Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wkrótce problem sypialni stanął na porządku dnia. Było nas sześciu do sformatowania na pełnosprawnych oficerów w ciągu trzech miesięcy wspólnego pobytu w pułku. Ale ta wspólnota ograniczała się przede wszystkim do punktu upadku w porze nocnej, z powodu naszych łóżek ustawionych w obszernej wspólnej sypialni, na drugim piętrze budynku znajdującego się tuż przy wartowni.

Moi koledzy, strudzeni całodziennymi zajęciami kładli się spać wcześnie wieczorem, by zacząć dzień o brzasku gimnastyką poranną na placu apelowym obok swoich kompanii. Z tego tytułu mieli absolutne prawo do spokojnego i krzepiącego snu w swoich łóżeczkach o godziwej nocnej porze. Tak samo zresztą jak i ja, strudzony arcyważnymi zajęciami, rozłożonymi między godziną 9.30 a 24.00. Jedynym, co nas różniło w tym biologicznym obowiązku odpoczynku było to, że nasze okresy snu nie były ze sobą zgrane w fazie. O ile ja z pełną kurtuazją przestrzegałem ciszy, kładąc się do łóżka bez zapalania światła, o tyle nie można było tego powiedzieć o grupie „śpiących rycerzy”. Ci bowiem, zrywając się o godzinie szóstej, czynili taki „raban” w sypialni, że mógłby on obudzić zmarłego, a nie tylko mnie, spoczywającego jeszcze w słodkich objęciach Morfeusza. Żadne ultimatum typu: „Jeśli nie będziecie wstawać po cichu, to ja będę kładł się spać głośno!”, nie pomagało i konieczność znalezienia wyjścia z tej żenującej sytuacji stała się pilna. Tym bardziej, że będąc poza grafikiem służb, nie musiałem być obecny na obowiązkowym dla innych capstrzyku porannym, a leniuchowanie rano w łóżku miało też swoje dobre strony.

Trzeba trafu, że pułkowy oddział sanitarny zajmował parter tego samego budynku, a szefem jego, jak się okazało, był sympatyczny młody lekarz, który po ukończeniu Wojskowej Akademii Medycznej miał do „odkiblowania” cztery pełne lata czynnej służby w jednostce. Zapoznaliśmy się na przystani przy okazji wspólnego pływania na „łajbie” i po krótkim porównaniu naszych poglądów na życie i ocenie roli, jaką nam było dane odgrywać w Giżycku, stwierdziliśmy, że mamy wiele cech wspólnych. Toteż szybko doszliśmy do wniosku, że jeśli zamieszkam w jednej z licznych wolnych izb w lazarecie, to on będzie się mniej nudził, a ja z kolei będę lepiej sypiał. Sprawa dogłębnie rozważona wymagała tylko przetworzenia jej w czyn, co uczyniłem zabierając z pomieszczenia wspólnoty łóżek moje cywilne dobro zawarte w niewielkiej walizeczce. Odtąd codziennie, w porannej ciszy pustego lazaretu, spożywaliśmy śniadanko przygotowane ze szczególną troską przez trójkę bezrobotnych sanitariuszy, którzy za ciche zwolnienia na krótkie wyjazdy do swoich, odwdzięczali się jak mogli swojemu szefowi.

Powoli moje życie pensjonariusza szpitalnego nabierało rumieńców. Razem z oblatanym we wszystkim lekarzem i korzystając z pomocy trójki „łapiduchów”, urządzaliśmy tam skromne przyjęcia dla godnych zaufania przyjaciół, jak również wieczory gry w brydża, oczywiście zachowując przy tym niezbędną ostrożność, szczególnie potrzebną przy przejazdach przez czuwającą na okrągło wartownię.

Była jednak i praca, były i obowiązki i nie wolno mi o nich zapomnieć!