Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Życie w szkole oficerskiej miało również swoje zalety. Nie będę wymieniał wszystkich, aby ci, którzy przyjdą tu później, mogli je sami odkryć. Jedną z takich atrakcji było na pewno życie w plenerze, na łonie natury, w pięknych poligonowych lasach, do których dostęp był ściśle zabroniony dla niewtajemniczonych.

Generalnie, przed przewidzianymi zajęciami na poligonie, połączonymi z jazdami pojazdów mechanicznych czy pancernych po bezdrożach, strzelaniem do celów ruchomych czy stałych, terenowy BTR rozwoził kilkunastu z naszej kompanii na drogi, gdzie rozstawieni, w samotności kontemplacyjnej mieliśmy bronić dostępu cywilów w zakazaną strefę. Sam kiedyś znalazłem się w sytuacji „cerbera” na jakiejś polnej dróżce wiodącej znikąd do zakazanych lasów, w których tego dnia były przewidziane ćwiczenia „ostrego” strzelania z czołgów. Było rano, zimno i nawet pies z kulawą nogą nie poważyłby się przechadzać po grząskich bezdrożach w zakazanej strefie, wobec czego z leżących tam gałęzi zmajstrowałem prowizoryczne półleżące siedzenie.

Gdy silne potrząsanie ramienia zmusiło mnie do otwarcia oczu, ujrzałem pochylonego nade mną włościanina, który objaśnił mi, że jadąc furą po drzewo do lasu nie chciał mnie obudzić, ale w drodze powrotnej uznał, że zostawić mnie śpiącego przy kilkustopniowym mrozie, mogłoby się dla mnie brzydko skończyć. Podziękowałem mu gorąco, co przy otaczającej temperaturze było dodatkowym wysiłkiem, zmniejszającym mój potencjał energetyczny, ale jego prognoza możliwości zamarznięcia rozbudziła mnie dostatecznie mocno, bym dotrwał do wieczornej „zbiórki” wartowników.

Od obowiązkowych wyjazdów na poligonowe ćwiczenia nawet mój kapitan nie próbował mnie uwolnić, gdyż wyniki tam osiągane były notowane w specjalnych „księgach wieczystych”, mających chyba za cel pozostawić dla potomnych wyjaśnienie gwiazdek otrzymanych przez ich przodka. Toteż nauka jazdy czołgiem, przemieszczania się w trudnym terenie grupy trzech czołgów, czy bezwzględne niszczenie przesuwających się w oddali sylwetek czołgowych nieprzyjaciela, były mi nieobce, a uzyskane rezultaty na pewno nie były gorsze od średniej w naszej kompanii. Tym niemniej, zdarzenie, które zaszło w czasie jednego z ćwiczeń w strzelaniu z działa czołgowego o kalibrze 85, do ruchomego celu przesuwającego się w odległości 1200 metrów, warte jest, by o nim opowiedzieć.

Przerabialiśmy zajęcia praktyczne na sprzęcie produkcji radzieckiej, składającym się z czołgów T34 i ruchomych dział pancernych JS2 (Józef Stalin), pamiętających jeszcze czasy ostatniej wojny. Te ostatnie, poza jedną atrakcją, którą był duży kaliber działa, bo 150 mm, wszystkie inne elementy miały rozpaczliwie przestarzałe. Podobno miano „pancernej trumny” nadane im zostało jeszcze w czasach wojny, gdyż załadować lub rozładować załogę ze środka można było tylko przy pewnej pozycji działa, a i to bez pośpiechu. Czołg T34, który chwile swej chwały miał również dawno za sobą, ustępował miejsca w jednostkach bardziej nowoczesnemu modelowi T54.

T34 był „krążownikiem pól”, w którym poza silnikiem napędowym i elektryczną obracarką wieży dla dużych przemieszczeń, wszystkie inne czynności były wykonywane ręcznie przez zgrany kolektyw pięciu czołgistów, gdyż dla ewentualnego szóstego w środku nie starczało już miejsca. Kierowca, wciśnięty pod przedni pancerz, był jedynym poza dowódcą siedzącym w wieży, który mógł widzieć kawałek świata przez mały luk otwierający się tuż przy głowie. Ale w czasie prowadzenia czołgu za pomocą peryskopu, mimo jego kunsztu, pancerna jednostka bujała się, skakała, spadała, w zależności od przejeżdżanych przeszkód. W środku, każdy z załogi poświęcał maksimum wysiłku, by utrzymać się w pozycji pionowej i bez obrażeń cielesnych, co już było wyczynem samym w sobie, niezależnie od wypełniania swych zadań regulaminowych.

I tak działowy, z oczami ściśle przyklejonymi do okularu lunety celownika peryskopowego, by nie stracić z nim kontaktu i uniknąć rozbicia twarzy, naprowadzał na cel lufę działa. Ponieważ lufa poruszała się w wieży tylko pionowo, a przemieszczenie poziome zależało od ustawienia wieży, wiec nasz działowy musiał kręcić równocześnie dwiema korbami, aby utrzymywać cel w polu widzenia celownika. Niezależnie od tego musiał poszukiwać nieprzyjaciela w terenie, słuchając jednocześnie dowódcy czołgu recytującego mu godziny dla wskazywania kierunku celowania. W 36-tonowym czołgu, skaczącym po wybojach terenu z szybkością 30-40 km/h, w peryskopie defilowały raz niebo na wysokości słońca o piętnastej, a w sekundę później kawałek ziemi kilka metrów przed czołgiem. W tych warunkach zgrać kierunek lufy z celem, który też nie stał w miejscu, było często niezwykle trudne. Ładowniczy obijając swe boki o wszystko, co go otaczało, był w nieustannym ruchu. Brał pociski zawieszone na ściankach wieży i ładował je do działa, a po wystrzale zawieszał w zwolnionych miejscach puste łuski.

Dowódca, siedzący w obrotowej wieżyczce wieży, obserwował teren przez odkryty luk lub peryskop i przekazywał polecenia kierowcy siedzącemu pod nim, kopiąc go w zależności od wybranego kierunku w prawe lub lewe ramię. Wewnątrz pancerza porozumiewano się przeważnie gestami, gdyż laryngofony działały źle w panującym tam huku. Połączenia radiowe z innymi jednostkami ruchomymi były również złe i mało zrozumiałe, wiec dopełniane dodatkowo kontaktem wzrokowym. I tak, nierzadko, dowódca komunikował w eterze: „Halo, tu Jastrząb do Gołębia! Halo, tu Jastrząb! Halo… Jak mnie słyszysz? Halo… Odpowiedz!!!” Słysząc tylko trzaski w słuchawkach, odkrywał luk i machał ręką wymownie w kierunku jadącego przed nim kolegi, również wystającego z wieżyczki. Potem, dla regulaminowego porządku, dodawał jeszcze przez radio: „Słyszeć, to cię nie słyszę, ale za to widzę cię dobrze. Jadę za tobą!”

Wszystko to było zabawne i doskonale spędzaliśmy czas w czasie takich rekreacyjnych ćwiczeń. Ale gdy każdy z nas otrzymał jako działowy zadanie zniszczyć cel, oddając nie więcej niż trzy strzały, w czasie limitowanym do kilkunastu minut, zabawa się kończyła i trzeba było wziąć się w garść. Dla dokonania tego wyczynu czołg, jak do działań wojennych, stał w miejscu startu z lufą podniesioną do góry, a kierowca w osobie zawodowego podoficera, trzymał w rękach dwa drążki kierujące gąsienicami, manipulując stopą na gazie 550-konnego diesela, cały dygoczący od emocji przedstartowych.

Po upakowaniu wewnątrz załogi w zredukowanym wydaniu, bo obsługujący karabin maszynowy został wyłączony z tej rywalizacji, pojazd pancerny był gotów i czekał tylko na rozkaz oficera operacyjnego, przesyłany drogą radiową z bunkra dowodzenia. Sam cel, w postaci drewnianego profilu niemieckiego Tygrysa z okresu wojny, przesuwany był w poprzek linii strzału, w odległości 1200 metrów od startu, przy pomocy nieskomplikowanego systemu linek biegnących w wykopie i napędzanych mechanizmem na pedały. Tygrysem dowodziła grupa pedałowców „zadekowana” w bunkrze wystającym trochę nad ziemią, w odległości 50 metrów na prawo od linii strzałów. W momencie rozkazu „Naprzód!”, czołg zrywał się z miejsca, a działowy musiał znaleźć cel opuszczając lufę do poziomu i nakierować ją na przesuwającą się w dali makietę. Poinformowany przez działowego o gotowości do strzału, komendant kopiąc kierowcę dwoma nogami zatrzymywał czołg, działowy strzelał, czołg ruszał, a działowy rozpoczynał na nowo poszukiwanie celu, który ciągnięty linkami umykał w lewo od linii strzału.

Przyszła również kolej na mojego przyjaciela, by pójść śladami najlepszych działowych, którzy przed nim zdołali ulokować choć jeden pocisk w celu. Każdy z nas znał tę procedurę na pamięć i Włodek, jak inni, opuścił lufę, znalazł cel, wycelował, wypalił i zabierał się do powtórzenia operacji dla drugiego strzału, kiedy…, kiedy nagle i brutalnie została ona przerwana! W słuchawkach załogi czołgu, rozległ się trzeszcząco-przerażony głos operacyjnego: „Stop! Do cholery, stop! Przerwać strzelanie! Lufa do góry!”. Co było tego przyczyną?

Okazało się w dochodzeniu, że Włodek, który normalnie, choć rzadko, nosił okulary, musiał je zdjąć, aby przykleić twarz do okularu peryskopu, ale po ich zdjęciu nie miał już czasu na dostrojenie ostrości lunety do swoich oczu, bo czołg ruszył z miejsca. Widząc tylko w peryskopie białą plamkę celu, nie wahając się, gdyż czas pilił, wypalił i… ugodził w stojący z boku bunkier ochraniający manewrujących celem. Wszystko to odbyło się tak szybko, że nikt z nas nie miał czasu się przestraszyć, gdy wystrzelony ćwiczebny pocisk, po odbiciu się na betonie bunkra, poszybował dalej w las. Zajęcia zostały przerwane na czas niezbędny dla wyjaśnienia przyczyn niecelnego strzału. Po opadnięciu wzbudzonych emocji, ciąg dalszy wyczynów działowych odbył się już bez zakłóceń, jeśli nie brać pod uwagę, że grupa manewrująca celem powracała do swego bunkra ze zrozumiałym ociąganiem.

Wydaje mi się, że konieczność noszenia okularów przez czołgistę, tak jak posiadanie płaskich stop u piechura powinny być wystarczającym powodem do zwolnienia od służby wojskowej osoby dotkniętej tą niewydolnością natury! Czy ktoś jest innego zdania? Nikt? Dziękuję. Propozycja przyjęta absolutną większością głosów!

A jak opisał scenę celowania w poligonowym parku nasz Wielki Wieszcz? Dla odświeżenia pamięci czytelnika pozwolę sobie przytoczyć tu znaczący urywek tego utworu.

Z ogrodowej altany wojewoda zdyszany

Bieży w zamek z wściekłością i trwogą.

Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony

Spojrzał, zadrżał, nie znalazł nikogo.

   Wzrok opuścił ku ziemi i rękami drżącemi

   Siwe wąsy pokręca, i duma.

   Wzrok od łoża odwrócił, w tył wyloty zarzucił

   I zawołał kozaka Nauma.

„Hej, kozaku, ty chamie, czemu w sadzie przy bramie

Nie ma nocą ni psa, ni pachołka?

Weź mi torbę borsuczą i jańczarkę hajduczą,

I mą strzelbę gwintówkę zdejm z kołka”.

   Wzięli bronie, wypadli, do ogrodu się wkradli,

   Kędy szpaler altanę obrasta.

   Na darniowym siedzeniu coś bieleje się w cieniu:

   To siedziała w bieliźnie niewiasta.

Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczy

I pierś kryła pod rąbek bielizny;

Drugą ręką od łona odpychała ramiona

Klęczącego u kolan mężczyzny.

   Ten, ściskając kolana, mówił do niej: „Kochana!

   Więc już wszystko, jam wszystko utracił!

   Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnienia

   Wojewoda już z góry zapłacił.

Ja, choć z takim zapałem, tyle lat cię kochałem,

Będę kochał i jęczał daleki;

On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,

Tyś mu wszystko przedała na wieki.

   …

   Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiem

   I dobyli zza pasa naboje,

   I odcięli zębami, i przybili sztęflami

   Prochu garść i grankulek we dwoje.

„Panie! – kozak powiada – jakiś bies mię napada,

Ja nie mogę zastrzelić tej dziewki;

Gdym półkurcze odwodzi, zimny dreszcz mię przechodził

I stoczyła się łza do panewki”.

   „Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!

   Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę;

   Podsyp zapał, a żywo sczyść paznokciem krzesiwo,

   Potem palnij w twój łeb lub w tę dziewkę.

Wyżej… w prawo… pomału, czekaj mego wystrzału,

Pierwej musi w łeb dostać pan młody”.

Kozak odwiódł, wycelił, nie czekając wystrzelił

I ugodził w sam łeb – wojewody.