Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

W samym Wierzbówcu nie było kościoła, ale wszyscy chodzili do kościoła w Sarbiewie, a zgromadzenia ludzi w kościele na mszy nie były zabronione przez Niemców. Można się też było tam uczyć katechizmu po polsku. Toteż w 1941 roku, dla dopełnienia ogólnie przyjętego obowiązku, mama zdecydowała się wysłać mnie do Wierzbówca, bym mógł uczyć się katechizmu. Kościół w Sarbiewie, do którego chodziliśmy 3 razy w tygodniu, był oddalony od Wierzbówca o 7 km. Zbieraliśmy się gromadką dzieci po śniadaniu i szliśmy drogą piaszczystą, wijącą się malowniczo w lesie, wzdłuż małej rzeczki. Powrót odbywał się po południu, a w czasie nauki katechizmu jedliśmy na obiad zapasy przyniesione ze sobą. Wszystko to było niezwykle przyjemne. Lubiłem te chwile, gdy w tajemniczym półmroku panującym w wiekowym, niewielkim drewnianym kościółku (istnieje do dzisiaj), zaczynaliśmy naukę katechizmu, śpiewając nieodmiennie:

Kiedy ranne wstają zorze,

Tobie ziemia, Tobie morze,

Tobie śpiewa żywioł wszelki.

Bądź pochwalon, Boże Wielki…

Nie umiem określić, dlaczego, ale ta pieśń kilkusetletnia, śpiewana razem z grającymi organami, wzbudzała we mnie dziwne uczucia, jakbym się nagle znalazł przeniesiony do innego świata, do jakiejś bajki. Dzisiaj jeszcze, zwiedzając to miejsce i widząc wnętrze świątyni z obrazami, z tablicami opisującymi ludzi, którzy tutaj dawno temu żyli, nie mogę się oprzeć takiemu samemu kojącemu uczuciu, co dawniej. Ono przetrwało we mnie, niezmienione, mimo upływu wielu, wielu lat.

W moim przekonaniu, w życiu człowieka istnieją trzy zasadnicze okresy jego rozwoju: pierwszy i bardzo ważny – dzieciństwo, kiedy to pod wpływem bliskich formują się u niego instynkty i odczucia, i które zachowa niezależnie od siebie przez całe życie; drugi okres – młodociany, okres nauki i przygotowania do życia, kiedy kształtuje się jego osobowość, i trzeci – który trwa cały aktywny okres życia, gdy człowiek umacnia swój charakter, wybiera i nabywa złych i dobrych cech. Ten ostatni okres nie zależy już od rodziców czy opiekunów, ale zależy od otoczenia, od warunków, w których człowiek się znajdzie. Tym niemniej, jeśli odczucie dobra, spełniania obowiązku, było wpojone w dzieciństwie, to jako dorosłemu będzie łatwiej pozostać po dobrej stronie życia w społeczeństwie.

Niezależnie od moich wewnętrznych przeżyć czas nauki katechizmu zaliczam do najmilszych wspomnień z okresu wojennego. Ale jak w każdej nauce, w końcu przyszedł czas egzaminu. I tu, niestety, była wpadka. Będąc z natury bardzo nieśmiałym, gdy przyszła moja kolej odpowiadania na pytania księdza, „zaciąłem się” na mur. Im bardziej ksiądz nalegał, im zadawane pytania były łatwiejsze, tym bardziej byłem „zamurowany” w milczeniu. W końcu proboszcz, nie mając ode mnie żadnej odpowiedzi, uznał, że nic nie umiem i z egzaminu „wlepił” mi dwójkę. To chyba wtedy powstało i zakorzeniło się we mnie to dziwne uczucie strachu przed egzaminem, które towarzyszyło mi już do końca studiów. Mogłem znać przedmiot bardzo dobrze, lecz uczucie obawy przed egzaminem było zawsze obecne.

Jak wróciłem do Wierzbówca i powiedziałem, że z grupy jedynie ja nie zdałem, ciocia wykrzyknęła z oburzeniem: „Jak to, nie zdałeś, przecież uczyłeś się i w domu na wszystkie pytania umiałeś odpowiedzieć?” Na drugi dzień zjawiłem się, tym razem z ciocią, na plebanii u proboszcza. I już przy niej, trzymając ją mocno za rękę, odpowiedziałem bez zająknięcia się na wszystkie pytania. „No przecież ty umiesz na piątkę”, powiedział, „a dlaczego nie chciałeś odpowiedzieć poprzednio na moje pytania?” . Na to pytanie nie znalazłem odpowiedzi, ale ciocia wyjaśniła, że taki mam charakter, że jak się zatnę, to nic nie można zrobić, aby mnie „odciąć”. Wszystko więc dobrze się skończyło i zostałem nawet wyróżniony jakąś pamiątką za dobra znajomość katechizmu, a ksiądz poczęstował nas przed powrotną drogą gorącym mlekiem i smacznym sernikiem. Skonsumowałem je z ogromnym apetytem i byłem bardzo dumny z mojego wyczynu.

Kilka lat później, po wojnie, było to chyba w 1946 roku, chodziłem na przygotowanie do bierzmowania. Kościół w Dzierzązni, gdzie mieszkaliśmy, był oczywiście już otwarty, a ksiądz, który nas nauczał podpisywał się zawsze ks. dr Fr. Sieczka, co nas, dzieci bardzo śmieszyło, gdy się to czytało wszystko razem. Taki podpis bardzo mi imponował, a nawet ukradkiem wypisywałem sobie ks. dr Ry. Pytlak. Ale to już nie było takie ładne. Ksiądz był bardzo sympatyczny i należał, razem z moimi rodzicami, do nielicznego kręgu ludzi, którzy zbierali się od czasu do czasu, aby pograć w brydża.

Nauka katechizmu szła mi dobrze i mama była bardzo ze mnie dumna, gdy w czasie egzaminu odpowiedziałem na wszystkie pytania księdza na piątkę. Nie bardzo tylko rozumiała, dlaczego musiała w czasie egzaminu odbywającego się na plebanii: „Takiego starego konia trzymać za rękę”. Ksiądz pokazywał nam fotografie z seminarium dla księży, gdzie widać ich było w sutannach, grających na boisku w siatkówkę. I nagle rzekł: „Rysiu, a może ty byś też został księdzem?”. Mama z pewnym niepokojem spojrzała na mnie. Ja, znając już trochę hierarchię kościelną, odpowiedziałem, że wołałbym pójść od razu do seminarium dla biskupów. I tu ks. dr Fr. Sieczka aż zaniemówił na chwilę, potem spojrzał na mnie surowo i powiedział: „Pycha jest jednym z grzechów głównych, duszpasterz powinien być pokornym i nie mieć żadnych ziemskich ambicji. Jak będziesz dobrym proboszczem, to na pewno zostaniesz później biskupem, a może nawet i kardynałem”. Perspektywa, by zostać biskupem wydała mi się zbyt daleka i niepewna, a życie w pokorze i bez ambicji  zupełnie nie dla mnie. I tak kariera episkopalna zamknęła się przede mną ostatecznie.