Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Mój ojciec wrócił z obozu jenieckiego w końcu 1939 roku, co spowodowało radość mamy, a mnie znacznie zmniejszyło dotychczasowe obowiązki gospodarskie. Z tej okazji rodzice zdecydowali się odwiedzić ciocię, siostrę ojca, i wujka, którzy mieszkali w Wierzbówcu, około 18 km od Dzierzązni. Ja bywałem tam z moimi rodzicami przed wojną. W przeddzień wyjazdu mama obiecała, że pojadę z nimi furmanką na tę wyprawę, co mnie bardzo ucieszyło, bo spotkanie z moimi znacznie starszymi kuzynami, których dawno nie widziałem, oznaczało dużo nowych i niecodziennych przygód. Toteż gdy rano się obudziłem, nie widząc rodziców, pierwsze pytanie skierowałem do babci:

- A gdzie mama?

- Jak to gdzie, wiesz przecież, że pojechali z ojcem do Wierzbówca.

Słysząc to doznałem uczucia wielkiej krzywdy i zawiedzenia. Pojechali beze mnie! Dlaczego? Już nic nie mówiąc nikomu, a szczególnie babci, wyszedłem na drogę z mocnym postanowieniem pójścia za nimi. To po raz pierwszy, gdy bakcyl podróżnika, który odtąd się we mnie zadomowił, dał znać o sobie. W dalszym moim życiu jeszcze wielokrotnie wyruszałem w nieznane, często samotnie, bez przygotowania, pchany dziwną potrzebą zmiany czegoś w moim życiu i często bez żadnej pewności, że znajdę tę oczekiwaną zmianę gdzie indziej, na końcu mojej podróży…

Ponieważ raz już pojechaliśmy z mamą końmi do Wierzbówca, myślałem, że znajdę drogę. Ruszyłem, przeszedłem pierwszy most na Płonce, minąłem Kolonię i doszedłem do drugiej rzeczki, Raciążki, płynącej kilometr dalej. Na moście zatrzymał się przy mnie jadący na rowerze mężczyzna. Wiedziałem, że był to niemiecki osadnik, gdyż Polacy nie mieli prawa mieć rowerów, i to mnie bardzo przestraszyło. Zapytał mnie po polsku:

- Co ty tu robisz? Gdzie idziesz?

- Idę do wujka i cioci, proszę pana.

- A gdzie oni mieszkają?

- Oni mieszkają w Wierzbówcu.

- A gdzie to jest?

- Nie wiem, proszę pana.

- Jak to, nie wiesz, gdzie idziesz? A jaką tam znasz jeszcze inną wieś?

- Smardzewo. Smardzewo on znał.

- To bardzo daleko. A tam trafisz?

- Trafię, proszę pana.

Jednak widząc sześcioletniego smyka z oczami pełnymi łez powiedział:

- Jadę do Baboszewa, Siadaj na ramę, to cię trochę podwiozę.

Wziął mnie na ramę roweru, podwiózł 3 czy 4 km i zostawił. Poszedłem dalej sam, polną drogą, na której nie było nikogo. Dochodząc do kolejnych skrzyżowań dróg, już nie pamiętałem, która następna była dobra. Zacząłem na okrągło powtarzać pacierz, wierząc, że tylko on może mnie doprowadzić do celu, bo tak zawsze powtarzała nam babcia. Nie ośmielałem się wejść do któregoś z mijanych gospodarstw, aby spytać o drogę, z obawy, że nie pozwolą mi iść dalej. Chyba trochę błądziłem, bo jak doszedłem do Wierzbówca wieczór był bliski. Moi rodzice siedzieli już na furmance, gotowi do odjazdu. Mama, widząc mnie zmęczonego, lecz uradowanego, że ich w końcu znalazłem, zalała się łzami wzruszenia. „Nigdy cię więcej, mój synku, nie zostawię samego”, powtarzała obcałowując mnie na mokro. Wszyscy byli tacy szczęśliwi widząc mnie bez uszkodzeń, że nie było mowy o żadnej naganie, co pośrednio wzmocniło mojego bakcyla do podróży. Aby wynagrodzić mi trud długiej i uciążliwej drogi, rodzice zgodzili się, abym został w Wierzbówcu przez kilka dni, co mi się ogromnie spodobało.

Dodam kilka zdań o rodzinie mojego ojca, która mieszkała w Wierzbówcu. Przed wojną mieli tam majątek ziemski liczący około 200 hektarów. Była również duża stadnina koni, gdyż wujek zajmował się ich hodowlą i dostawą dla wojska. Zaraz po wejściu Niemców, majątek został zarekwirowany i przyłączony do sąsiedniego w Smardzewie, również zabranego Polakom. Ponieważ oba majątki wymagały dużo siły roboczej, wiec Niemcy stworzyli w Smardzewie obóz pracy „za drutami”. Do tego obozu trafiali Polacy, którzy z jakiejś przyczyny narazili się Niemcom.

Obóz był zainstalowany w budynku byłej szkoły stojącej obok drogi, naprzeciwko małego lasku, położonego nad malowniczą rzeczką Działdówką. W tym lasku Niemcy dokonywali egzekucji więźniów z obozu i tam też ich zakopywali. Dzisiaj stoi w tym miejscu niewielki pomnik poświęcony pamięci pomordowanych. A było ich wielu. Rodzina mojego wujka nie została wysiedlona, mieszkała nadal w dawnym domu, z tym, że z właścicieli stali się najemnymi robotnikami. Po wyzwoleniu, wujka, jako byłego obszarnika, rosyjskie NKWD aresztowało i wywiozło do gułagu, gdzieś na Syberii. W 1956 roku ciocia dowiedziała się od powracających stamtąd Polaków, że wujek zginał w 1951 roku. Po wojnie oba majątki zostały upaństwowione i podzielone na małe, 5-hektarowe gospodarstwa. Ciocia z dziećmi dostała również jedną z takich działek.

Z czasów przedwojennych mam dwa wspomnienia związane z Wierzbówcem. Mogłem mieć wtedy 4 albo 5 lat. Pamiętam, że jeden z chłopców pasących konie zajmował się robieniem koszyków z wikliny, której dużo rosło na moczarach obok łąk. Bardzo mi się to robienie koszyków podobało i chciałem, by mnie tego nauczył. Zgodził się i kazał stanąć w wodzie, która przy brzegu sięgała do końca moich nóg i pilnie, bez ruchu, obserwować, jak on to robi. Trwało to dosyć długo, aż zacząłem narzekać, że jest zimno. Gdy wreszcie wyszedłem z wody, zobaczyłem z przerażeniem, że całe moje nogi pokryte były pijawkami, które on spokojnie pozdejmował, wkładając je do słoika z wodą. Jak widać nauka nie była bezpłatna, ponieważ bardzo sprytnie użył mnie jako żywej przynęty do łowienia pijawek. W tych czasach bowiem nadciśnienie u ludzi leczyło się „stawianiem pijawek” albo „puszczaniem krwi”. Do dziś nie pozbyłem się awersji do tych „pociągających” stworzeń.

Drugim obrazkiem, który dobrze wrył mi się w pamięć, był powrót do stajni koni z pastwiska. Żeby mi sprawić przyjemność, posadzono mnie „na oklep” na młodego konia, którego jeden z pastuchów trzymał za uzdę. Na nieszczęście, koń się spłoszył, stanął dęba, a przestraszony tym pastuch puścił lejce. Koń uwolniony, ruszył galopem w kierunku stajni, ze mną na grzbiecie, trzymającym się kurczowo jego grzywy. W jakimś momencie obudziłem się na rekach u kogoś biegnącego ze mną w stronę domu. Nic nie miałem złamanego, tylko rozciętą twarz, widocznie uderzeniem kopyta w momencie upadku. Prawdopodobnie z tego powodu koń jest dla mnie do dzisiaj zwierzęciem niezrozumiałym, które dla bezpieczeństwa staram się obchodzić z daleka.

Począwszy od 1941 roku w Dzierzązni coraz bardziej zaczął nam dokuczać brak podstawowych produktów żywnościowych, a szczególnie mięsa. Wszystko, co produkowały okoliczne gospodarstwa, należało całkowicie do Niemców i Polacy uprawiający te gospodarstwa obowiązani byli dostarczać produkty do wyznaczonych miejsc. Niemcy z Kolonii, zwykle z jakimś gestapowcem, jeździli wozami po gospodarstwach, sprawdzali, czy nic nie zostało ukryte i przy okazji zabierali, co chcieli, co im się podobało. Baliśmy się panicznie tych wizyt. Żeby zabić ukradkiem choćby kurę, nie było nawet mowy. Niemcy wprowadzili absolutną dyscyplinę. Może ze względu na obecność dużej kolonii niemieckiej okoliczne wsie były przeznaczone do szybkiego wynarodowienia?

Położenie mieszkańców Wierzbówca była zdecydowanie lepsze. Terror nie był tam taki srogi i można było nawet otrzymać zezwolenie na zabicie zwierząt na mięso. Mama od czasu do czasu wysyłała mnie samego do Wierzbówca na kilkudniowe pobyty, co mi bardzo odpowiadało. Kazik w tym czasie musiał pasać krowy za mnie bez rekompensaty, mogłem też przebywać ze starszymi kuzynami, a poza tym było dużo lepszych rzeczy do jedzenia niż u nas. Pewnego razu, przed powrotem do Dzierzazni, ciocia powiedziała, że chce przeze mnie przekazać mięso rodzinie, na święta, które się właśnie zbliżały. Transport mięsa przez dziecko wydawał jej się łatwiejszy i bezpieczniejszy, ponieważ Niemcy kontrolowali na drogach przede wszystkim dorosłych. Ja oczywiście byłem zadowolony, że będę mógł przynieść mamie podarunek, którego ona nie oczekiwała. Trochę mnie tylko martwiło, że nie będę mógł się pochwalić takim wyczynem kolegom, ale ciocia była w tej sprawie kategoryczna: „Broń cię, Panie Boże, abyś mówił o tym komukolwiek!”

Przed wyjściem w powrotną drogę ciocia owinęła mnie wokół ciała pod marynarką, specjalnie uszytą torbą, którą napełniła mięsem. Ruszyłem w znaną mi już dobrze drogę do Dzierzązni. Dochodząc do Kolonii, na mostku, gdzie w pierwszej mojej podróży Niemiec wziął mnie na rower, natrafiłem na grupę chłopców chyba 10-15-letnich, którzy w uniformach Hitlerjugend, ćwiczyli się w sztuce wojskowej. Mieli wiszące przy bokach sztylety, a w rękach coś podobnego do pistoletów. Widząc mnie zbliżającego się do mostu, który był terenem ich ćwiczeń, zdecydowali zabawić się moim kosztem. To było łatwe dla nich, znali dobrze język polski i ich rozkazy były dla mnie zrozumiałe. Zaczęło się od tego, że musiałem przed nimi przechodzić kilka razy ze zdjętą czapką i każdemu się ukłonić. Potem rzucali mi kawałek drewna, który musiałem biegiem, jak pies aportować w zębach. Wymyślali też i inne zabawy, a mnie się wydawało, że trwało to niesłychanie długo. W końcu zaczęli się naradzać, czyby mnie nie wrzucić do rzeczki. Zacząłem wtedy naprawdę płakać i prosić ich, by zezwolili mi przejść na drugą stronę mostu i wrócić do domu. By wzbudzić w nich choć trochę litości powiedziałem, że wracam od ciężko chorej babci.

Bałem się strasznie, że każą mi się rozebrać, że odkryją mięso, które miałem na sobie, że zabiorą mnie na gestapo… Drżałem, że cała moja rodzina będzie powieszona. To było okropne. Na szczęście dla mnie, widok małego i płaczliwego chłopaka najwyraźniej już ich przestał bawić, kazali mi zejść na dół pod most i przejść w ubraniu przez rzeczkę, co bez wahania spełniłem. Wróciłem do domu mokry i przemarznięty, było to przed Wielkanocą, a gdy opowiedziałem o zdarzeniu, mama zalała się łzami (zbiornik łez u mamy był niewiarygodnie duży), nawet babcia pogłaskała mnie po głowie i powiedziała, że nie wszystko chyba we mnie było takie złe.