Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Przypominam sobie taki obrazek. Dziadek miał swoje ulubione miejsce na ławce przy łóżku, gdzie siedział, grał na fujarce lub palił fajkę. Ale tytoń do fajki, krojony z wyhodowanych w kącie ogródka i wysuszonych na słońcu liści, leżał przy kuchni, ponieważ tam było sucho i ciepło. Dziadek mawiał więc: „Niech Rysio nabije fajkę i mi ją poda z ogniem”. Dziadek nigdy nie zwracał się do kogoś bezpośrednio, tylko w trzeciej osobie. Na to ja dawałem znak Kaziowi (to była właśnie jedna z moich rekompensat dla niego), który zamiast mnie biegł napełnić fajkę. „Dziadku, mogę ją też zapalić?”. Dziadek, po upewnieniu się, że babci nie ma w pobliżu, pozwalał: „Dobrze, niech Kazio ją zapali i przyniesie…”. Kazik biegł, napełniał, zapalał i dawał ją dymiącą dziadkowi. Oczywiście pozwalało mu to pociągnąć dymka z fajki, co widocznie bardzo lubił.

Obrządek ten trwał długo, ale pewnego dnia postanowiłem przeprowadzić naoczne doświadczenie nad własnościami prochu wysypanego z pocisku. Dałem Kazikowi proch i poleciłem mu przy nabijaniu fajki wsypać trochę tytoniu, potem dozę prochu, którą mu odmierzyłem, potem znowu tytoniu i bez zapalenia fajki przynieść ją dziadkowi. Polecenie wykonane zostało bezbłędnie. Kazik razem z nabitą fajką przyniósł zapalony w palenisku kuchni kawałek drewienka (zapałki wtedy były bardzo oszczędzane), podał to wszystko dziadkowi, a sam ulokował się w pobliżu drzwi wyjściowych. Dziadek zapalił, pociągnął dym raz, drugi, gdy nagle: „Chryste Panie, Matko Święta…”, dziadek zerwał się z ławki, widząc z przerażeniem gejzer ognia i tytoniu wytryskujący z fajki, która na zasadzie akcji i reakcji poleciała w drugą stronę. Ochłonąwszy, chwycił za laskę… ale Kazika już nie było w domu. Ja, oczywiście, nie ruszyłem się z miejsca, co potwierdzało bezspornie, że nie miałem nic wspólnego z zamachem na zdrowie dziadka.

Noc zapadła, a Kazik się nie pojawiał. Babcia powróciła z „kominków” u sąsiadek późnym wieczorem i już w progu zapytała: „A gdzie Kaziczek?” Używała często tego zdrobnienia dla podkreślenia różnicy miedzy „ancychrystem i „sierotą”. Popatrzyła na dziadka, który z przejęciem zabierał się do dania odpowiedniego wyjaśnienia: „Mania, żebyś ty wiedziała, co twój Kaziczek zrobił!”. Ledwie dziadek zaczął opisywać zajście, babcia, nie zwracając uwagi na dalsze szczegóły, spojrzała na mnie. „To na pewno znowu ten ancychryst sierotę namówił do złego…”. Wybiegła z domu: „Kaziu, Kaziczku, wracaj do domu i powiedz babci jak to było…!” Nie czekając na wyniki śledztwa i widząc dziadka laskę w babci ręku, pobiegłem w ślady Kazika, który wracając, zdążył mi tylko krzyknąć z zadowoleniem: „A widzisz, dobrze ci tak, teraz to ty oberwiesz!”.

Dziadek szczególnie lubił grać na fujarce i przyśpiewywać. Najpierw grał kawałek melodii, a potem na tę melodię śpiewał jedną zwrotkę, znów grał melodię i znowu wyśpiewywał słowa. Nie wiem, czy melodie sam tworzył, ale że sam układał wierszem zwrotki, to jestem pewien, gdyż jego piosenki były na tematy bardzo aktualne. Pamiętam jedną z nich, która zaczynała się tak:

Nieszczęsna Polsko po krótkiej wolności,

Znów Ci zadano krwawy cios,

Straszni sąsiedzi rozdarli Twe włości,

Marny Twych synów los.

   Giną w Majdanku, Treblince, w obozach,

   Od pałek, głodu, strachu, kul,

   I na haniebnych szubienic powrozach,

   Wśród własnych zagród, pól…

Dziadka – który o ile dobrze pamiętam, urodził się w 1867 roku w zaborze rosyjskim – nie widziałem piszącego, więc chyba nie umiał pisać, tak zresztą jak i babcia, ale oboje umieli czytać, a szczególnie to, co było napisane w książkach do nabożeństwa, dużymi, wyraźnymi literami. Ich stosunki zresztą były bardzo dziwne. Chyba się nie lubili, a poza tym dziadek, choć nie wiem dlaczego, panicznie bał się babci. Dopiero jak jej nie było, nabierał wigoru i wtedy opowiadał nam z Kazikiem różne, niecodzienne historie ze swojego życia. O locie w balonie na nagrzewane powietrze na pokazach w Warszawie, o tym, jak wykupił się od pójścia do wojska carskiego po wyciągnięciu czarnej kulki z worka poborowego (służba rekruta w tym czasie mogła trwać i 30 lat!). Ale najbardziej lubiliśmy historie o strachach, wampirach, o duchach zmarłych, których widywał, i z którymi, jak nam opowiadał, rozmawiał. To było fantastyczne. A jak nam opowiadał o błądzącym po okolicy duchu młodej dziewczyny, która utopiła się w torfowiskach, strach jeżył nam włosy na głowie. Nocą nigdy nie poszlibyśmy na cmentarz, gdzie duchy, które są w czyśćcu, zapalają ogniki na grobach. Brr… Jak nam o tym opowiadał, to cały czas żegnaliśmy się. Za to komentarz babci był nieodmiennie mało „duchowny”: „Przestań chłopakom opowiadać niestworzone rzeczy. Tak, ty widziałeś duchy, ale tylko po pijanemu”. Teraz mogę zdradzić, że dziadek miał w schowku małą butelkę z „gorzałką”, z której, jak babci nie było, pociągał sobie łyk płynu po każdym posiłku.

Pozwalał nam też, pod nieobecność babci, oglądać skarbiec, który w postaci dużego kufra podróżnego, zamkniętego ciągle na klucz, spoczywał w kącie pokoju. To była naprawdę duża frajda. Czego tam nie było! Wykrochmalone kołnierzyki i mankiety na tasiemkach, dwa cylindry na głowę, gorsety z fiszbinami. Ja jednak lubiłem oglądać duże arkusze papieru, na których były pięknie namalowane domy, fabryki, pociągi z dymiącymi parowozami, które dziadek nazywał obligacjami i mówił, że to jest bardzo, bardzo dużo pieniędzy. Ale już najbardziej lubiłem układać złote monety z portretami, które potem dziadek starannie chował do zawiązanych kosmatych woreczków. Mama mi potem mówiła, że dzięki tym monetom przetrwaliśmy wojnę, bo za nie kupowało się dużo rzeczy niezbędnych do życia. Babcia w chwilach złości, a były one częste, obarczała dziadka odpowiedzialnością za to, że gdyby kupili ziemię przed rewolucją, kiedy mieszkali jeszcze w Warszawie, a nie po niej, jak już wszystko stracili, to dzisiaj nie męczylibyśmy się tak w Dzierzązni.

Powoli, mimo wojny, ludzie w Dzierzązni nauczyli się żyć bardziej normalnie i życie towarzyskie, chociaż ograniczone, istniało. Sąsiedzi spotykali się wieczorami przy naftowej lampie, kobiety zajmowały się przędzeniem lnu, wełny, wyrobem tkanin, szyciem, a mężczyźni reperowali sprzęt gospodarski, czy wyrabiali z kawałka drewna topoli, tak zwane drewniaki, używane powszechnie do chodzenia. Zebrani dzielili się usłyszanymi wiadomościami (posiadanie radia groziło śmiercią), grali w domino, ale największym powodzeniem wśród mężczyzn cieszyła się gra w karty. Babcia, która nie cierpiała tej gry, bo: „Karty, to wymysł szatana”, nieodmiennie po zakończeniu karmienia trzody przed zmrokiem wychodziła „do kum na kominki”. To był jej rytuał.

W domu, gdy tylko babcia przekraczała próg, dziadek posyłał mnie po sąsiadów, żeby przychodzili szybko na grę w karty. Grało się w różne gry, ale najbardziej popularna była gra w trzy lub cztery osoby, zwana „66 z żydkiem” (rodzaj „puli”, gdzie się składało stawki dla każdej gry). Gra była pełna emocji i ja miałem prawo zajmować się pobieraniem wpłat do puli i wypłacaniem pieniędzy zwycięzcom. Mogłem też, w wyjątkowych wypadkach, tasować i rozdawać karty. Kazik, w ramach rekompensaty i pod ścisłym moim nadzorem, też mógł „trzymać pulę”, ale od wypłat byłem ja. Powrót babci, zapowiedziany przez szczekanie psa na podwórku, kończył grę. Czas miedzy alertem danym przez psa i jej wejściem we drzwi, pozwalał na usunięcie śladów gry i nawiązanie rozmowy o zbiorach, ocieleniu się krowy i temu podobnych.

Pewnego zimowego wieczoru, gdy karciana ekipa zebrała się w komplecie, dziadek stanął na taborecie, by sięgnąć po karty, schowane przezornie przed babcią wewnątrz „okapu” służącego do odprowadzenia dymu znad kuchni do komina. Na nieszczęście, tracąc równowagę chwycił za okap, który pod ciężarem dziadka i z nim razem, zwalił się na kuchnię. Lekko potłuczony, ale kompletnie załamany, położył się natychmiast do łóżka, a sąsiedzi wyszli pospiesznie, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Co się działo po powrocie babci, trudno to opisać spokojnie. Dziadek przykryty pierzyną, mimo potrząsań babci wydawał tylko jęki, dając jej do zrozumienia, że okap był stary i sam spadł. Po tym wydarzeniu w naszym domu karty na dłuższy czas przestały być modne.

Niektóre wieczory poświęcone były lekturze, na którą schodzili się do nas sąsiedzi, a przede wszystkim sąsiadki. Mama, która była lektorką uznaną przez wszystkich, brała kolejny rozdział z jakiejś książki i czytała go na głos dla słuchającego jej z nabożeństwem otoczenia. Niektóre sceny szczególnie emocjonalne wyzwalały od czasu do czasu jakieś komentarze współczucia czy złości lub popłakiwanie kogoś ze zgromadzonych. Niektóre książki cieszyły się wyjątkowym powodzeniem, a już płaczliwe romanse Mniszkówny czy Rodziewiczówny były wśród pań uważane za arcydzieła literackie. Pamiętam też, że sceny z „Trędowatej” opisujące nieszczęśliwą miłość Stefci do ordynata czytane były po kilka razy, powodując za każdym razem ogromne wzruszenie u zebranych.

Były też czytane, ale już bardziej dyskretnie, „Przepowiednie Sybilli”, rodzaj zbioru proroctw pisanych w czasach dawnych. Rzecz ciekawa, utkwił mi w pamięci jeden ich fragment, który opisywał: „W wyniku ciężkiej dla świata wojny, powstanie na Ziemi Obiecanej Królestwo Izraela. I nastąpi długi okres pokoju i dobrobytu dla ludzi, ale skończy się on nową wojną, straszniejszą niż wszystkie inne, po której na ziemi zostanie tylko garstka ludzi. I wtedy, gdy człowiek napotka ślady drugiego człowieka, ucałuje je i będzie płakał nad sobą.”  Dziwne.