Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wkrótce pojawił się nowy problem, tym razem prawdziwy, bo związany ze zdrowiem mamy. Któregoś dnia siostra zadzwoniła do mnie do pracy, że mamę zabrało pogotowie do szpitala i że stan jej jest bardzo poważny. Wybiegłem z pracy i dzięki moim dwóm kółkom z silnikiem, które jak zwykle stały obok biura, znalazłem się wkrótce w szpitalu przy ulicy Grenadierów, na Grochowie.

Do mamy mnie nie wpuścili, gdyż była na jakichś poważnych zabiegach i nikt mi nie umiał objaśnić, co było przyczyną jej nagłego przyjazdu do szpitala. Na drugi dzień stan mamy się nie polepszył, ale mogłem ją zobaczyć i usłyszeć od niej, co naprawdę się stało. Był to okres zbierania grzybów i mama, która każdego roku obdarowywała cała rodzinę osobiście zebranymi i wysuszonymi grzybami, nie mogła opuścić okazji, by nie pojechać na zorganizowaną przez jej zakład pracy wyprawę na grzybobranie. Jak mi powiedziała, dwa czy trzy prawdziwki budziły w niej trochę wątpliwości, lecz przekonana, że było to raczej wynikiem złego transportu, przeznaczyła je do „uduszenia” w śmietanie, a nie do suszenia. Na smakołyk z grzybami zaprosiła jeszcze dwie przyjaciółki, które będąc już po kolacji skosztowały tylko przysmaku, który mama zajadała z apetytem. W nocy zabrało ją pogotowie.

Spotkałem się z lekarzem, który zajmował się leczeniem mamy. Ten, na moje zapytania rozłożył ręce mówiąc, że jest to ciężkie zatrucie grzybami, ale jeśli do tej pory żyje, to być może wszystko skończy się dobrze. Dwa następne dni przyniosły dalsze pogorszenie jej stanu zdrowia. Znów odbyłem spotkanie z lekarzem, tym razem nastrojonym bardzo pesymistycznie. „U pana mamy zatrucie było tak silne, że spowodowało przerwanie działalności trzustki, niestety, bez niej organizm nie może funkcjonować. Leki którymi staramy się pobudzić trzustkę, do tej pory nie pomogły. Przykro mi.” Nie wiedziałem co robić, jak mamie pomóc i czułem się dziwnie bezsilny.

Ktoś mi poradził, że w pewnych trudnych przypadkach dla uściślenia diagnozy i sposobu leczenia można powołać konsylium, z uczestnictwem lekarzy specjalistów pracujących w innych szpitalach. Chwyciłem się tej nadziei. Ostatecznie zatrucia grzybami są częste i może inni lekarze… Poszedłem do dyrektora szpitala. Po zapoznaniu się z kartą chorobową mamy zgodził się zebrać szybko odpowiednie konsylium, oczywiście na mój koszt, lecz nie dawał mi dużo nadziei, że to coś zmieni, gdyż mama, jak podkreślił, otrzymuje wszystkie leki, jakimi szpital dysponuje na wypadek zatrucia.

W dniu konsylium byłem przed drzwiami pokoju, dokąd mama została dowieziona i gdzie wkrótce zebrało się kilku lekarzy. Trudno mi określić, ile czasu to trwało, lecz gdy już mamę odwieziono do sali zaproszono mnie do środka. Jeden z lekarzy oznajmił mi werdykt konsylium, z którego wynikało, że diagnoza ostrego zatrucia została potwierdzona, stosowane leczenie, a wiec zabiegi i lekarstwa były odpowiednio dobrane i stosowane. Nic więcej nie można było zrobić i jeśli trzustka nie wznowi swej normalnej działalności… Wyszedłem z oczami pełnymi łez i usiadłem na korytarzu zbierając siły by pójść do mamy, do jej pokoju. Jakaś młoda lekarka podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu. „Niech pan nie traci nadziei, może nie wszystko jest stracone”. Była uczestniczką konsylium, gdyż niedawno powróciła z praktyki szpitalnej w Paryżu. Usiadła obok i cichym głosem zaczęła „W zasadzie nie powinnam wykroczyć poza opinię konsylium, ale pana taki nieszczęśliwy wygląd… Wiem, że jest nowy lek we Francji, który jest bardzo skuteczny przy leczeniu trzustki, myślę, że on mógłby pomoc pana mamie”. Dała mi nazwę leku, lecz niestety, nie mogła mi pomoc dalej w jego zakupie.

Otóż w tym czasie istniało coś, co nazwałbym dzisiaj pocztą kurierską. Bardzo pilne przesyłki, głównie lekarstwa, w szczególnych przypadkach można było oddać załodze samolotu regularnego rejsu, która bez opłaty przewoziła przesyłkę do lotniska przeznaczenia. O ile możliwość przewozu z Paryża istniała, o tyle zakup lekarstwa i dostarczenie go szybko do samolotu na lotnisku le Bourget, były dla mnie nie do zrealizowania. Nie znalem nikogo we Francji. Znów potrzeba stworzyła w Polsce system zaopatrywania się w leki zagraniczne, który funkcjonował.

Pojechałem do siedziby Polskiego Radia. Tam pokazując odpowiednie dokumenty otrzymałem zezwolenie na wyemitowanie apelu radiowego. I tak kilkakrotnie w ciągu dnia czytany był przez spikera krotki komunikat: „Dla ciężko chorej osoby poszukuje się pilnie lekarstwa… Osoby mogące dostarczyć ten lek, proszone są o szybkie skontaktowanie się z numerem telefonu …” I to zadziałało! Wkrótce ktoś do mnie zadzwonił, pojechałem na spotkanie z osobą, która mogła spowodować, że ktoś w Paryżu zakupi lek i dostarczy go następnie na lotnisko. Opłaciłem żądaną sumę i już drugiego dnia od tej rozmowy byłem w posiadaniu poszukiwanego leku. Dostarczony do szpitala został natychmiast zastosowany w leczeniu, a ja z nieukrywaną tym razem nadzieją czekałem na rezultaty.

W kilka dni potem śmieliśmy się wszyscy, gdy mama w szczegółach opowiadała zebranej rodzinie swój przepis na przyrządzanie oryginalnego dania z dodatkiem grzyba znanego pod nazwą „śmiertelnika”. Dla żądnych emocji takie danie mogłoby być rodzajem ruskiej ruletki, bez konieczności użycia pistoletu nabitego jedną kulą.

Byłem naprawdę szczęśliwy. Może w ten sposób, choć częściowo, odwdzięczyłem się mamie za poświęcenia, których tyle dla mnie dokonała! Dwa lata później, w innym szpitalu z innym problemem, użyłem podobnej metody, by uratować mamę przed niechybną śmiercią. Ale czy trzeba pisać o czymś co było moim obowiązkiem, tak jak to jest i dla innych dzieci?

Nigdy nie zapomniałem, że dzięki pomocy nieznanych mi osób udało mi się dostarczyć zagraniczny lek, który uratował mamę. Toteż przyrzekłem sobie, że jeśli kiedykolwiek będę mógł zrobić to samo dla innych, zrobię to chętnie i bezinteresownie. Tak też się stało, a za każdym razem, szczególnie w trudnym dla kraju okresie lat osiemdziesiątych, miałem satysfakcję, że mój gest bezimienny pomógł komuś w potrzebie.