Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Oczywiście, byłem za mały, by samemu odczuć ten nowy stan niewolnictwa, któremu byli poddawani Polacy. Tym niemniej Dzierząznia nie była obozem karnym i ludzie powoli organizowali sobie życie, które można by nazwać bardziej normalnym. Zakazy można było obejść i do strachu można się było przyzwyczaić. Z czasem, a szczególnie od początku 1943 roku, gdy wojska niemieckie zaczęły ponosić ciężkie straty na frontach, i gdy coraz mniej Niemców zostało na Kolonii, nasze życie codzienne stabilizowało się jeszcze bardziej.

Jak już wspomniałem praca w gospodarstwie była dla mnie prawdziwą zmorą. To w tym okresie i później, bezpośrednio po wojnie, powstała i dojrzała moja decyzja: nigdy, przenigdy nie będę rolnikiem. Mamie to powtarzałem ciągle, a mama pocieszała mnie, jak mogła: „Syneczku mój, zrobię wszystko, abyś nie był zmuszony tu zostać”. Oczekując na spełnienie tego przyrzeczenia, póki co kontynuowałem mój staż bez powołania, aby stać się przyszłym rolnikiem. Na początku moje obowiązki gospodarskie były proste, lecz liczne, ale spostrzegłem szybko, że manewrując umiejętnie, mogę je znacznie pomniejszyć. Idea sama w sobie była prosta, problemem było tylko znalezienie odpowiedniej metody, dzięki której wybrana osoba przejęłaby na siebie część moich obowiązków, będąc przekonana, że ona na tym zyskuje, a ja tracę.

Metodę te perfekcjonowałem dosyć długo, najpierw w szkole, na uczelni, a potem w różnych sytuacjach, gdy pojawiała się taka potrzeba. Ale szczególnie wdzięcznym terenem do jej stosowania były dla mnie niezapomniane okresy szkolenia wojskowego, ale o tym opowiem dalej. Pierwszym, na którym rozpocząłem wdrażanie mojego systemu „przekaźnikowego”, był mój kuzyn Kazik, który w ten sposób odpłacał mi lojalnie za uratowanie mu życia. A było to tak.

Spędzaliśmy święta wielkanocne u dziadków w Dzierzązni. Miałem wtedy cztery lata, a Kazik dwa i bawiliśmy się nad glinianką pełną wody, niedaleko domu. W pewnym momencie Kazik upadł na plecy i po śliskiej glinie zjechał do wody. Widząc z przerażeniem, że futerko z Kazikiem w środku odpływa od brzegu, wszedłem mimo strachu do lodowatej wody i ciągnąc za kaptur futerka, wyciągnąłem go na brzeg. Mama opowiadała mi potem, że wszyscy w domu mnie obcałowywali i że dostałem mnóstwo zabawek za mój wyczyn.

Trzeba przyznać, że dzięki mojej przewadze wiekowej, przejęcie nad Kazikiem kierowniczej roli przyszło mi dosyć łatwo. Rzadko się na mnie skarżył i spełniał moje polecenia bez szemrania. W nagrodę za to pozwalałem mu wykonywać prace bardziej odpowiedzialne, choć samo pasanie krów za mnie było już dla niego nagrodą. Mógł na przykład pójść ze starszymi dziećmi i przyglądać się naszym grom, mógł wypełniać jakieś polecenia, które mnie jako starszemu były powierzane i temu podobne. Myślę, że dzięki niemu właśnie w Dzierzązni zaczął nabierać formy mój zmysł organizacji pracy innych. Do prac ciężkich znalazłem sobie też szybko pomocnika. Tu Jasio Jeziak był idealny. Miał ponad 12 lat, był bardzo silny i zawsze głodny. Pochodził z biednej rodziny, mieszkającej na skraju wsi, i za dodatkowe porcje jedzenia, które organizowałem z pomocą Kazika, gotów był wykonać każdą pracę, jak również pobić się z innymi w moim imieniu.

Nie wiem dlaczego, ale Kazik miał szczególne względy u babci. Nazywała go zawsze „Mój sierota”, ponieważ ojciec jego umarł tuż po wybuchu wojny, podczas gdy ja miałem prawo tylko do: „Ty ancychryście, znowu tego sierotę wykorzystujesz! Niech cię Bóg broni jeszcze raz to zrobić”. Tu, jeśli byłem w zasięgu ręki babci, otrzymywałem „openklanca” lub szczypiące uderzenie witką wikliny po nogach, gdyż babcia, jak miała się zwrócić do mnie, przezornie zaopatrywała się w tę naturalną dyscyplinę.