedzieliśmy w domu, bojąc się wyjść na zewnątrz. Słychać było częste odgłosy strzałów całkiem w pobliżu naszego domu. Nagle usłyszeliśmy ogromny huk i część szyb wyleciała z okien. Mimo strachu wybiegliśmy przed dom, aby stwierdzić, że w odległości 40 m powstał kilkumetrowy dół jak po wybuchu pocisku dużego kalibru. Albo bomby. Tu już nie było żartów, ktoś strzelał w naszą stronę. Babcia, dziadek, mama i znajomi, których wysiedlono, gdyż ich gospodarstwo znajdowało się na przygotowanej wcześniej niemieckiej linii obronnej, biegiem pognali do piwnicy, zabierając ze sobą, co tylko było pod ręką. Ja też pognałem za wszystkimi, ale wydawało mi się, że zostać w piwnicy, gdy dzieją się tak niezwykle interesujące rzeczy, było zupełnie nieciekawe, tym bardziej, że pamiętałem jeszcze dobrze pobyt w piwnicy w czasie oblężenia Warszawy.

Pod pretekstem pójścia do toalety wyszedłem i schowałem się za oborą, skąd mogłem widzieć żołnierzy niemieckich idących pieszo, jadących na furmankach, na rowerach, na motocyklach, spiesznie zdążających w kierunku Płońska, Jechały też half-traki na gąsienicach pełne uzbrojonych żołnierzy. Od czasu do czasu ktoś strzelał w stronę rzeki, a raczej w stronę Kolonii za rzeką. Ponieważ świst pocisków i rzadkie wybuchy pokazywały, że do Niemców również ktoś strzelał od strony Kolonii, wydedukowałem, że chyba muszą tam być już Rosjanie. Opuściłem wiec mój punkt obserwacyjny i biegiem przez pola ruszyłem w stronę rzeczki, a po jej przejściu po lodzie, dobiegłem do Kolonii i zatrzymałem się w rowie przy szosie.

To, co ujrzałem przechodziło wszelkie moje pojęcie, było tak nieoczekiwane, że prawie nie do uwierzenia. Po szosie, pieszo, na furmankach, na ciężarówkach, szli lub jechali dziwni żołnierze. Niektórzy byli ubrani w płaszcze wojskowe, niektórzy w futra, w kożuchy, w baranie czapki na głowie. Nie mieli wcale zadbanego wyglądu, jak żołnierze Wehrmachtu. Od czasu do czasu idący zatrzymywali się, nastawiali ciągnięte działka i strzelali kilka pocisków w stronę rzeczki. Po raz pierwszy widziałem w ich rękach dziwne karabiny, krótsze od niemieckich i mające w połowie długości rodzaj bębenka. Z tych bębenkowców bez przerwy ktoś strzelał i nie czekając na odpowiedź szedł dalej. Cały ten korowód zmierzał również w kierunku Płońska, jak tamci zza rzeki.

Po opadnieciu pierwszych emocji pomyślałem, że muszę jak najszybciej donieść dobrą nowinę do domu, że Rosjanie są już w Kolonii. Obok mnie w rowie leżał rozbity ambulans z namalowanymi znakami czerwonego krzyża, a wokół niego leżało pełno różnych leków. Szybko rozpoznałem pudełka maści ichtiolowej, gdyż taką maść mieli żołnierze Wehrmachtu i czasami dawali nam ją jako dobry środek przeciwko odmrożeniom i ranom na ciele. Jak zobaczyłem taką ilość maści, to załadowałem ja wszędzie za pazuchę, w kieszenie, wziąłem tyle, ile mogłem zmieścić. Mimo że Rosjanie ciągle strzelali, nie zwlekając już dłużej, pognałem z powrotem w stronę Parceli, nie zwracając zupełnie uwagi na świsty przelatujących wyżej pocisków. Dobiegając, widziałem, że kolumny wycofujących się Niemców nie zmniejszyły się. Wpadłem na podwórko krzycząc: „Mamo, mamo! Zobacz, co przyniosłem, na Kolonii są już Rosjanie!”. Widząc Niemców niedaleko, mama najpierw chwyciła mnie w ramiona mówiąc: „Cicho! Cicho bądź!” . Potem wzięła leżącą rózgę i chyba pierwszy raz przylała mi nią kilkakrotnie i mocno. A potem już w piwnicy: „Gdzieś ty był? Coś ty tam robił?”. Jak opowiedziałem, że widziałem Rosjan i że Rosjanie są już z drugiej strony rzeki, wszyscy zaczęli mi zadawać pytania. Poczułem się bardzo ważny, chociaż mama, zgodnie z tradycją, zaczęła wylewać potoki łez, mówiąc: „Jak ty mogłeś to zrobić, przecież mogli cię tam zabić i co ja bym w życiu bez ciebie zrobiła”. Poczułem, że naprawdę wyrządziłem jej coś niedobrego i było mi trochę smutno.

Taki był mój udział w wyzwoleniu Dzierzązni, w ostatni dzień obecności w niej okupanta.