Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Na trzecim froncie, sportowym, też zaczęły zachodzić ważne wydarzenia z nadejściem długo oczekiwanej spartakiady wojsk okręgu mazurskiego.

Trzeba powiedzieć, że moje zobowiązanie do ulepszenia gry zespołu siatkówki naszego pułku wykonywałem skrupulatnie. Tym niemniej, rezultaty były raczej niewidoczne, ponieważ kandydaci na siatkarzy do gry w reprezentacji, mieli poziom zdecydowanie kiepski i żadne rady nie pozwoliły mi w krótkim czasie doprowadzić do jakiegoś jego ulepszenia. Nawet moja gra w ekipie niewiele pomagała, ponieważ kontakt z piłką, gdy była na naszej stronie, mogłem mieć tylko sporadycznie, a zdobycie punktu zależało w dużym stopniu już od innych graczy. Toteż nie oczekiwałem jakiegoś dobrego miejsca dla naszej drużyny w klasyfikacji końcowej. Ale niezrażony tym, robiłem, co mogłem by mobilizować graczy do dokonania nadzwyczajnego wysiłku w dniach rozgrywek.

W Giżycku, nawet latem, rozrywek sportowych było bardzo mało, toteż w dniach spartakiady na lokalnym stadionie, gdzie odbywały się zmagania w licznych dyscyplinach, widzów było wyjątkowo dużo. Sam turniej siatkówki odbywał się w jednym jego końcu, ale nie cieszył się dużym zainteresowaniem, co nie było dziwne, sądząc po jakości meczów, które tam były rozgrywane. Zgodnie z przewidywaniami, zajęliśmy z trudem trzecie miejsce. Rozgoryczony tym wynikiem, wydałem moją opinię na temat gry kolegów, mówiąc, że sam jeden, bez nich, wygrałbym łatwo z każdą drużyną, a nawet z tą, która zajęła pierwsze miejsce! W ożywionej dyskusji, która się wywiązała, potwierdziłem moje wyzwanie w formie zakładu, że gotów jestem w przypadku mojej przegranej położyć „pod słupek” 1200 złociszów dla zwycięzców. Z rozpędu już, ale ciągle pod kontrolą, dorzuciłem jeszcze, że dam dodatkowo drużynie przeciwnej „fory”: 10 punktów w pierwszym secie, 11 – w drugim i 12 – w trzecim i … i że na pewno wygram!

Suma proponowana była bardzo duża i spowodowała zainteresowanie wśród graczy przysłuchujących się tej wymianie zdań, bo wyczuli nagle, że dzięki danym forom, pojawiła się okazja do łatwego wzięcia pieniędzy. Widząc, że dzięki zakładowi będę miał wreszcie okazję pokazać, co umiem, dodałem buńczucznie, że w przypadku ich przegranej, nie będą mieli nic do płacenia, po prostu ucieknie im tylko wygrana. Moje wyzwanie, przyjęte początkowo jako zły dowcip zarozumialca, wzbudziło wkrótce chęć walki, gdy podparłem je widokiem banknotów gotowych do wręczenia sędziemu spotkania, aby wypłacił zwycięzcom. Tu już żadnej „lipy” nie było i wkrótce miałem naprzeciwko siebie sześciu najlepszych graczy wybranych z drużyn uczestniczących ekip.

Bez fałszywej skromności byłem przekonany, że zakład wygram i moja taktyka gry była prosta. Mając prawo do trzech odbić mogłem z łatwością odebrać, wystawić i ściąć piłkę w kierunku najsłabszych graczy przeciwnika. Wiedziałem również z doświadczenia, że sześciu niezgranych ze sobą graczy o nierównym i raczej słabym poziomie, wprowadza takie zamieszanie na boisku, że piłki przechodzące na moją stronę będą łatwe do odebrania. Dodatkowo, obawa niewygrania wysokiej sumy będzie elementem psychologicznym, który, byłem tego pewien, zadziała paraliżująco na przeciwników przy pierwszych niepowodzeniach. W sumie to, co mój przeciwnik brał za zarozumialstwo, dla mnie było logicznie uzasadnioną decyzją!

Pierwszego seta wygrałem bez problemów. Rzeczywiście, moje piłki wprowadzały duże zamieszanie pomiędzy graczami przeciwnika, którzy nie byli w stanie zdobyć nawet jednego punktu. Wynik mówił sam za siebie: 15 do 11! Widzowie z całego stadionu, widząc, że jeden gracz, teoretycznie bez szans, wygrywa przeciwko szóstce miotając się po boisku jak opętany i demonstrując przy tym ładną grę, rozpoczęli migrację w koniec stadionu, by znaleźć się bliżej rozgrywanego meczu. Drugi set, również wygrany przeze mnie, nie dodał otuchy przeciwnikowi, a odwrotnie wprowadził dodatkowe nieporozumienia wśród grających. Trzeci set rozgrywaliśmy już przy gorącym dopingu praktycznie wszystkich widzów, którzy zaintrygowani woleli oglądać naszą walkę, niż inne dyscypliny rozgrywane równolegle na stadionie. Ostatniego seta wygrałem 17 do 15, kończąc mecz przy dużym aplauzie publiczności.

Aby jednak choć trochę osłodzić gorycz ośmieszającej porażki, oddałem 600 złotych z przeznaczonej sumy szóstce skłóconych między sobą graczy, wyjaśniając jednak butnie, że byłem od początku pewien mojego zwycięstwa. Pośrednio ta wygrana przyniosła mi pewną popularność wśród mieszkańców Giżycka i później często nieznajome osoby pozdrawiały mnie, gdy szedłem po ulicy, czy byłem w jakimś sklepie. Przyznam, że te wyrazy sympatii nie były dla mnie nieprzyjemne!

Również w pułku mój sportowy wyczyn nie przeszedł niezauważony. Nie mówiąc już o moim politruku, z którym „oblaliśmy”, jak nakazywała tradycja, zaszłe wydarzenia, otrzymywałem nieoczekiwane dowody sympatii również od „nieznanego żołnierza”. I tak pewnego ranka stwierdziłem, że w Syrence, która wypoczywała nocą niedaleko wartowni, zniknęły reflektory i kierunkowskazy. Strata pieniężna z pewnością znaczna, ale jeszcze przykrzejsze było to, że zakup tych części był możliwy jedynie na zamówienie w centrali handlu motoryzacyjnego, z kilkunastodniowym oczekiwaniem na dostawę części. Szef mojej ekipy, powiadomiony o unieruchamiającym pojazd wydarzeniu, jeszcze tego samego dnia przyniósł skradzione części, wyjaśniając, że sprawcy nie wiedzieli, że „oślepili” własność pana porucznika od siatkówki. Stosowne zadośćuczynienie wynagrodziło jemu i innym ten zryw szlachetnej uczciwości. Od tej pory nie musiałem się już martwić ani o benzynę, ani o czystość karoserii, gdyż każdego poranka znajdowałem moją Syrenkę elegancko wymytą i dobrze napojoną. Tym niemniej pewna forma zadośćuczynienia dla niewidzialnych rąk była ustalona, mimo że moje wyjazdy w teren błyszczącym samochodem były zawsze w interesie pułku.

Przy innej okazji użyłem metody nagrody do sprowokowania czynu, który nie był najlepszego smaku, co przyznaję teraz ze skruchą. Działo się to podczas jakiejś przechadzki przedwieczornej, przed powrotem do koszar. Było nas czterech gwiazdkowych rezerwistów, przewieszonych na poręczy mostu przekraczającego nurt leniwie płynącej rzeczki, niedaleko od naszych koszar. To strategiczne miejsce było wygodne dla kontemplacji i oceny przechodniów, którzy, chcąc nie chcąc, musieli przechodzić tędy, aby przedostać się o „suchej nodze” z jednej części miasta do drugiej. W procesie kontemplacji stwierdziłem, że most mógłby okazać się dochodowy, gdyby pod jakimś pretekstem ustanowić nawet skromną opłatę za korzystanie z niego. Któryś z kolegów nie zgodził się z tym mówiąc, że on wołałby raczej przejść przez rzeczkę, która nie była ani szeroka ani głęboka, niż płacić organizatorom takiego myta. Potwierdziłem, że w teorii jest to możliwe, ale z uwagi na obecność przechodniów z pewnością zabrakłoby mu odwagi, by tego dokonać.

Wymiana tych głębokich myśli i może trochę przekora, doprowadziły mnie do zaproponowania kąpielowego zakładu: za każde przejście rzeczki w obie strony zapłacę 200 złociszów temu, kto tego dokona, pod warunkiem jednak, że do następnego przejścia rzeczki będzie musiał się ubrać i na nowo rozebrać. Przejścia rzeczki pod mostem jak również zlokalizowanie tamże szatni, były oczywiście wykluczone. Dodatkowym moim wymaganiem było, że po przejściu należało wyjść na brzeg i odczekać tam 10 sekund przed powrotnym rzuceniem się w odmęty. Widok banknotów, które wyjąłem dla zademonstrowania mojej determinacji, miał dużą siłę przekonywania i dwóch kolegów po wypróżnieniu kolejnych butelek piwa, zdecydowało się dokonać mokrego przejścia rzeczki. Miejsce do rozbierania zostało wybrane na trawie nad brzegiem rzeczki, zaledwie kilka metrów od mostu. Niecodzienny widok dwóch oficerów rozbierających się ze swych strojów mundurowych w miejscu publicznym, spowodował, że kilku przechodniów zatrzymało się na mostku, by zobaczyć, co się dalej będzie działo.

Kilka minut później mój stan majątkowy zmniejszył się o cztery podobizny Traugutta i wszystko wskazywało, że wkrótce zmniejszy się o kolejne cztery „stówy” a może i sześć, gdyż trzeci kolega jak konik wyścigowy zaczynał przebierać nogami, by wziąć udział w konkursie. Widzowie zapełnili prawie cały mostek i panowie z butelkami piwa w rękach, gdyż kiosk był w pobliżu, zaczęli komentować na swój sposób przeprawiający się przez wodę, rozebrany do majteczek desant. Wkrótce zacząłem się zastanawiać, jak honorowo położyć kres nadmiernym ilościom przechodzenia potoku, gdyż licznik stanu mojej kasy nieuchronnie przybliżał się do zera. I tu samo przeznaczenie przyszło mi na pomoc.

Nieoczekiwanie wśród widzów zapadła cisza, gdy wojskowy jeep z dwoma „bicepsami” manewrowanymi przez kapitana, wszyscy o minach marsowych podkreślonymi paskiem zapiętym sztywno pod brodą i napisami WSW na rękawach, zatrzymał się na mostku. Ciekawość ich została obudzona niecodziennym widokiem leżących na trawie mundurów, wyraźnie pustych w środku, i chlapiących się obok w wodzie dwóch młodych mężczyzn w dobrze dojrzałym wieku. Widząc to szybko oddaliłem się z mostku na bezpieczną odległość, nie mając ochoty być zaproszony do wyjaśnień przez moich kolegów. Ci bowiem, zatrzymani w niezrozumiałej dla nikogo wędrówce w poprzek rzeczki z jednego brzegu na drugi, nie mieli nadziei umknąć, gdyż ich ciuchy były już pod kontrolą patrolu porządkowego.

O dalszych szczegółach przejść „wypranych” na czysto kolegów, dowiedziałem się nazajutrz, gdyż do lazaretu nocą wstęp nieupoważnionym był surowo zabroniony i zapewnienie nam spokojnego wypoczynku było punktem honoru naszych sanitariuszy. Mimo wyraźnego niezadowolenia dwóch poławiaczy pereł, sprawa zakładu zakończyła się polubownie, to znaczy ja wypłaciłem im za dwa przejścia Rubikonu, mimo że jedno było spalone, a oni już bez dalszej animozji zaprosili nas dwóch do pobliskiej knajpy, gdzie cała przygoda po sutym obiedzie z wyszynkiem pozostała już tylko dalekim wspomnieniem.