Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Nie od rzeczy będzie zatrzymać się chwilę, aby wyjaśnić, jakie były marzenia, a może cele do osiągnięcia, które na początku lat sześćdziesiątych nurtowały obywateli PRL, znajdujących się w pełni życia. Na pewno było ich wiele, ale dwa miały zdecydowaną przewagę nad innymi.

Pierwszym celem było zdobycie własnego, niezależnego mieszkania i dotyczyło przede wszystkim młodych (ale nie tylko) ludzi, którzy decydowali się założyć rodzinę. Dwie drogi prowadziły do zrealizowania tego marzenia. Albo ta wąska, wiodąca do przydziału mieszkania z jakiejś puli rozdziału, albo druga, trochę szersza, dająca dostęp do otrzymania mieszkania w ramach spółdzielni mieszkaniowych. Obie drogi były dostępne dla wszystkich pracujących i w teorii każda z nich kończyła się otrzymaniem kluczy, otwierających szczęśliwemu wybrańcowi drzwi do ziemskiego raju. Lecz jedyną niewiadomą w tym pewniku demokracji ludowej było, „kiedy” rajskie klucze znajdą się w posiadaniu wybranego. I to „kiedy” było tym, co różniło bardzo oczekujących demokratycznie na mieszkanie, niezależnie od puli rozdziału.

Mieszkania z przydziału były rozdzielane bezpłatnie przez różne organizacje, jak rady narodowe, partie polityczne, wojsko, czy związki zawodowe w miejscach pracy. Oczywiście wszyscy mogli ubiegać się o otrzymanie mieszkania, lecz by je otrzymać, trzeba było spełnić wiele kryteriów. I tak zasługi w pracy, liczna rodzina, przesiedlanie ze wspólnych zagęszczonych mieszkań były oficjalnie dającymi prawo do przydziału, lecz inne mniej oficjalne, jak praca w specjalnych służbach, przynależność do partii, odpowiednie „plecy”, czyli poparcia, były tymi, które decydowały o czasie wyczekiwania. Ponieważ normą powierzchni było sześć metrów kwadratowych na osobę, wiec w praktyce młode pary po ślubie mieszkały „przy rodzicach” wystarczająco długo, aby w wolnych chwilach powiększając rodzinę, starać się powiększyć przysługujący im metraż. To z kolei zwiększało zagęszczenie w rodzinie do stopnia, gdzie wszyscy wszystkim dawali się dobrze we „znaki”. Ta sytuacja powodowała uruchomienie przez zainteresowanych wszystkich możliwych poparć, aby jak najszybciej móc przesiedlić młodych na swoje. „Małe mieszkanko na Mariensztacie” było celem numer jeden każdego PRL-owca i mimo że było ono pełne usterek, otrzymanie takowego było uważane za szczyt awansu socjalnego. A z usterkami można było żyć, bo jak pisał znany satyryk:

Dostałem lokal w nowym domu,

Pokój z łazienką, kuchnia, WC,

I pierwsze miejsce w zbiórce złomu,

Bo przecież klamek nie wyrzucę!…

Kolejki na zapisanie się do którejś z licznych spółdzielni mieszkaniowych były równie długie, mimo że za otrzymane metry kwadratowe trzeba było płacić sumy stosunkowo znaczące. Okres oczekiwania był niekiedy kilkunastoletni i rodzice często dzieciom nowonarodzonym otwierali książeczki oszczędnościowe na mieszkanie, licząc, że je otrzymają po dojściu do pełnoletniości. Tu kryteria metrowe były bardziej wyrozumiałe i zapisany w zasadzie mógł liczyć, że gdy przyjdzie jego kolejka, nawet bez poparcia, mieszkanie otrzyma. Tym niemniej czas oczekiwania można było fenomenalnie skrócić przy pomocy szerokich, niekiedy dobrze „naoliwionych” pleców.

Celem numer jeden-bis był z kolei własny samochód i mało rzeczy miało w tym okresie wartość symboliczną większą niż fakt jego posiadania. Prywatna maszyna, rozpoznawalna łatwo przez literę „H” na tabliczkach rejestracyjnych, zmieniała kompletnie przynależność społeczną jej właściciela. Ponieważ tytuły szlacheckie były nie w modzie, bo zakazane, ponieważ wyższe studia degradowały ich posiadacza do trzeciego miejsca na barometrze wartości socjalnych, ponieważ tytuł dyrektora miał tylko wydźwięk grzecznościowy i ponieważ to…, i ponieważ tamto…, to jedynym sposobem wydźwignięcia się z szarej masy użytkowników komunikacji miejskiej, była „narodowa konieczność” pokazania się wreszcie we własnej „maszynie”. To dążenie odzwierciedlało się również na wyższych stanowiskach. Dyrektor jakiejś instytucji, nie mający prawa do samochodu służbowego z kierowcą, przeznaczonego na swój wyłączny użytek, był „pariasem” wśród swych kolegów i jego pierwszym celem była zmiana tego wielce anormalnego stanu rzeczy.

O ile posiadanie samochodu produkcji zagranicznej było zarezerwowane dla nielicznych grup ludzi mających kontakty z Zachodem, jak marynarze pływający na statkach handlowych (prawdziwi ówcześni nababi!) czy przedstawiciele Polski żyjący na „placówkach” (ach, ci szczęśliwcy!), o tyle dla reszty ubiegających się o ten zaszczytny tytuł, wybór był ograniczony do samochodów znajdujących się na listach przydziałowych. I tak, na samym szczycie królowała „Warszawa”, lecz trzeba było być uznanym „stachanowcem” lub co najmniej wiceministrem, by pretendować do jej przydziału. Następnym, dostępnym raczej dla kategorii wpływowych, był „Moskwicz” produkcji radzieckiej, dosyć rzadki na naszych drogach. Dla reszty marzących o „kółku” były następnie: „Wartburg” produkcji NRD, czeska „Skoda”, dalej „Syrenka” z silnikiem Wartburga, ta sama, lecz z dwusuwem polskiej produkcji. Ta krótka litania możliwości wyboru została później uzupełniona przez pierwsze NRD-owskie pudełko z plastyku napędzane silnikiem i noszące dumne imię „Trabanta”, a w końcu okresu gierkowskiego przez „Polskiego Fiata” i słynnego „Malucha”, oba wywodzące się z licencji Fiata. Ten drugi z powodu swych lilipucich rozmiarów stał się wdzięcznym tematem dowcipów, z których „Mam sinego Malucha” był jednym z mniej śmiałych w tej kategorii.

Być właścicielem samochodu oznaczonego „H”, było nie tylko tytułem do dumy, lecz również powodem częstych kontaktów z milicja drogową. Ach, z jakąż nieukrywana przyjemnością przedstawiciel tej wszechwładzy stojący przy skrzyżowaniu ulic eleganckim ruchem pałeczki czy „lizaka” wskazywał na przejeżdżającą maszynę, której kierowca po zatrzymaniu jej w bezpiecznym miejscu, biegł na jego spotkanie, trzymając w ręku wszystkie posiadane dokumenty. Ponieważ właściciel musiał, oczywiście, należeć do majętnych, więc każde wskazanie milicjanta miało swą wymowę pieniężną. Przyczyny mogły być różne, lecz skutek zawsze ten sam, brak możliwości wymigania się od płacenia natychmiastowego mandatu.

Pamiętam, gdy raz, kontrolowany na ulicy Marszałkowskiej, mimo że wszystko okazało się w porządku, a wiec: dokumenty, światła, wycieraczki, stop, kierunkowskazy, ciśnienie w oponach i ich zużycie oraz kolor spalin, musiałem zapłacić pokaźny mandat pod prostym zarzutem, że wygląd samochodu był nieestetyczny. Na moje wyjaśnienie, że powracam z drogi, gdzie padał deszcz, co pośrednio było przyczyną pochlapanej karoserii, usłyszałem, że do kierowcy należy przed wjazdem do stolicy dokonać niezbędnych zabiegów, aby doprowadzić środek lokomocji do należnego schludnego wyglądu.

Jeszcze jedna pułapka czekała na właściciela H’aka, ta nieprzewidziana, bo wynikająca z niskiej jakości samochodów, będącej przyczyną częstych „zepsuć” silnika czy karoserii. Ponieważ prywatnych zakładów reperacyjnych nie było w ogóle, więc jedyną pomoc na wypadek, gdy pojazd odmawiał dalszego kontynuowania drogi, mogły przynieść tylko umiejętne ręce kierowcy. Odzwierciedlało się to na egzaminie na prawo jazdy, który zawierał pokaźną część pytań dotyczących szczegółów konstrukcji i pracy mechanizmów, co dla niektórych, a szczególnie dla pań, było prawdziwym koszmarem przedegzaminacyjnym. Pomoc drogowa również nie istniała, wiec każdy, kto nie mógł naprawić uszkodzenia przy pomocy śrubokrętu, obcążek i młotka, musiał własnym sposobem szukać „holownika” do dociągnięcia bezsilnej maszyny do jakiegoś punktu pierwszej pomocy.

Kiedyś, powracając bocznymi drogami przez las, dosyć daleko od ostatniej wsi, moja Syrenka po kilku podejrzanych podrywach silnika wybrała pełny, choć niezasłużony odpoczynek. Otwarcie maski, oczyszczenie dekla zapłonowego, obejrzenie świec, sprawdzenie cewki, nie dało żadnego rezultatu i jedyne pytanie, które mnie nurtowało, to czy pozostać na noc przy samochodzie, czy iść i szukać kogoś z koniem, kto by nas dociągnął do dalekich zabudowań. W pewnym momencie zobaczyłem staruszkę wychodzącą z lasu. Ta, widząc mnie siedzącego na brzegu rowu, po upewnieniu się, że moja „taksówka” nie chce jechać dalej, zaproponowała swoja pomoc. Z dozą wyrozumiałości powiedziałem, że oczywiście, tak, ponieważ moje umiejętności na nic się dotąd nie zdały. Podeszła bliżej i po zrobieniu znaku krzyża, położyła ręce na masce. Modlitwa jej trwała kilkanaście minut. Znowu znak krzyża i „Panoczku, teraz już możesz jechać!” Nie chcąc jej obrazić za chęć pomocy, lecz ciągle niedowierzający wsiadłem do samochodu i bez przekonania przekręciłem kluczyk w stacyjce. Motor zapalił od pierwszego razu i po szczodrym podziękowaniu staruszce, już bez dalszych przeszkód dotarłem do Warszawy.

Samo doholowanie samochodu do jakiegoś miejsca postoju nie rozwiązywało w pełni powstałego problemu, gdyż w nielicznych bazach remontowych kolejki do naprawy były długie i czekanie cierpliwie na wyznaczony dzień wizyty mogło trwać długo. Prostszym sposobem było „dogadać” się prywatnie z pracownikiem państwowego warsztatu reperacyjnego, który za ryczałtową opłatą załatwiał wszystko, co było niezbędne do przeglądu i naprawy samochodu. Ale wyszukanie takowego nie było łatwe, a to z kolei pociągało za sobą, że jego cena za usługę była również odpowiednio wyszukana.

Lecz nic nie mogło zniechęcić wielbiciela motoryzacji, który nie tylko mógł na własnej maszynie dojechać wszędzie i w wygodnym dla niego czasie, ale miał jeszcze momenty pełne satysfakcji, niedostępne dla piechurów. Bowiem pijąc kawę w kawiarni, mógł w sposób widoczny bawić się kluczykami stacyjki zawieszonymi na rzucającym się w oczy breloczku, powodując tym zrozumiałą zazdrość panów i cichy podziw pań zgromadzonych przy sąsiednich stolikach. Ta chwila zadowolenia z przynależności do elitarnego klubu właścicieli „czterech kolek” kompensowała z nadwyżką wszystkie inne momenty znacznie mniej przyjemne, o których wspomniałem powyżej.