Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Rozczarowania przyszły szybko. Sąsiedzi, którzy przychodzili do nas, byli dziwnie smutni. Nikt się nie śmiał, rozmawiano o ludziach, którzy nie wrócili z wojny. Mama płakała i inni też, gdy opowiedziano o egzekucji dokonanej przez gestapo pierwszego dnia po wejściu Niemców na księdzu, wójcie i kierowniku szkoły. Mnie też było smutno, bo nowi koledzy byli jacyś inni, nikt nie chciał bawić się ze mną tak jak dawniej, w Modlinie. Było tu dużo dzieci, ale te, z którymi się spotykałem, były starsze ode mnie. Moje opowiadania o nalotach, o strzelaniu armat, o skarbcu zostawionym w Warszawie, o przygodach w podróży, były dla nich nowością, więc stopniowo zaczęli traktować mnie z większą życzliwością, a może nawet i podziwem. Niestety, po krótkim okresie zainteresowania mną, zwłaszcza, gdy moje opowieści zaczęły się powtarzać, nowi koledzy wrócili do swoich codziennych zajęć. Powoli życie w Dzierzązni stawało się monotonne i coraz mniej dla mnie interesujące. Dziadek był chory, poruszał się z trudem i nie było nikogo innego do pracy w gospodarstwie. Mężczyźni jeszcze nie powrócili z wojny, a ci, co byli, chodzili na przymusowe roboty do niemieckich gospodarstw.

Muszę tu wyjaśnić, że w rzeczywistości były dwie Dzierząznie. Jedną, nazywaną Kolonią, zamieszkiwali prawie wyłącznie osadnicy niemieccy, osadzeni tu chyba w XIX wieku przez zaborcę. Po uzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku potomkowie tych osadników uzyskali status i prawa obywateli polskich. Stali się Polakami. Jeżeli dalej nazywam ich Niemcami, to dlatego, że po wejściu okupanta wszyscy oni przyjęli obywatelstwo niemieckie i już jako tacy odnosili się niezwykle wrogo do niedawnych sąsiadów. Albo raczej, prawie wszyscy, gdyż jedna rodzina osadnicza, Muller, odmówiła wyrzeczenia się polskości, za co chyba byli prześladowani, gdyż potem gdzieś ich wywieziono. Przez Kolonię przechodziła szosa, która prowadziła z jednej strony do Płońska (12 km) i dalej do Warszawy, a z drugiej do Płocka (40 km). Gospodarstwa niemieckie, położone przy szosie były raczej zamożne, Niemcy zawsze mieli opinię dobrych gospodarzy. Druga Dzierząznia, zwana Nowa albo Parcele, ciągnęła się równolegle do Kolonii, za małą rzeczką, w odległości 1 km. Powstała ona w latach 20-tych ze sprzedaży parceli z dużego majątku. Dziadkowie ze strony mojej mamy kupili tam gospodarstwo, kiedy po zakończeniu I wojny światowej zdecydowali się opuścić Warszawę.

W Dzierzązni początek okupacji był ciężki. Ludzie znaleźli się nagle w sytuacji, kiedy nic nie było wolno. Strach przed śmiercią, nie tą naturalną, przychodzącą z wiekiem, ale tą gwałtowną, która mogła spaść na każdego w dowolnym momencie i w dowolnym miejscu, paraliżował ludzi. A zakazów było wiele: zabicie świniaka bez specjalnego zezwolenia karane było śmiercią całej rodziny. Niemcy postawili szubienicę na polu i spędzali z okolicy wszystkich ludzi, aby asystowali przy powieszeniu. Mówiono, że w naszym rejonie były trzy takie egzekucje. Kara śmierci groziła za uczestnictwo w nielegalnym zgromadzeniu kilku osób, za ukrywanie i pomoc Żydom, za czynny opór w wypełnieniu rozkazów Niemca. Ludzie byli tym całkowicie sterroryzowani. Nikt nawet nie próbował sprzeciwiać się niemieckim żądaniom.

Kościół był zamknięty. Urząd gminy w Kolonii funkcjonował tylko dla Niemców. Język polski był tam zakazany i trzeba było mieć tłumacza, by o cokolwiek poprosić. Jak Niemiec przechodził drogą, czy jechał rowerem (Polacy nie mieli prawa posiadać roweru), przechodzący Polak miał obowiązek zatrzymać się, zdjąć czapkę i czekać, aż Niemiec się oddali. Jeżeli jakiś Niemiec chciał zająć polskie gospodarstwo, jego mieszkańcy musieli opuścić je w ciągu 24 godzin, zabierając tylko to, co mogli unieść ze sobą w rękach. Ci, którzy w jakiś sposób przekroczyli niemieckie nakazy, jak: nie przyszli do roboty, ukryli i nie oddali rekwirowanych automatycznie produktów, chodzili drogą po zachodzie słońca, byli bici lub wysyłani „za druty”. Próby ucieczki z tego obozu lub nieposłuszeństwa, były często karane śmiercią.

Do kontroli wypełnienia nakazów używani byli Niemcy z kolonii i folksdojcze, czyli Polacy, którzy w pewnych warunkach dostali status Niemca trzeciej kategorii, jak również przyjezdni gestapowcy, łatwo rozpoznawalni, gdyż nosili żółte mundury i opaskę ze swastyką na lewym przedramieniu. Czasami wystarczył zwykły donos, by się pojawili i wypędzali ludzi przed dom, a sami przeszukiwali całe gospodarstwo. Wszystkie produkty z gospodarstwa rolnego stawały się własnością niemiecką i po skrupulatnej kontroli były przez nich zabierane. Polacy dostawali kartki, za które mogli zakupić w sklepie niemieckim podstawowe produkty do jedzenia. Ponieważ mielenie zboża w młynie wodnym na Wierzbicy czy w wiatraku w Kolonii było zakazane, w stodole ukradkiem kręciliśmy z dziadkiem żarnami prymitywną mąkę, z której potem pieczono „pagaje”. Zimą, na śniegu, stawialiśmy wnyki, aby łowić kuropatwy i zające, zbliżające się do zagród w poszukiwaniu jedzenia. To również było zabronione i srogo karane.

Wkrótce życie w Dzierzązni stało się dla mnie prawdziwą udręką. W 1940 roku miałem tylko 6 lat, a do moich codziennych obowiązków należało już nakarmienie koni i krów, wyprowadzenie ich na łąkę, gdy było ciepło, zajęcie się ich pasaniem, jak również praca w polu. Najpierw było to bronowanie, ale potem, w miarę jak nabierałem sił fizycznych, przyszły i inne prace, bardziej ciężkie, jak orka, zbiór skoszonego zboża czy siana, kopanie kartofli i buraków. Moje wspomnienia z tego okresu związane są głównie z pasaniem i obrabianiem trzody oraz pracą w polu. Oczywiście, żadna szkoła dla dzieci polskich nie istniała. Od roku 1943, gdy większość Niemców z Kolonii wyjechała na front, każda polska rodzina musiała uczestniczyć w robotach w niemieckich gospodarstwach. Ja oczywiście brałem w tym udział. Było to ciężkie i przyznam ze wstydem, że płacz często mi w tym towarzyszył.

Przyjemniejsza była już praca przy kopaniu okopów. Niemcy budowali w naszej okolicy nową linię obronną, składającą się z bunkrów powiązanych siecią zygzakowatych okopów. Do tej pracy przywożono ludzi z dalszych okolic, którzy pracowali na okrągło, cały tydzień, aż do następnej zmiany. Ja chodziłem codziennie, jak się mówiło „na okopy”, ale ze względu na moje słabe warunki fizyczne, używano mnie raczej w kuchni do obierania kartofli, roznoszenia jedzenia, zbierania i mycia naczyń. Prowadziła te roboty organizacja TODT, w której pracujący Niemcy byli w podeszłym wieku. Ja miałem szczęście wpaść w oko Niemcowi, który pozwalał mi zwiedzać urządzenia budowanych bunkrów, objaśniał, do czego to służy i nawet nie pędził mnie do roboty. Przypuszczam, że przypominałem mu wnuczka, gdyż pokazał mi jego fotografię. Dni pracy „na okopach” stały się dla mnie dużo przyjemniejsze niż praca w polu.

Nie piszę tych słów z przyjemnością, ale wydaje mi się, że muszę o tym wspomnieć, gdyż to również formowało w jakiś sposób moją świadomość. W tym oto pejzażu nielubianych zajęć i obowiązków, który w skrócie przedstawiłem, rozwijało się moje dzieciństwo. Ten pejzaż nie miał nic wspólnego z sielankową wizją wsi polskiej, opiewanej tak przez Jana Kochanowskiego:

Wsi spokojna, wsi wesoła,

Który głos twej chwale zdoła?

Kto twe czasy, kto pożytki

Może wspomnieć za raz wszytki?

   Człowiek w twej pieczy uczciwie

   Bez wszelkiej lichwy żywie;

   Pobożne jego staranie

   I bezpieczne nabywanie.