Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Jakaś niewidzialna ręka potrząsnęła brutalnie moim ramieniem. Było to tak nieoczekiwane, że gdy otworzyłem szeroko oczy, z przerażeniem ujrzałem nachyloną nade mną twarz z nasunię­tym na czoło daszkiem wojskowej czapki. Moment wewnętrznej paniki przedłużał się, mimo że usiłowałem jak najszybciej skleić wizję tego, co miałem przed oczami z wizją paryskiego peronu, po którym właśnie przed chwilą maszerowałem. Gdzie ja jestem? Obóz wojskowy? Paryż? Starałem się zrozumieć, co działo się w panującym wokół mnie półmroku, który świecąca się w górze żarówka z trudem starała się rozproszyć.

- … telu! Obywatelu! Wasz paszport proszę, kontrola przygraniczna.

Głos był stanowczy i słowa dobrze mi zrozumiałe. I nagle wszystko stało się jasne. Jadę pociągiem do Paryża, a osoba potrząsająca tro­chę brutalnie moim ramieniem, to żołnierz polskiej służby granicznej. Ą więc jestem już na granicy z NRD i wkrótce opuszczę terytorium PRL-u. Tutaj mój optymizm okazał się trochę przedwczesny, albo­wiem twarz spod daszka, po uważnym przejrzeniu mojego paszportu, oddała mi go ze słowami:

- Teraz możecie spać na nowo.

Rzeczywiście, do granicy było jeszcze daleko, a weryfikacja pasz­portów osób znajdujących się w wagonie miała na celu wykrycie ewentualnego złoczyńcy, który usiłowałby przeniknąć w polską strefę przygraniczną, nie mając dla takiego surowo karalnego wyczynu od­powiednio udokumentowanego zezwolenia.

Dla wnikliwych poszukiwaczy osobliwości z tamtych czasów dodam, że granica państwa oddzielona była od reszty terytorium tak zwaną strefą przygraniczną, o szerokości nawet do kilku kilometrów. Ta z kolei odcięta była od właściwej linii granicznej pasem ziemi szerokości kilkunastu metrów, który, starannie bronowany każdego dnia, miał pokazać w sposób naoczny, czy szczelna granica nie zosta­ła pogwałcona w jedną czy też w drugą stronę przez wrogie naszemu ustrojowi przestępcze elementy. Ponieważ dotyczyło to również plaż nadmorskich, te po przedwieczornym bronowaniu stawały się oczy­wiście niedostępne dla nóg wczasowiczów, nawet jeśli upojną gorą­cąnocąprzyszłaby im nieodparta ochota ochłodzić się w morskiej kąpieli.

Niestety, ta genialnie prosta metoda miała swoje wady, z których jedną była obecność zwierząt w przygranicznej strefie. Odkrywając rankiem,na przykład, ślady kopyt dzika na bronowisku, jaki odpo­wiedzialny za sektor mógłby stwierdzić z absolutną pewnością, że były to ślady dzikiej świni? Jeśli takowe były w okolicy to wyjaśniało częściowo sprawę, lecz jeśli to było na plaży? Albo w okręgu w ogóle bez świń, nawet bez tych domowych? A może ktoś podszył się pod świnię, aby bezkarnie, tak po świńsku, przekroczyć granicę? Tutaj nikt odpowiedzialny nie był w stanie stwierdzić jednoznacznie: świnia czy nie świnia szwendała się po non man’s land’zie? Taki więc, odpo­wiednio opisany przypadek, wędrował drogą służbową do odpowied­niego departamentu MSW, gdzie po wnikliwej analizie odpowiednich specjalistów sprawa mogła być odpowiednio skatalogowana, albo jako niewinna, albo wymagającą rozpoczęcia natychmiastowych akcji śledczych w strefie naruszenia.

W końcu lat osiemdziesiątych w socjalistycznym Azerbejdżanie, jadąc drogą wzdłuż granicy z Iranem, miąłem satysfakcję stwierdzić naocznie, że mimo posiadania gadżetów elektronicznych bronowa­nie granic ZSRR było ciągle ściśle przestrzegane. Dzięki temu 10- metrowy pasek ziemi o długości jednej czwartej obwodu kuli ziem­skiej był w krajach bijących się o światowy pokój codziennie bronowany z namaszczeniem. I nic na tym pasku nie miało prawa ni rosnąć, ni chodzić!

Rozbudzony i podekscytowany bliskością granicy Polski, nie w gło­wie mi było próbować na nowo zasnąć. Przyklejałem czoło do szyby, usiłując z trudem dostrzec w przesuwającej się w głębi ciemnej ścianie lasu coś, co pozwoliłoby mi określić jej bliskość. Pociąg jechał powo­li, a monotonny stukot kół wagonu nie mącił moich myśli. A więc mój zamiar spędzenia trzech tygodnie we Francji, w samym Paryżu, stawał się wreszcie rzeczywistością.

To, co przemyślałem i zaplanowałem po spotkaniu z kolegą szczycącym się zachodnią „maszyną”, owocem jego trzymiesięcznego pobytu we Francji, jest w trakcie spełniania się. Byłem podniecony, ale i również bardzo zadowolony, że mój pro­jekt nie skończył się na niczym, a wprost przeciwnie. Jadę bowiem w wygodnym wagonie, z wymaganymi do tego wyjazdu dokumenta­mi i paczką 120-tu „dolców” w kieszeni i wkrótce będę tam, gdzie Mickiewicz, Słowacki i oczywiście mój przedsiębiorczy kolega mieli szczęście być wcześniej przede mną.

Czas teraz płynął szybko i wkrótce liczne latarnie oświetlające to­rowiska kolejowe za oknami zaczęły coraz wolniej uciekać do tyłu, a przeciągły pisk hamulców obwieszczał koniec jazdy. Pociąg zatrzy­mał się przy bardzo niepozornie wyglądającym, jak na stację kolejową międzynarodowego znaczenia, budynku. Na jaskrawo oświetlonym peronie oczekiwała już gotowa do spotkania podróżnych grupa woj­skowych z WOP-u, rozpoznawalna po zielonych opaskach na czap­kach, oraz, obok nich, postrach wszystkich wyjeżdżających, nawet tych bez-bagażowych, szaro-mundurowa, ale znająca swoją ważną rolę społeczną, liczna brać celna.

Zahartowany w licznych przeprawach granicznych, w czasie moich poprzednich wypraw sportowych do bratnich republik, nie odczuwa­łem wielkich emocji przed oczekującą mnie kontrolą, albowiem tym razem, aż wstyd przyznać, byłem nieprzyzwoicie „czysty”. Bo i cóż taki neofita jak ja mógł wieźć do Francji, kraju ideologicznie obcego, ale gdzie według opowiadań innych, wszystkiego było w brud? Nie znając nikogo w Paryżu, nie wiozłem też żadnych podarunków dla znajomych, które mógłbym wpisać do deklaracji celnej, aby wyglą­dała bardziej normalnie. Przepraszam, miałem jednak jeden prezent w postaci torcika wyprodukowanego przez Zakłady imienia 22 Lipca (dawny E. Wedel) i słoik kiszonych ogórków, dla znajomych jednego z moich kolegów, których adres gdzieś pod Paryżem i numer telefo­nu, starannie zapisałem na usilną jego prośbę.

Kontrola paszportowa przebiegała sprawnie, wiedziona przez spe­cjalistów znających doskonale swoją pracę. Przewertowanie paszpor­tu w silnym blasku latarki zawieszonej na piersi umundurowanego, porównanie fotografii (tylko bez okularów!) z portretem siedzącego naprzeciwko właściciela, ewentualne zapytanie o cel czy czas trwania wyjazdu, dopełniały procedury, koniec której obwieszczało oddanie paszportu, z krótkim „dziękuję”, rzuconym od niechcenia przez oby­watela oficera.

Kontrola celna była bardziej skomplikowana. Celnik po otwar­ciu drzwi przedziału brał od każdego pasażera paszport i deklarację celną, wertował staranie oba dokumenty, prosił o wskazanie swo­ich bagaży z nieodłącznym pytaniem, czy w deklaracji wywozowej wszystko zostało należycie opisane i podpisane, i … zwracał oba do­kumenty, zatrzymując jeden egzemplarz deklaracji. Po sprawdzeniu dokumentów podróżni byli proszeni do opuszczenia przedziału, a oczekując na korytarzu mieli przyjemność obserwować pracę cel­ników operujących we dwóch pośród ich bagaży. Zawartość bagaży, które zdaniem celników zasługiwały na przywilej głębokiego przepa­kowania, była wyjmowana sztuka po sztuce przez ich sprawne ręce. Dzięki temu właściciel bagażu mógł sprawdzić po raz ostatni, czy czegoś nie zapomniał wziąć ze sobą, a funkcjonariusz upewniał się naocznie, że pasażer przez roztargnienie nie wziął ze sobą więcej niż to, co zadeklarował starannie w dokumencie celnym. W moim przy­padku miałem przywilej dodatkowego pytania, czy był to cały mój bagaż. Z zadowoleniem przytaknąłem głową potwierdzająco, dając mu do zrozumienia, że tym razem to ja prowadziłem grę psycho­logiczną. Celnik zrozumiał to natychmiast, a nie chcąc się trudzić otwieraniem niegodnej jego wysiłku małej walizeczki, po ostatnim spojrzeniu na moją podejrzanie „cienką” deklarację, zwrócił mi ją bez słowa.

W ten to nieskomplikowany i bezbolesny dla mnie sposób, zosta­łem ostemplowany, jako zdatny do wyjazdu na, mityczny dla mnie, Zachód. Uff…!

Celnicy powoli opuszczali wagony i na peronie pozostali tylko wojskowi nadzorujący pociąg, z którego aż do odjazdu nikt nie miał więcej prawa wysiąść czy wsiąść. Wkrótce konwój nasz ruszył w stronę ciągle prowizorycznego mostu na Odrze, po którym bardzo powoli (a może powinienem powiedzieć z ociąganiem) przejechał na nie­miecką stronę rzeki.

Znalazłem się w NRD.

Pociąg zatrzymał się zaledwie kilkaset metrów dalej, a obrazek, który ujrzałem był bardzo podobny do tego, który widziałem na pol­skiej stronie rzeki.· Obskurny budynek stacji, jaskrawo oświetlone perony z grupami wojskowych, z których niektórzy trzymali psy na smyczach, czego nie widziałem jednak poprzednio.