Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Okupacja niemiecka zaczęła się dla mnie bardzo dobrze.

Zniknęła przede wszystkim zmora piwnicy, kurzu i głodu, a dodatkowo pojawiła się możliwość zabawy z kolegami, co po długim okresie, kiedy mama nie pozwalała mi się nigdzie ruszyć, było strasznie fajne.

Dla tych, którzy nie znają tego okresu przypomnę, że Polska, zaatakowana z zachodu przez Niemcy i ze wschodu przez Związek Radziecki, mimo miażdżącej przewagi najeźdźców broniła się prawie pięć tygodni. Francja, która zaliczała się przed wojną do światowych mocarstw, skapitulowała przed oddziałami niemieckimi po krótszym okresie walk.

Rzeczywiście, w dziedzinie zabaw dla mnie i moich kuzynów powstały nagle nowe możliwości. Wychodząc na ulicę można było znaleźć walające się cuda o bezcennej dla nas wartości. Kieszonkowe zegarki odkryliśmy w rozbitym sklepie, wspaniałe łyżwy, chociaż nie do pary, znaleźliśmy w ruinach domów jeszcze dymiących po pożarze. Sama kolekcja gilz od nabojów, którą zgromadziliśmy we trójkę, była przedmiotem naszej dumy. Nikt z kolegów nie miał lepszej. Oczywiście naszym przywódcą był mój kuzyn Michał, który w wieku swoich 10 lat był dla nas wodzem i wyrocznią, umiał wyciągnąć nas spod opieki mam i zawsze wiedział, gdzie powinniśmy pójść, aby znaleźć nowe skarby.

Pamiętam, że przed samym naszym wyjazdem z Warszawy znalazłem się z mamą (ojciec, jako jeniec wojenny, został zabrany przez Niemców do obozu) pomiędzy ludźmi, którzy przyszli oglądać defiladę zwycięzców. Mnie się to bardzo spodobało. Żołnierze maszerowali w kolumnach trójkami, wymachiwali bardzo rękami i śmiesznie podnosili nogi w błyszczących butach. Ich mundury i hełmy były zupełnie inne, niż u żołnierzy w Modlinie, a maszerujący na czele kolumn trzymali przed sobą wysokie tyczki z osadzonymi na nich metalowymi orłami i wiszącymi kitami. Takich rzeczy nie widziałem nigdy przedtem.

Wkrótce znowu nie było nic do jedzenia. Mama często płakała i dorośli rozmawiali przyciszonym głosem o jakichś łapankach i egzekucjach na ulicach. Nie bardzo wiedziałem, co to wszystko znaczy, ale zabroniono nam wychodzić z domu i do zabaw mieliśmy tylko skarby ukryte pod łóżkiem. Kilkanaście dni potem, gdy głód zaczął doskwierać tak, że jedliśmy coraz gorsze rzeczy, mama oznajmiła, że dziadek przyjedzie furmanką, aby nas zabrać na wieś, do Dzierzązni. My z Kazikiem byliśmy zachwyceni – jechać tak daleko (80 km) na wozie zaprzężonym w konie, to było dla nas coś takiego jakby podróżować ze świętym Mikołajem. Nasi koledzy, którzy zostawali w Warszawie, a najbardziej Michał, nie mogli ukryć zazdrości.