Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Świat cywilny wciągnął mnie już dobrze w swój odwieczny porządek i wydawało mi się, że taki stan rzeczy trwać będzie zawsze, może aż do końca mojej drogi zawodowej. Lecz tu się myliłem! Zgodnie bowiem z powiedzeniem „Śpij spokojnie, wojsko czuwa!”, któregoś dnia zostałem obudzony trochę brutalnie, otrzymując wezwanie do stawienia się w biurze spraw wojskowych, gdzie wręczono mi skierowanie na trzymiesięczne doksztalcanie, w oficerskiej szkole wojsk pancernych w Poznaniu.

Wypadło to na początku Anno Domini 1961 i wszystkie znaki dostępne na ziemi, a przekazane mi koleżeńsko przez tych, którzy to już przeszli, wskazywały, że szykuje mi się jeszcze jeden staż służby wojskowej, pełen trudu i niewygód! Okres trzymiesięczny jest prawdopodobnie zbyt krótki, by dostroić podporucznika-rezerwistę do poziomu sztuki wojennej reprezentowanego przez porucznika kończącego szkołę oficerską, ale ten sam okres jest o wiele za długi dla dżentelmena, którego pełne uroku życie w cywilu zostanie zredukowane do munduru i reszty, którą on ze sobą przywodzi.

Widząc, że nic nie da się zrobić, by „wymigać się” jakimś cudem od tej patriotycznej powinności, zrezygnowany uznałem, że nie pozostało mi nic innego, jak tylko włączyć moje szare komórki (tak wydajne u pana Herkules Poirot!) i spróbować znaleźć jakieś „ulepszenia” dla przyszłej szarej rzeczywistości oficera-studenta. Przemyślałem kilka scenariuszy możliwych, choć trudnych do zrealizowania. Brutalne zapalenie wyrostka robaczkowego połączone z operacją? To wydawało się wyjściem możliwym, bo miałem przyjaciela chirurga, ex-masażystę znad Wisły; bezbolesne, gdyż woreczek miałem już dawno usunięty; ale to tylko odwlekało czasowo wyprawę do Poznania. Skreślenie z listy rezerwistów? Możliwe, lecz niewykonalne z powodu braku w mojej rodzinie jakiegoś kuzyna-generała. Ponieważ polska konstytucja nie przewidywała przyczyn religijnych, jako powodu do zwolnienia z obowiązku wojskowego, nie pozostawało mi nic innego, jak wypić oczekujący mnie kielich goryczy, dodając dla lepszego smaku coś, czego jeszcze wtedy nie wynalazłem. Trochę mnie pocieszało, że mój przyjaciel Włodek (tak, tak, ten sam!) dostał powołanie na ten również okres, a wiec we dwóch łatwiej nam będzie walczyć z przeciwnościami, które nas tam oczekiwały.

Z dworca kolejowego do budynków szkoły oficerskiej, gdzieś na peryferiach Poznania, dojechaliśmy bezpośrednim tramwajem. Dwie niewielkie ręczne torby zawierały cały nasz osobisty dobytek, ponieważ wikt z odzieniem i opierunkiem, mieliśmy zapewniony gratisowo na okres trzech miesięcy. Przyjęcie nas na miejscu było dyskretne. Było późno i nikt nas nie witał, a podoficer dyżurny doprowadził nas do zbiorowej sypialni i tam spoczywając w twardych żelaznych łóżkach, z siennikami nabitymi czymś-tam, rozpoczęliśmy nasz nowy okres „douczania” się do stopnia porucznika.

Nazajutrz, po doprowadzeniu łóżka i „zagłówka” do właściwej formy, po niezbędnej dla zdrowia gimnastyce porannej, po „zafasowaniu” wszystkich elementów należących do wyposażenia żołnierza i określonych odpowiednim regulaminem, po zapoznaniu się z programem zajęć w klasach i na poligonie i wreszcie po zapoznaniu się ze smakiem posiłków w stołówce, wiedziałem z całą pewnością, że „wsypa” była całkowita. Pobyt w obozie w Drawsku wydał mi się nagle wczasami w Sopocie w porównaniu z tym, co nas tutaj czekało. Ale czas naglił i szukanie filozoficznego kamienia, który by zmienił wszystko na lepsze nie miało już sensu.

Pierwsze dni przeszły z trudem, jeden gorszy od drugiego. Kilka lat, które upłynęły od zakończenia studiów udoskonaliły sporo moje odczucia wygody i komfortu. I nagle ten powrót do spartańskich warunków życia na co dzień w szkole oficerskiej, nie miał w sobie nic, z czego miałbym się cieszyć czy być zadowolonym. Wybieganie w koszuli na gimnastykę poranną, o 6,30, kiedy mróz na placu i niewyspanie w organizmie powodowały nieprzerwane szczękanie zębami, nie miało w sobie żadnego uroku. Jeśli nie liczyć czasu spędzonego w klasach, kiedy mogłem kontynuować drzemkę, starając się jednak mieć oczy lekko otwarte, inne zajęcia na zewnątrz były rozpaczliwie nieprzyjemne. Błoto, zimno, szarugi i inne wymysły klimatologów stwarzały na poligonie warunki, z których reżyser filmowy scen wojennych „W okopach Stalingradu”, byłby zachwycony. Ale ja niestety nim nie byłem!

Albo nocne marsze po leśnych bezdrożach z ciężkim plecakiem w poszukiwaniu punktu docelowego, gdy jedynym moim marzeniem było znaleźć się jak najszybciej w ciepłym pomieszczeniu. Do tego zamknięci w koszarach mieliśmy prawo do wyjścia jedynie w sobotę po południu i w niedzielę do wczesnego wieczora. Brak możliwości ubrania się po cywilnemu sprawiał, że w te dni można było łatwo rozpoznać rezerwistów, w małych grupach zajmujących większość stolików w jedynej kawiarni na rynku. Ci, co stamtąd juz wyszli, uprawiali włóczęgę po nieoczyszczonych od śniegu chodnikach, aby jakoś spędzić czas, z którym, szczerze mówiąc, nie wiadomo było, co robić!

Psiakrew! Niemożliwe, bym musiał cierpieć te warunki przez pełne 12 tygodni!