Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wydarzenia, które się działy w tym okresie wokół mnie, przyjmowałem z ogromnym zainteresowaniem. Otaczający świat był dla mnie jedynym, który znałem. Inny, jeśli istniał, był poza moją wyobraźnią, poza moimi odczuciami. Książki i opowieści, które mogłyby mnie z nim zapoznać, przyszły później i to w zasadzie dopiero po wojnie. Do szkoły oczywiście nie chodziłem, gdyż nauka szkolna była dla dzieci polskich zabroniona. Tym niemniej uczyłem się. Mama posyłała mnie do swojej przyjaciółki, pani Śmierzchalskiej, która kilkanaście dni w miesiącu poświęcała na organizowanie potajemnego nauczania dla mnie i swojej córki Stasi. Później dołączył do nas Kazik. Lekcje odbywały się ukradkiem w ostatnim pokoju jej domu i jeśli ktoś podejrzany zbliżał się, zeszyty i podręczniki do nauki składało się szybko do schowka, a sami zajmowaliśmy się pracami domowymi. Pani Śmierzchalska pochodziła z zubożałej hrabiowskiej rodziny, która kiedyś zmuszona była sprzedać majątek ziemski, na którym powstała właśnie Dzierząznia Parcele. W tym czasie żyli bardzo skromnie w dworku, który im pozostał, gospodarując na kilkuhektarowym kawałku ziemi.

W pokoju, gdzie uczyliśmy się, znajdowała się duża liczba książek i czasopism z XIX wieku, z których większość była w języku francuskim. Pamiętam, z jak ogromnym zainteresowaniem kartkowałem „L’Illustration” (znakomity tygodnik francuski ukazujący się od połowy XIX do połowy XX wieku), w którym każdy artykuł był ilustrowany mnóstwem rycin, a potem i fotografii ludzi, domów, maszyn, samochodów, pociągów. Nieznajomość języka nie przeszkadzała mi układać sobie w wyobraźni oglądane ryciny czy fotografie w historie, które w zależności od mojego nastroju mogły być wesołe lub smutne.

Dużo, a nawet bardzo dużo zawdzięczam pani Śmierzchalskiej. Ucząc nas ryzykowała swoją wolnością, gdyż za nielegalne nauczanie karą była wywózka do obozu koncentracyjnego. To ona zaszczepiła we mnie ciekawość życia, rozbudziła chęć osiągnięcia czegoś innego niż to, co mnie otaczało. Sądzę, że chyba tam zrodziło się we mnie wewnętrzne przekonanie, że muszę się uczyć, jak najwięcej poznać, aby zostać kimś w życiu. Gdy oglądałem te piękne ilustracje, te wspaniałe, choć nierealne dla mnie sceny z życia „gdzie indziej”, zapominałem o krowach, o codziennych ciężkich obowiązkach i budziło się we mnie nowe uczucie, jakiś nowy bodziec, by wybić się pomiędzy innymi, by pójść dalej. Chyba już wtedy powstał we mnie nowy nałóg, który najpierw nieświadomie, a potem z rozmysłem towarzyszył mi w dalszym życiu, a tym nałogiem była ambicja.

W moim pojęciu w życiu człowieka dojrzałego są dwa odczucia, dwa bodźce, które są naturalne, genetycznie zaprogramowane i które kierują jego krokami. To jest uczucie miłości i uczucie głodu, które w pewnych wypadkach mogą wyjść spod kontroli rozsądku i stać się powodem nieobliczalnych akcji. Ale według mnie są jeszcze dwa dodatkowe motory działalności ludzkiej, oba nabyte i rozwinięte sztucznie przez wychowanie i otocznie, a mianowicie: ambicja i zazdrość. Porównuję je do dwóch biblijnych braci, do Abla i Kaina. Granica miedzy tymi dwoma odczuciami jest bardzo niewyraźna i łatwa do przekroczenia. Ambicja jest to chęć, a może i wola motywująca człowieka do działania pozytywnego, do podniesienia się wyżej, do dorównania tym, którzy już ten poziom osiągnęli. Ambicja jest dla mnie synonimem postępu. Zazdrość też jest silną motywacją do akcji, ale te akcje są z reguły negatywne i mogą prowadzić do działań, których celem jest szkodzenie innym. Ambicja to: muszę się uczyć, by stać się podobnym do Kogoś, by osiągnąć to, co On osiągnął; zazdrość to: dlaczego Ten ma być lepszy niż ja? Dlaczego Jego osiągnięcia mają być większe niż moje? Czasami źle pojęta, źle używana ambicja prowadzi do zazdrości. Myślę, że miałem ogromne szczęście rozwinąć wcześniej uczucie ambicji, a nie zazdrości, może dlatego, że nie było powodów zazdrościć ludziom, którzy mnie wówczas otaczali…

Przypuszczam, że uczucie ambicji rozwijała u mnie świadomie moja mama, której często powtarzane słowa, na zawsze utkwiły mi w pamięci: „Synku mój, musisz się uczyć, uczyć się dobrze, bo tylko szkoła może zrobić z ciebie szczęśliwego człowieka, bo tylko nauka powiedzie cię w wielki świat, gdzie wszystko stanie przed tobą otworem”. Ta chęć dorównania innym, to uczucie nie być niższym niż inni, towarzyszyły mi stale we wszystkich moich poczynaniach. Cele moich ambicji zmieniały się wraz z moimi latami, ale na każdym etapie życia, zawsze stawiałem sobie jakiś cel do osiągnięcia, cel, który osiągnięty pozwalał mi zobaczyć, dotknąć nowych horyzontów.

Z perspektywy, którą mam dzisiaj, mogę stwierdzić, że większość zamierzeń udało mi się osiągnąć, może dlatego, że cele, które sobie stawiałem w większości były dla mnie możliwe do osiągnięcia własnymi siłami. Nie byłem i nie jestem marzycielem, starałem się zawsze mieć nogi na ziemi, nie głowę w obłokach; nie próbowałem lotów na skrzydłach, których nie miałem, zostawiając to ptakom i aniołom. Może to i szkoda, bo trochę marzeń i trochę fantazji czyni codzienność bardziej znośną, a czasami wręcz przyjemną… Tak, realistyczną ambicję, która mi ciągle towarzyszyła w życiu, poznałem i rozwinąłem wcześnie dzięki mojej mamie.

Z czasem życie w Dzierzązni dla nas, dzieci, stało się bardzo spokojne. W niedzielę, dniu częściowo wolnym od obowiązków gospodarskich, był czas na grę w palanta, w zbijaka, w podchody, w chowanego i te gry w dniach letnich cieszyły się ogromnym powodzeniem. Były również kąpiele, łapanie ryb w Płonce i w torfowiskach, ale najbardziej lubiliśmy okres zimy, bo i pracy było mniej i zabawy na lodzie były bardziej interesujące. To była prawdziwa frajda. Mała rzeczka, Płonka, która latem toczyła się sennie, rozdzielając dwie Dzierząznie, stawała się jesienią szerokim rozlewiskiem, które pokrywało otaczające łąki. Zimą, a zimy w latach czterdziestych były wyjątkowo surowe, całe rozlewisko zamarzało i powstawała tam tafla lodowa rozciągająca się na kilka kilometrów. Były to piękne tereny do jazdy na łyżwach.

W tym czasie łyżwami nazywaliśmy kawałki drewna wystrugane na kształt podeszwy buta i podkute od spodu drutem. Całość, przywiązana do butów, pozwalała na zupełnie poprawną jazdę i grę w hokeja. Inny rodzaj jazdy był na „zajdkach”, składających się z dwóch łyżew przymocowanych do poprzecznej deseczki, na której stojąc uzyskiwało się ruch do przodu odpychając się tyczką od lodu. Pozwalało to na szybką jazdę, ale wymagało dużej zręczności przy hamowaniu i zawracaniu. Tyczka oczywiście przechodziła między nogami, a przy ożywionym ruchu rękami spodnie szybko odmawiały posłuszeństwa. Bardzo to martwiło naszą babcię, która – często zmuszana do naprawiania dziur powstałych w nogawkach spodni – przy pomocy pasa manifestowała nam swoje niezadowolenie.

Wpadaliśmy też często do wody, szczególnie jesienią, gdy lód nie był jeszcze mocny i wiosną, gdy był już kruchy. Żeby w domu nie dostać pasem (kary cielesne były na wsi częściej używane niż słowne nagany), rozbieraliśmy się na śniegu, wyżymaliśmy odzież i po jej nałożeniu biegaliśmy długo, aby się rozgrzać i osuszyć. Mimo to ze zdrowiem nie mieliśmy żadnych kłopotów i nie pamiętam byśmy chorowali; jeden tylko z kolegów umarł na suchoty, a drugi na dyfteryt, ale to było coś wyjątkowego. Co prawda, raz grając w hokeja, złamałem sobie obojczyk, ale nie wiedząc o tym, w domu nie powiedziałem, że upadłem, bałem się że mama mnie skrzyczy. Dopiero po trzech dniach, gdy już nie mogłem się ubrać, mama zaprowadziła mnie do jednego pana, który widocznie był trochę oświecony w tych sprawach, ponieważ przed wojną był nauczycielem w szkole. Po wzrokowej konsultacji i bolesnym obmacaniu mego ramienia oświadczył autorytatywnie: „Uuu, proszę panią, on sobie złamał obojczyk, ale teraz, aby go dobrze nastawić, trzeba go na nowo złamać”. Mama, widząc moje przerażenie, nie przyjęła oferty i mój obojczyk sam się zrósł, chociaż trochę nierówno. Najlepszy dowód, że kiedy trzeba, natura sama sobie poradzić.