Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Jeszcze nie zdążyły się zatrzeć w mojej pamięci sceny z życia w szkole oficerskiej w Poznaniu, gdy następna wizyta w biurze spraw wojskowych dostarczyła mi nowego powodu do zadowolenia. Tym razem otrzymane zawiadomienie dotyczyło powołania mnie pod sztandary, które miałem spędzić w pułku pancernym w okolicach Łomży. Zaproszenie opiewało na trzymiesięczny pobyt, przewidziany w okresie letnim, czyli rodzaj wczasów pracowniczych z wiktem i opierunkiem włącznie.

Ponieważ zacząłem się już przyzwyczajać do konieczności ciągłego podnoszenia kwalifikacji cywila-rezerwisty, wobec tego przewidywany wyjazd do Łomży nie był zmorą, która by spędzała mi sen z oczu. Tym niemniej, możliwość przyjemnego spędzenia pobytu na takiej imprezie zależała w dużej mierze od odpowiedniego przygotowania się do niej. Doświadczenia, które zdobyłem dzięki poprzednim zgrupowaniom dla wojaków, były wystarczająco wszechstronne i teraz wystarczyło zebrać niezbędne elementy i poskładać je w całość, tak by spodziewany rezultat nie zawiódł moich oczekiwań. Rączo wiec zabrałem się do dzieła.

Trzeba trafu, że mój kolega, Wojtek Lewandowski, będąc asystentem na architekturze w Warszawie, w jakiś sposób zaskarbił sobie dług wdzięczności u bardzo ważnego generała w Mazurskim Okręgu Wojskowym. Ten fakt miał niezwykle ważne znaczenie w moim planie działania. Cała strategia oparta została na dwóch wydarzeniach bardzo ważnych i wymagających dobrego zsynchronizowania, a mianowicie: zamianie geograficznego miejsca przydziału wczasów wojskowych z Łomży na Giżycko, gdzie znajdowała się inna jednostka wojsk pancernych, a po dokonaniu tego, pokazaniu się obok pana generała odpowiednim ludziom, w odpowiednim miejscu w Giżycku. Zadanie było proste jak trafienie z działa czołgu w lecącą piłkę siatkową z odległości jednego kilometra.

Ponieważ wiedziałem, że spieszenie się na tego typu turnusy z reguły nie dawało dobrych rezultatów, po konsultacji u znajomego lekarza miałem przewidziane dwa dni silnej gorączki z pobytem w łóżku, co automatycznie opóźniło moje jednostkowe wcielenie o tyleż samo. To załatwione, następnie z Wojtkiem ustaliliśmy szczegółowy plan działania dalszej operacji w Giżycku, pod hasłem: „znajomy generała”.

Po wyzdrowieniu, gdyż bez komplikacji pogorączkowych, wsiadłem w autobus PKS, który zgodnie z programem dowiózł mnie do Łomży. Tam, już w jednostce, doprowadzony do odpowiedniego oficera poinformowałem go, że – po pierwsze, jestem spóźniony, co on sam podkreślił z niezbyt miłym komentarzem, a po drugie, zgodnie z życzeniem szefa sztabu gen. takiego-to-a-takiego, miałem się stawić w Giżycku, gdzie byłem oczekiwany w pułku remontowym wojsk pancernych. Odpowiedział, że nie ma nic przeciwko temu, tym bardziej, że grupa rezerwistów już została wcielona i zorganizowana.

Zaopatrzony w zlecenie na dalszą drogę ruszyłem w poszukiwaniu środka lokomocji, by dostać się do Giżycka. Nie było to łatwe, ale przed wieczorem zjawiłem się w znanym na Mazurach mieście sportów wodnych, gdzie Wojtek czekał na mnie na kempingu. Pierwszy etap miałem za sobą, drugi zależał w dużej mierze od Wojtka. Otóż zgodnie z programem, następnego dnia miał on spotkanie na przystani żeglarskiej MON, z kim? Oczywiście z generałem, którego jeszcze z Warszawy poprosił o krótkie spotkanie, motywując to niespodziewanym swoim pobytem w Giżycku. Wieczór spędziliśmy sympatycznie w jakiejś restauracji, gdyż Wojtek poza zdolnościami dydaktycznymi miał jeszcze równie silne zamiłowanie do dobrych trunków.

Następnego dnia rankiem, przed wyznaczoną godziną, zakotwiczyliśmy z Wojtkiem w przystaniowym barze z kawą i ohydnym likierem, w oczekiwaniu na przyjazd wodza okręgu. Ten, po powitaniu się z innymi szarżami, licznymi w związku z jego wizytą, podszedł do naszego stolika, dzięki czemu ja również mogłem uścisnąć mu dłoń. Po zamienieniu kilku okolicznościowych zdań Wojtek, ciągle zgodnie z programem, zapytał, czy mógłby skorzystać z jakiejś żaglówki i pokazując na mnie, stwierdził, że jest z nim znakomity żeglarz słodkich wód. Generał nie miał nic przeciwko temu i chyba z grzeczności doprowadził nas do pomostu i życząc przyjemnych wiatrów, zostawił nas przy rezerwowanej dla niego żaglówce. Po szybkim doprowadzeniu jej do stanu pływalności, żeglarze generała ustąpili nam miejsca, nie pytając nawet o kartę sternika i wkrótce znaleźliśmy się już sami na wodzie.

W ten sposób drugi etap, gdzie dwukrotnie uścisnąłem rękę generała, został pomyślnie zaliczony, a moją nadzieją było, że ktoś, kto powinien, zapamiętał wzrokowo moje dobre stosunki z generałem. Reszta mojego losu zależała już tylko od szczęśliwego rozwoju dalszych wydarzeń w jednostce, bowiem na to nie miałem najmniejszego wpływu.