Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Drogi zbawienia mnie, od wszystkiego złego co na mnie czekało w szkole, na razie nie widziałem. Pewna idea zaświeciła mi jednak w głowie, gdy poznałem trochę naszego dowódcę, odpowiedzialnego w szkole za losy kompanii rezerwistów.

Był nim kapitan lekko po czterdziestce, który swoją chwałę i pierwsze gwiazdki zdobył w czasie działań wojennych, służąc w polskich oddziałach. Miał „zerwany” głos podoficera, musztrującego swych podwładnych bez megafonu i bez względu na warunki klimatyczne, oraz niezrozumiałe dla mnie zamiłowanie do nienagannej formy zagłówków, wieńczących każde pościelone łóżko. Nie, nie zrzucał źle uformowanego zagłówka, jak to robił kapral Wolny, bo chyba stopień mu na to nie pozwalał, lecz zarządzał powrót do sali i nadzorował osobiście karne prześcielenie wszystkich łóżek.

Był naszym wszechwładnym bossem, wiec od niego musiałem rozpocząć szukanie „dziury w całym”. W tym celu zaprosiłem jednego z sympatyczniejszych podoficerów do wypicia piwa w jakiejś niedalekiej „knajpie” i tam, manewrując odpowiednio rozmową spowodowałem bez trudu, że mój miłośnik browarowych specjałów puścił „farbę”, dostarczając mi niezbędnych szczegółów o drodze służby naszego kapitana. Wynikało z nich, że nie był on wcale złym przełożonym, ale miał kompleks przed swoimi kolegami, gdyż był „klasowo” niedouczony. Ten handicap uniemożliwiał mu otrzymanie awansu do stopnia majora, do którego staż służby w pełni go predestynował.

Podbudowany tym, co usłyszałem od piwowara, wiedziałem juz na czym będzie oparta moja taktyka działania. Nie odwlekając więc, po zajęciach, pukając, wszedłem do „kapciorki” naszego kapitana. Widząc mnie stojącego w drzwiach odłożył gazetę na odkrytą książkę, która, jak zauważyłem, była podręcznikiem algebry. Zacząłem bez wstępów, że przyszedłem mu zaproponować moją pomoc w opanowaniu przedmiotów niezbędnych do zdania matury, że pracowałem częściowo jako profesor w liceum, a wiec mam ku temu odpowiednie predyspozycje, i że moją jedyną prośbą jest, bym mógł wychodzić z koszar dwa razy w tygodniu na treningi siatkówki do poznańskiej „Spójni”.

Na pewno nie oczekiwał takiej propozycji, ale widziałem, że przynęta była dobra i haczyk mógł „chwycić”. Toteż kontynuowałem w wybranym kierunku, mówiąc, że ewentualna moja pomoc pozostanie znana tylko nam dwóm, gdyż byłem przekonany, że nie chciałby się tym chwalić przed innymi. Nie wiedząc jeszcze, czy nie szykowałem mu jakiejś pułapki, ostrożnie spytał, ile czasu mógłbym mu poświęcić, i że jest skłonny coś mi zapłacić za czas spędzony na nauczaniu. Odmówiłem kategorycznie oświadczając, że lubię tę pracę i brakowało mi właśnie tutaj takiej możliwości, a moje wyjścia na treningi są dyktowane jedynie koniecznością zachowania formy sportowej i że jeśli trzeba przyniosę odpowiednie zaświadczenie z klubu. Mój szczery i otwarty sposób mówienia widocznie zrobił dobre wrażenie, gdyż wstał i długo potrząsając moją rękę powiedział: „Dziękuję za pana propozycję. Pomoc jest mi oczywiście potrzebna, bo wie pan…” „Wszystko w porządku, panie kapitanie, jutro ustalimy szczegóły naszej współpracy!” Odszedłem, czując jeszcze długo nad głową przyjemne wachlowanie skrzydeł mojego, ale już w stopniu podporucznika, Anioła Stróża!

Po kilku pierwszych lekcjach nasza cicha współpraca zaczęła się rozkręcać na dobre. Powierzył mi funkcję nieoficjalnego pomocnika, która pozwalała mi usprawiedliwiać coraz częstsze nieobecności na wycieczkach leśnych czy w niebezpiecznych grach poligonowych. Nawet problem gimnastyki porannej zakończył się dla mnie podwójnym sukcesem. Otóż w naszej sypialni było nas ośmiu usiłujących współżyć pokojowo, ale już na początku pojawił się problem atmosfery. Nocą stawała się ona ciężka i nic nie pomagały nasze z Włodkiem nalegania, by zostawić na noc okno lekko uchylone. Śpiący bliżej okna nasi śląscy koledzy kategorycznie byli temu przeciwni, co spowodowało rykoszetem również pogorszenie się atmosfery koleżeńskiej.

Wykorzystując moją renomę sportowca otrzymałem od kapitana zwolnienie z gimnastyki porannej. Niezadowolonym tym przywilejem Ślązakom dałem do wyboru: albo my z Włodkiem w łóżkach od uchylanego okna i gimnastyka poranna dla wszystkich w sali miedzy łóżkami pod moim patronatem, albo wojna totalna: ich czwórka przeciw reszcie Polski. Do wojny nie doszło, a wręcz przeciwnie, wkrótce stworzyłem z ósemki zespół nazwany „Wiatraczek”, którego zadaniem było stworzenie dla naszego kolektywu warunków do spokojnego dotrwania do końca kursu.

Mnie w zasadzie było to już niepotrzebne, gdyż proces wyrównywania potencjałów naukowych w naszym dwugłowym zespole był na jak najlepszej drodze, chociaż miałem kłopot z przepływem dwóch informacji. O ile twierdzenie Pitagorasa i jego zastosowania w trójkącie było zaabsorbowane stosunkowo szybko, o tyle problem redukcji tych samych wyrażeń w długich równaniach algebraicznych i określanie stężeń w roztworach chemicznych wyraźnie odmawiały zaaklimatyzowania się, choćby prowizorycznego, w umyśle mego ucznia-kapitana. I tak równanie, w którym należało od 3a odjąć 5a okazało się nie do „ugryzienia”. Bo jak można było wytłumaczyć logicznie, że Jasio, który miał 3 jabłka mógł z nich oddać 5 jabłek Kaziowi? To samo było z przelewaniem z pustego w próżne, czyli określaniem na papierze rezultatu mieszania płynów o różnych stężeniach molekularnych. Tym niemniej jestem pewien, że egzamin, który mój kapitan miał zdawać po wakacjach był udany, bo niezależnie od deficytu jabłek czy złego rozcieńczenia stężeń molekularnych, on sam był dobrą mieszaniną wojaka-patrioty.

„Powodzenia w karierze, panie majorze!”