Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Nazajutrz raniutko byłem na wartowni jednostki, gdzie po wyjaśnieniu przyczyny mego nieoczekiwanego przybycia, doprowadzono mnie do grupy „wcielonych” już oficerów rezerwy, czekających na odprawę poranną pierwszego dnia tygodnia, prowadzoną zwykle przez dowódcę pułku.

Było nas siedmiu, w tym ja jedyny w cywilnych ciuchach, co trochę raziło nawet mnie osobiście. Wkrótce przybył podpułkownik i dzień regulaminowy rezerwisty-praktykanta rozpoczął się normalnie. Każdy z rezerwistów wymieniany przez dowódcę, otrzymywał zadanie do wykonania na cały nadchodzący tydzień. Byłem ostatni i nieznany mu bliżej, wiec gdy przyszła moja kolej, wykrzyknąłem stopień, nazwisko i powód mego spóźnienia, dodając, że z Łomży z braku miejsc przesłano mnie do Giżycka i zaopatrzono w niezbędny dokument. Odchodząc, powiedział „Poruczniku Pytlak, po zakwaterowaniu i umundurowaniu się przyjdziecie do mnie o 12.30”. Odkrzyknąłem z taktem: „Tak jest panie pułkowniku, o 12.30”.

Już o 12.25 stałem ubrany jak należało przed drzwiami pokoju dowódcy pułku w oczekiwaniu na wezwanie. Był sam. Podał mi rękę, czego nie oczekiwałem, ale spotkanie odbyło się na stojąco. Po wyjaśnieniu przyczyny zmiany afektacji, gdzie potwierdziłem, że chorobowe opóźnienie, a potem brak miejsc w Łomży spowodowały, że… Po wysłuchaniu mojej monotonnej trochę opowieści, powiedział: „Co ja mam z panem teraz zrobić, wszystkie przewidziane stanowiska zostały obsadzone i trzeba znaleźć inne zadania, poza grafikiem”.

Otóż „grafik” było to plastyczne określenie dokumentu niezbędnego dla szefa, na którym każda licząca się funkcja w przedsiębiorstwie, a wiec i w wojsku, miała wyznaczonego swego odpowiedzialnego, którego nazwisko było tam wpisane do odpowiedniego prostokącika. Zestaw prostokącików w kolumnach i w szeregach połączonych liniami poziomymi i pionowymi, pokazywał schematycznie zależności, czyli określając, to bardziej lapidarnie, kto komu mógł „nawtykać”, a kto od kogo musiał tego wysłuchać pokornie i bez „szemrania”. Niekiedy, poza grafikiem zależności, zaznaczeni na nim w swobodnym prostokącie, figurowali jeszcze ci z dobrymi „plecami”, nad którymi jedyną władzę miał szef, którego prostokącik figurował zawsze w najwyższym miejscu grafiku.

Zauważyłem natychmiast, że zwracał się do mnie przez „pan” w nie przez „wy”, co mogło oznaczać, że nasza rozmowa jest mniej służbowa, ale nie ośmielałem się cokolwiek dodać i w skupieniu czekałem na ciąg dalszy jego złotych myśli. Zaczął chodzić po pokoju w milczeniu, a może czekał na moje wejście do ustalenia dla mnie programu? Czekałem. „Widziałem chyba pana wczoraj na przystani, w czasie wizyty generała”. Znów przerwa. „Mam mały problem do rozwiązania,, zbliża się rocznica”taka-to-a-taka” generała i z tego tytułu chcielibyśmy mu zrobić niespodziankę, ofiarując coś, co by mu sprawiło przyjemność, coś wykonanego w naszej jednostce…” I nagle, spoglądając na mnie: „A może pan zna gust generała i coś nam podpowie?” To była ta oczekiwana iskra, która zapalała mój lont. Wreszcie wiedziałem, co miałem mówić i czego się trzymać! „Ależ oczywiście, panie pułkowniku! Doskonała idea! Wiem, że generał będzie zadowolony z takiego prezentu!” – co do tego nie miałem żadnej wątpliwości, „i pozwolę sobie zaproponować coś, co będziemy mogli wykonać tu na miejscu, a mianowicie stojącą lampę do salonu, z dwoma abażurami i eleganckim blacikiem do postawienia kawy”!

Pułkownik uważając, że to, co należało do jego decyzji było załatwione, odprawił mnie mówiąc, że szczegóły wykonania prezentu, jak również mój program zajęć, omówię z jego zastępcą do spraw politycznych. Wyszedłem bez ociągania się, uważając, że dzisiaj z moim Aniołem Stróżem zrobiliśmy wystarczająco dużo i trzeba teraz trochę odsapnąć przed następną rundą, która nas czekała.

Moja idea z lampą nie była przypadkowa. Kiedyś, przeglądając jakiś zachodni miesięcznik, natknąłem się na typ lampy, który mi się szczególnie spodobał. A ponieważ w sklepach niczego zbliżonego formą nie było w ogóle w sprzedaży, wiec narysowałem projekt podobnej lampy, wolnostojącej, wykonanej z odpowiednio wygiętych, pomalowanych lakierem na czarno metalowych prętów. Zakończone żarówkami i eleganckimi abażurami utkanymi ze sznurków plastykowych, jeden z nich oświetlał sufit, a drugi niewielki blat metalowy, który w formie palety malarskiej przymocowanej do prętów, spełniał rolę stolika. Dla dodania artystycznego wydźwięku ozdobiłem go rysunkiem dwóch bohaterów Cervantesa, jadących w kierunku wiatraka, na koniu i mule, skopiowanymi z książki o malarstwie mistrza Picasso. Całość była wdzięcznie elegancka, toteż na zamówienie przyjaciół wykonałem serię kilku sztuk, zmieniając jednak w każdym egzemplarzu zdobiący go rysunek. A skoro model lampy zyskał uznanie u zblazowanych warszawiaków, tym bardziej byłem pewien, że spodoba się wodzowi.

Jeśli rozmowa z dowódcą była kamieniem węgielnym mojego projektu przekształcenia manewrów w letnie wakacje w Giżycku, o tyle następne spotkanie z zastępcą miało doprowadzić do zbudowania pod nim zrębów. Wychodząc z założenia, że żelazo trzeba kuć, póki wielki „szef z piórem” nie zmieni zdania, nie wahając się poszedłem prosić zastępcę o pilne spotkanie, podkreślając oczywiście, że dowódca tego sobie życzy. Zastępca był w randze kapitana i rozmowa odbyła się w jego pokoju służbowym, który przylegał do kapliczki marksizmu-leninizmu. Ta przedstawiała sobą obszerną salę, bogato ozdobioną różnymi ciekawymi sentencjami i zawierającą pokaźną bibliotekę, częściowo zapełnioną, chyba dziełami klasyków, sądząc po jednakowym kolorze grzbietów książek.

Znał już problem lampy, wobec czego przystąpiliśmy do uzgodnienia naszych stanowisk w sprawach mnie dotyczących. Potwierdził, co już wiedziałem, że będąc pozakontygentowy nie będę figurował w grafiku zajęć z poborowymi, tak jak moi koledzy-rezerwiści. Tym niemniej, otrzymałem do realizacji „niegraficznego” zadania, drużynę pięciu krzepkich wojaków pod wodzą plutonowego. To z kolei stworzyło nowy grafik naszej grupy komandosów, mały, ale samodzielny, z jednym prostokącikiem u góry, drugim trochę poniżej i pięciu innymi w rządku, znów ociupinkę niżej. A jedynym zadaniem postawionym niezależnym grafistom, było wykonanie starannie olśniewającej lampy, która podarowana powinna stać się ozdobą rozjaśniającą wystrój salonu u szefa.

Na moje pytanie, jak zaopatrzyć się w niezbędne materiały dla realizacji prezentu, odpowiedz była oczywista; że tylko twórca może określić, co i jakiej jakości jest mu niezbędne do dzieła, czyli zostawił mi wolną rękę. Zrozumiałem, że gdyby w Giżycku nie wszystko było dostępne, mógłbym wyjątkowo otrzymać przepustkę na wyjazd do innego miasta, nie wykluczając nawet Warszawy. Podziękowałem, mówiąc, że wkrótce przedstawię projekt lampy do zatwierdzenia i zaraz potem praca ruszy „z kopyta”. Ale to nie było mu nawet potrzebne, gdyż był przekonany, że dzieło będzie wykonane jak należy.

W wolnych tematach naszej rozmowy spytałem jeszcze o działalność sportową w pułku, korzystanie z przystani wodnej i co robi kadra oficerska w czasie wolnym od zajęć służbowych. Spostrzegając, że ostatnie pytanie mogło być zrozumiane dwuznacznie dodałem szybko, że chodzi tu o spotkania towarzyskie dla gry w szachy, ping-ponga, a nawet brydża. Wyjaśnił mi, że w lipcu ma się odbyć w Giżycku spartakiada wojsk okręgu mazurskiego, wiec mój udział będzie na pewno potrzebny, że mogę korzystać ze sprzętu żeglarskiego bez specjalnego zezwolenia, a odnośnie brydża chętnych jest niemało, lecz brak praktyki nie pozwalał na organizowanie seansów gry. W konkluzji tego bardzo produktywnego zebrania ustaliliśmy, że w czasie wolnym od lampy, poświęcę mój czas dla innych. I tak: pomogę w przygotowaniu lokalnej drużyny siatkówki do spartakiady, udzielę instruktażu na żaglówce chętnym dla zaznajomienia się z zasadami łapania wiatru w żagle i dopływania do mola bez jego demolowania, jak również zorganizuję kółko brydżowe, w którym grający, wspierani moimi wyjaśnieniami zasad gry i licytacji, niewątpliwie podniosą poziom brydżowy jednostki. Rozstając się stwierdziliśmy zgodnie, że mój czas zajęć został w pełni zagospodarowany, wobec czego żadnych dodatkowych obowiązków nie będę mógł wziąć do spełnienia, przynajmniej do ukończenia lampy.

A wiec wszystko było na jak najlepszej drodze i moja służba czynnego rezerwisty mogła się wreszcie zacząć normalnie. Ale, by nie wpaść w szczegółomanię opisów, wybiorę z masy zdarzeń, które tam zaszły tylko te, które moim zdaniem dadzą poprawny i niespaczony obraz jednostkowego życia w jednostce. A ponieważ osią wszystkiego była lampa, jest więc zrozumiałe, że historia jej tworzenia przewijać się będzie równolegle do innych wydarzeń.

Pięciu moich „pomagierów” spotkałem wkrótce w bazie remontowej sprzętu, gdyż tam miała się rozwijać nasza codzienna działalność rękodzielników. Wyjaśniłem im, że otrzymaliśmy zadanie wykonania dwóch lamp artystycznych na konkurs międzyokręgowy, który jeśli wygramy, zawiedzie nasze lampy niewątpliwie do muzeum wojskowego, co byłoby zaszczytem dla nas wszystkich. Regulaminowy czas pracy nie ulegnie zmianie, każdego dnia dam zadanie i przeprowadzę kontrolę jego wykonania. Dobrzy będą nagrodzeni, niesumienni powrócą do swych poprzednich zajęć. Pierwsze dni upłynęły moim podwładnym na poszukiwaniu odpowiednich prętów metalowych, których nazbierali całą stertę do końcowej selekcji, i odpowiedniej blachy dla uformowania stolika.

Szybko stwierdziłem, że w Giżycku i jego okolicach nie dostanę ani wyłączników prądu o specjalnej formie, ani plastikowych sznurków na abażury, ani dobrego lakieru. Krotko mówiąc, wyprawa do Warszawy stała się konieczna. W czasie konsultacji z kapitanem ustaliliśmy, że w najbliższy weekend wyruszę w podroż do stolicy, a stamtąd po dokonaniu odpowiednich zakupów, powrócę własnym samochodem, zabierając przy okazji dwie jego kuzynki na krótki urlop do Giżycka. Tak też się stało. Zakupy dokonane w Warszawie, niestety, ze znanych powszechnie obiektywnych przyczyn były niekompletne, ale zadanie dotyczące samochodu i kuzynek wypełnione zostało skrupulatnie. Samochód był po przeglądzie technicznym, a więc dobrze przygotowany do podroży i służby w Giżycku, a odnośnie kuzynek wszystko wskazywało, że czas urlopu spędzą przyjemnie, zgodnie z powiedzeniem, że młodość ma swoje nieubłagane prawa.