Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Promowany na zakończenie okresu szkolenia w Poznaniu do stopnia trzygwiazdkowego porucznika ze zrozumiałym zadowoleniem powróciłem do Warszawy i do dobrze płatnych obowiązków w biurze projektowym.

Niedługo potem od mamy dowiedziałem się, że wkrótce przenoszą się z siostrą do nowootrzymanego mieszkania w Spółdzielni „Osiedle Młodych” przy ulicy Szklanych Domów, na Grochowie. To była frajda! Nareszcie jej wysiłki i zabiegi zostały uwieńczone długo oczekiwanym sukcesem. Ale szczęście rodziny nie było pełne, bowiem, mimo że mama miała zameldowanie na stale w Warszawie, a wkrótce i własne mieszkanie, ojciec z niezrozumiałych przyczyn nie mógł otrzymać przeniesienia służbowego i ciągle tkwił na stanowisku w Płońsku. Nie chciał zmienić swej pracy na inną, gdyż „dochrapał się” tam liczącego się już stanowiska dyrektora przemysłu terenowego na dwa powiaty i miał ciągle cichą nadzieję, że ministerstwo wezwie go wkrótce do pracy w stolicy.

Przybliżająca się perspektywa mieszkaniowa wymagała wypełnienia wnętrza dwóch pokoi z kuchnią zakupem jakiegoś zestawu meblowego. Otóż z tym, jak z wielu innymi rzeczami, były „przejściowe problemy”, co niektórzy dowcipnie wyjaśniali, że słowo „przejściowe” oznaczało jedynie, że problemy przechodziły z roku na rok bez jakiejkolwiek zmiany. W centrali sprzedaży mebli lista zapisanych amatorów na zakup zestawów produkcji krajowej była długa i czas oczekiwania liczył się na miesiące. Dla zestawów importowanych, bo i takie w sprzedaży bywały, żadnej listy nie było, co nie oznaczało bynajmniej, że nie było chętnych do zakupu, a tylko, że nie znano daty, kiedy te z importu będą „rzucone” na rynek. To wytłumaczenie serwowane klientom nie było całkowicie zgodne z prawdą, gdyż zestawy importowane, które nie były liczne, rozchodziły się wcześniej wśród ustosunkowanych i nie było już czego rzucać na rynek. Ponieważ taka sytuacja nie była wyjątkowa, wiec w myśl powszechnie stosowanej metody, należało przez znajomości znaleźć kogoś ustosunkowanego w pożądanej linii produktów.

W moim wypadku tym kimś od mebli był sam prezes klubu „Spójnia”, pan Radecki, który od lat wypełniał na co dzień z honorem funkcję wiceministra handlu wewnętrznego. Nie miałem problemu z otrzymaniem spotkania z panem wice, który znał mnie jako sportowca, gdyż przy okazji jakiejś wyprawy z siatkówką za granicę, spełniał w niej z poświęceniem odpowiedzialną rolę kierownika. Spotkanie miało się odbyć w jego gabinecie, w ministerstwie usytuowanym gdzieś niedaleko hotelu „Warszawa”.

Przyjął mnie bardzo życzliwie, a po krótkiej rozmowie na tematy klubowe, gdzie zwięźle starałem się odpowiedzieć na zadane mi pytania, zapytał, co mnie do niego sprowadza. Miał około pięćdziesiątki, co przy jego postaci trochę zaokrąglonej i odzianej ze smakiem w dobrze skrojony trzyczęściowy garnitur, dawało mu wygląd ważnego przedstawiciela wyższych kadr ministerialnych. Mimo zwiększonych zatok czołowych głowa jego była pokryta jeszcze obfitymi, czarnymi, lekko kręconymi i starannie przyczesanymi do tyłu włosami. Wojnę prawdopodobnie spędził w Związku, gdyż miał lekki akcent kogoś, kto z rosyjskim językiem jest za „pan brat”.

Nie zdziwił się wcale, gdy wyjaśniłem mu przyczynę nieoczekiwanej mojej wizyty. Powiedział, że mi pomoże, dał telefon osoby, z którą powinienem się spotkać, aby ustalić szczegóły meblowego zakupu. Potem rozmowa przeszła na mój temat. Zadziwił mnie trochę, gdyż wypytując o teraźniejszość mojego życia i plany na przyszłość w pewnym momencie spytał, czy należę do partii. Nie, do partii nie należałem, wobec czego logicznie powstało następne pytanie – dlaczego? Tutaj odpowiedz trochę mi się skomplikowała, ale on, widząc, że nie mam jasnej wizji w tym delikatnym, lecz ważnym problemie, zrobił na swój sposób jego podsumowanie: „Znam pana dosyć długo i wydaje mi się, że stawia pan na swojej drodze do kariery niepotrzebne przeszkody. Mówmy szczerze. Pan nie należy do partii, bo mu coś się w niej nie podoba. A czy wszystko się panu podoba w religii? Na pewno nie i mimo tego jest pan wierzący i chodzi do kościoła! Tak samo i tu. To, co panu się nie podoba, niech pan o tym nie mówi, zapomni i żyje spokojnie obok. Będąc w partii może będzie panu łatwiej to zmienić, poprawić, ale świadomie odwrócić się tyłem do przyszłości nie jest dobrą decyzją. Mam do pana jakąś sympatię i szczerze radzę przemyśleć to jeszcze, bo w systemie społecznym, który budujemy, ci, którzy nie są z nami, nie będą mogli korzystać tak jak my z naszych osiągnięć”.

Wyszedłem z gabinetu zatroskany. Prawdę mówiąc, do tej pory fakt nienależenia do partii w niczym mi nie przeszkadzał, ale jak będzie dalej? Słowa, które usłyszałem, nie przepłynęły tylko przez moje uszy, ale dały mi dużo do myślenia. Nie powiedziałby tego wszystkiego, gdyby mi dobrze nie życzył, a jeśli tak, to obiektywnie patrząc, chyba miał rację. Przecież nie byłem w opozycji dla tego, co istniało teraz w Polsce, a raczej odwrotnie. Bez niepotrzebnej nadgorliwości, ale cała moja działalność była skierowana dla rozwoju kraju. Wobec tego w imię czego mam stać na poboczu drogi i tylko machać ręką przejeżdżającym, często moim kolegom, którzy nie męcząc się dojadą szybciej tam, gdzie ja nigdy być może nie dotrę? Czy mogę sobie na to pozwolić?

Wałkując to wszystko w głowie i przekonany, że muszę do tego powrócić, postanowiłem na razie nie spieszyć się; miałem do rozwiązania rzeczy ważniejsze, które mnie dotyczyły bardziej, niż hamletowski problem „być albo nie być” na partyjnych zebraniach.