Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Dzięki udanej operacji, którą nazwałem skrycie „kaganek oświaty”, moje położenie w szkole douczania rezerwistów do pełnosprawnych oficerów stało się nie tylko znośne, ale nawet przyjemne. Co prawda, nie mogłem nosić ubrania cywilnego, ale mimo mojego wojskowego „melonika” oraz skórzanych butów, miałem każde popołudnie wolne i korzystałem z tej nieoczekiwanej swobody, aby zwiększyć dozę treningową i odświeżyć znajomość repertuaru filmowego, a nawet nawiązać kontakt z teatrem. Włodek również korzystał częściowo z przywilejów, które zapewniała mi odwzajemniona grzeczność przyszłego maturzysty. Doszło nawet do tego, że otrzymałem dwa razy zezwolenie na spędzenie weekendu w Warszawie, co normalnie było zdarzeniem wyjątkowym.

Któregoś niedzielnego popołudnia zaszliśmy z Włodkiem do przepełnionej jak zwykle kawiarni w rynku. Wyczekując przy drzwiach spostrzegliśmy, że zwolniły się dwa miejsca przy czteroosobowym stoliku. Siedzące przy nim, chwilowo samotnie, dwie młode damy zaaprobowały z pewnym ociąganiem się nasze kurtuazyjne zapytanie o możliwość zakwaterowania nas przy ich stoliku. Widoczne było, że nasza trochę wymuszona obecność nie była im na rękę, gdyż nie zwracając na nas żadnej uwagi, zajęte były wyłącznie „obrabianiem” reputacji jakiejś ich koleżanki. My z kolei, rozumiejąc, że nasze wymięte mundury nie wzbudzały zainteresowania u panienek z dobrych domów (nie tak jak było drzewiej, gdy „za mundurem panny sznurem”), wróciliśmy do omawiania naszego życia cywilnego, zarobków, projektów. Nie wiem, czy nasza dyskretna rozmowa miała na to wpływ, ale zainteresowanie nami u panienek powoli wzrastało. Świadczyły o tym spojrzenia bardziej kokieteryjne, jakie na nas rzucały. Toteż, gdy jedna z nich gasząc papierosa w popielniczce spytała z rozbrajającym uśmiechem, czy nie mieliśmy przypadkiem „ognia”, by mogła zapalić następnego, Włodek, zawsze dżentelmen, zerwał się z ogniem, by organizować ogień od sąsiedniego palącego stolika. Lody zostały przełamane i rozmowa towarzyska w czwórce, początkowo kulawa, zaczęła powoli się rozwijać.

Chęć odwzajemnienia za miłe zaproszenie spowodowała, że zaproponowaliśmy naszym młodym sąsiadkom porcję słynnych lodów Melba z brzoskwinią w środku, specjalność zakładu nawet w czasie zimy. Propozycja przyjęta, nic nie stało na przeszkodzie, by ożywić nastrój przy stoliku opowiadaniem anegdot, których każdy z nas znał dziesiątki. Nie wszystkie były one przeznaczone dla delikatnych uszu niewinnych dziewcząt, toteż obaj zwracaliśmy specjalną uwagę, by opowiadać tylko te mniej wojskowe. Jedna z dwójki, znająca widocznie lepiej zwyczaje w kawiarni, zwróciła naszą uwagę na wyjątkowo dobrą jakość bułgarskiego czerwonego wina. Choć sami niepijący, zrozumieliśmy natychmiast, że butelka oryginalnego wina „Sofia” była nieodzowna, aby nas nie poczytano za niedomyślnych skąpców.

Zamówienie szybko zrealizowane przez kelnerkę pozwoliło panienkom wznieść i wypić kilka toastów okolicznościowych, w których nasz udział ograniczał się do podnoszenia lampek i moczenia warg w winie. Uczestnictwo naszych znajomych w rozmowie stawało się coraz bardziej aktywne, w miarę jak zawartość butelki zamieniała się w toasty. Lecz gdy druga z dam, przy okazji zamawiania naparu z kawy po polsku, wyraziła opinię, że jakość kawy zależy od likieru, który jej towarzyszy, zdecydowałem skreślić w mojej wstępnej o nich opinii słowa: „z dobrego domu” zostawiając jedynie słowo „panienki”. Wkrótce pod pretekstem umycia rąk odeszliśmy na chwilę od stolika, by jednogłośnie podjąć decyzję: „zjeżdżać” stąd jak najszybciej.

Nasze oświadczenie o konieczności powrotu do koszar zostało źle przyjęte i panienki usiłowały nam wyperswadować ten nieoczekiwany brak czasu. Widząc jednak, że obowiązek wojskowy był nam droższy nad wszystko, poprosiły jedynie, byśmy odprowadzili je do tramwaju, co zaakceptowaliśmy bez wahania. Na zewnątrz kawiarni, jakaś bardziej leciwa dama widząc nas w płaszczach wojskowych, wychodzących za panienkami, wykrzyknęła z oburzeniem pod adresem jednej z nich: „I ty k…o z żołnierzami?”. Na co zainterpelowana, odwracając się do tyłu w naszą stronę, poinformowała nas z rozbrajającą szczerością: „Hak jej w garb! To moja matka!”. Pognaliśmy jak opętani do ruszającego z przystanku tramwaju, nie bacząc już na to, co się działo dalej na naszych tyłach.

Czyżby dawniej było lepiej? Może nie lepiej, ale trochę inaczej, tak jak w tej piosence:

Pan porucznik od ułanów, co miał zbrojne hufce,

W czas manewrów swą kwaterę znalazł w leśniczówce.

Kiedy znalazł małą chatkę skrytą w czarnym borze,

Zagasały na zachodzie już ostatnie zorze.

   Mile witając gościa pan leśniczy,

   Pyta:, „Czego porucznik sobie życzy,

   Wszak wszystkiego dwie wygodne izby mam.

   W jednej śpi ma dzidzi, a w drugiej ja sam!

Wybierając niech się pan nie wstydzi,

Czy woli pan spać u mnie, czy też u mej dzidzi?”

„Wole z panem spać sto razy,

Bo nie lubię dzieci jak zarazy!”

   Pan porucznik był zmęczony i do snu miał zapał,

   Ale nie mógł zasnąć, bo leśniczy chrapał!

   Skoro w malej izbie zajaśniał poranek,

   Pan porucznik wstał w negliżu i wyszedł na ganek.

Wtem, o Boże, co za niespodzianka!

Dziewczę cud, piękniejsza od poranka.

Oczy cudne, głowa piękna, włosy blond,

Skąd jesteś piękna? Powiedz, powiedz skąd?”

   „Pan porucznik pyta wiem, dlaczego,

   Jestem Dzidzi, córka leśniczego!

   A pan kto jest, jeśli spytam o to?”

   „Jam największym był w życiu idiotą!”