Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

W Biprofarmie przy ulicy Mysiej 3 pracowałem od 1959 aż do 1964 roku, w którym to część pracowników i ja miedzy innymi, zostaliśmy przeniesieni do nowo utworzonego biura przemysłu chemicznego „Chemadex” przy ulicy Mokotowskiej 58, gdzie pracowałem aż do mojego wyjazdu do Francji.

Praca w Biprofarmie była zupełnie nieporównywalna do mojej poprzedniej pracy na Żeraniu. Znalazłem tutaj jeszcze pięciu kolegów z mego roku, co dodatkowo wprowadzało w naszej pracy klimat zżytego koleżeństwa. Dyscyplina oczywiście była, lecz nikt nie zamykał wrót wyjściowych i obowiązek pracy był dyktowany raczej zrozumiałą chęcią powiększenia zarobku niż zarządzeniami administracyjnymi. W licznych pokojach biura były ustawione deski kreślarskie, za którymi uwijały się rączo projektanckie sylwetki, kreśląc w ołówku urządzenia czy instalacje fabryczne. Rysunki takie, zwykle w formacie A0, były następnie kontrolowane przez kierowników zespołów w sposób logiczny i konstruktywny, przed dalszym „wyciąganiem” ich w tuszu przez ekipę kreślarek i kreślarzy.

Każdy z nas miał świadomość, że komplikowanie sobie pracy przez poprawki dla poprawek lub ciche bumelanctwo wprowadzało niepotrzebne wydłużanie terminów i zmniejszenie odpowiadającej temu premii dla całego zespołu. To nie było już biuro fabryczne, gdzie powiedzenie: „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy!” było lapidarnym stwierdzeniem istniejącego faktu. Tutaj każdy pracował z zainteresowaniem, a bardzo często praca przeciągała się poza 8 godzin obowiązkowej, dziennej obecności w biurze.

Niezależnie od stanowiska czy wykonywanego zajęcia w biurze, każdy dokładał swoją cegiełkę do wspólnego dobra. Koleżeńska atmosfera pracy spowodowana była w dużej mierze rozumnym systemem obliczania wynagrodzeń i rozdziału innych korzyści materialnych, jak przydziały mieszkań, bonów na zakupy atrakcyjnych artykułów, skierowań na wczasy czy udział w wycieczkach. Ten dobrosąsiedzki nastrój przedłużał się również poza godzinami pracy, gdy sami organizowaliśmy w lokalach biura nasze rozrywki, urządzając turnieje gry w brydża, ping-ponga czy w szachy. Ekipa młodych pracowników była zgrana i zdecydowana z pomocą starszych nadać ton kompetentnego, dynamicznego biura, które dzięki swym realizacjom zaczynało być znane i uznawane przez ministerstwo chemii.

Każda z istniejących fabryk farmaceutycznych, a było ich kilkanaście w kraju, miała w biurze generalnego projektanta, który razem z dyrekcją zakładu nadzorował realizację przewidzianych inwestycji i oczywiście ich projektowanie w naszym biurze. Byli to z reguły inżynierowie znacznie starsi od nas, a niekiedy ze studiami ukończonymi jeszcze przed wojną. Ci przedwojenni, niezbyt „porwani” budową socjalizmu, niekiedy mieli wrażenie, może uzasadnione, że ich sytuacja może się zmienić na gorszą, gdy nowe kadry młodych inżynierów nabiorą niezbędnego doświadczenia.

Jeden z nich, pan Garbacz był znany ze swej umiejętnie używanej giętkości umysłu, dobrego humoru, głębokiej znajomości kobiet i sześćdziesięciu lat, które nosił z dużą godnością i lekką ociężałością, z uwagi na podwyższoną, zaokrąglającą go wagę. Pewnego dnia w porze drugiego śniadania, które jak w innych miejscach pracy było celebrowane u nas ze szczególnym namaszczeniem, inżynier Siborenko zwrócił się do niego z propozycją, żeby wspólnie z kilkoma innymi kolegami zasiąść do konsumpcji wiktuałów, które on przyniósł ze sobą z okazji jakiejś domowej uroczystości. Inżynier Garbacz, który uwielbiał takie konwiwialne posiedzenia, w czasie których jego elokwencja znajdowała słuchaczy i zrozumiałe zainteresowanie wśród konsumujących, zaczął z werwą organizować miejsce spotkania, dając wskazówki młodszym kolegom, gdzie i jak coś postawić.

W trakcie tej arcyważnej czynności ujrzał w głębi korytarza zbliżających się w jego stronę dyrektora biura z nieodłaczną panią „kadrową”. Nie kończąc zdania dotyczącego rozstawiania wiktuałów na przygotowanym już stole, powiedział wystarczająco głośno, by być słyszanym przez nadchodzących: „Inżynierze Siborenko, nie czas teraz na przyjęcia. Mamy do skończenia bardzo ważny projekt!” Biedny strofowany, nie widząc, bo odwrócony tyłem, przyczyny takiej nieoczekiwanej zmiany, zaprotestował: „Panie inżynierze, jak to? Przecież to pana pomysł…” Tu Garbacz, wyraźnie zaniepokojony takim obrotem dyskusji, przeciął krótko, prężąc się powitalnie przed przechodzącymi: „Inżynierze Siborenko, proszę zapamiętać sobie raz na zawsze, najpierw praca, a potem inne sprawy!”.

Sam mieszkał na Saskiej Kępie, a w jego ogródku brakowało ładnego wyłożenia ścieżki wiodącej od bramy do domu. Brak możliwości zakupu takiej wykładziny w sklepach spowodował, że przechodząc obok jakiegoś domu w budowie, od czasu do czasu brał niepostrzeżenie i wkładał do teczki po jednej płytce piaskowca, leżącego tam obficie. W ten mrówczy sposób zgromadził w swoim ogródku niezbędną ilość płytek. Niestety, w końcowej fazie dostaw, ktoś z budowy zauważył jego niewinne trenowanie noszenia ciężarków w teczce i powiadomił milicję. Gdy milicjanci, śledząc kolejna płytkę podróżującą w teczce naszego kolegi, doszli do ogródka, zobaczyli tam pokaźny już stos innych, czekających na ułożenie na ścieżce. Zainterpelowany pan Garbacz, wytłumaczył organom władzy, że płytki są przeznaczone do wyłożenia postumentu w tymże ogródku, na którym miał postawić popiersie wodza rewolucji proletariackiej. Niedowierzającym milicjantom wyniósł z domu i pokazał popiersie Włodzia o wymiarze zdecydowanie lilipucim, wyjaśniając jednak, że taki wymiar pozwolił mu je przechować u siebie całą wojnę, a postument musiał być odpowiednio okazały, by właśnie zrekompensować brak wymiarów popiersia. Podobno niewierni milicjanci zażądali dokonania zwrotu płytek bez zwłoki i na jego koszt do miejsca ich pochodzenia.

Pan Siborenko był byłym rosyjskim oficerem, który po zakończeniu wojny z racji osobistych osiadł w Polsce na stałe. Był w wieku przedemerytalnym i bardzo rzadko nosił wyprasowane ubrania. Łatwo się denerwował, a wtedy nikt już nie mógł zrozumieć jego ruskiej polszczyzny, co denerwowało go dodatkowo tak, że czasami kończyło się to koniecznością włożenia mu pod język nitrogliceryny, którą nosił nieustannie ze sobą. Opowiadał, że w młodości pracował w kopalni węgla w „komandzie starszyny”, który kultywował zwyczaj zakupu butelki wódki za składkowe pieniądze. Każdy z komandy wnosił równą część pieniędzy na zakup, co dawało prawo do „pociągnięcia” kilku łyków prosto z butelki. Starszyna jako pierwszy kładł palec w połowie wysokości butelki i wypijał jej odmierzoną połowę znad palca. Następnie jego zastępca czynił to samo z kolejną połową połowy. Gdy butelka dochodziła w końcu do ostatniego w hierarchii, to znaczy do Siborenko, ten za cały łup wysączał tylko resztę kropel, które ściekały wolno ze szkła butelki. Ale sprawiedliwy podział był zachowany. Każdy wypijał po połowie. Urawniłowka wtedy obowiązywała wszystkich!

A propos kropel. Zgodnie z naszymi pomiarami „in statu nascendi” dokonanymi w czasach akademickich, to po nalaniu ostatniego kieliszka z teoretycznie pustej już półlitrowej butelki wódki, można wysączyć jeszcze 38–40 kropel, co w przeliczeniu na czysty spirytus (wymagania normy PN!) stanowi około 15 kropel. Proszę o tym nie zapomnieć podczas odstawiania opróżnionych już w czasie uczty butelek!

Inny kolega, którego nazwiska nie pomnę, miał dar organizowania „lipnych” zadań, wykorzystując ku temu magiczne słowa „Tu Komitet Centralny…!” i linię telefoniczną. Otóż w ówczesnym społeczeństwie Komitet Centralny partii, nazywany krótko KC, był synonimem wszechwładzy i nikt nie ośmieliłby się sprawdzić, czy otrzymane polecenie telefoniczne było rzeczywiście autentyczne.

I tak pewnego dnia w biurze dyrektora fabryki farmaceutycznej w Tarchominie, pod Warszawą, zadzwonił telefon. Głos w telefonie oznajmił skamieniałej z wrażenia sekretarce, żeby przekazała dyrekcji polecenie z KC Partii zorganizowania przyjęcia chińskiej delegacji ministerialnej, która za kilka dni miała zwiedzić zakład, w celu zapoznania się z jego osiągnięciami. Zgodnie z poleceniem, przy wejściu do zakładu przyjeżdżających miał powitać ogromny transparent dwujęzyczny z odpowiednim hasłem powitalnym. Dyrekcja w komplecie miała czekać u bramy wejściowej, a sam dyrektor dostał za zadanie wygłoszenia krótkiego przemówienia, kończącego się jakimś powitalnym orędziem oczywiście po chińsku. Gdy oczekująca przy bramie grupa powitalna zaczęła się dziwić niezrozumiałemu opóźnieniu oczekiwanych dostojnych gości, dyrektor zdecydował się zadzwonić osobiście do KC. Wyjaśnienie zaistniałej sytuacji zajęło trochę czasu i podobno bardzo źle nastroiło odpowiedni departament KC do Bogu ducha winnego dyrektora.

Przy innej już okazji, ten sam kolega w imieniu wszechmogącego KC polecił radzie narodowej miasta Tarchomina zbilansować roczne ilości dymu wyrzucanego do atmosfery przy spalaniu węgla czy drewna, używanych wtedy powszechnie do ogrzewania domów. Praca ogromna była ukończona w wyznaczonym terminie i przekazana w formie odpowiednio udokumentowanego, okazałego memorandum do białego domu KC. Niestety, z braku odnalezienia w KC departamentu zamawiającego tę dymną historię, niewykorzystane naukowo dokumenty, zawierające dane jak najbardziej solidne, można chyba jeszcze dzisiaj konsultować w archiwach gminy Tarchomin.

Mistrzostwo naszego kolegi tych i jeszcze innych licznych blag zostało prawie dowiedzione przy mniej okazałym i powiedziałbym niezbyt etycznym pomyśle. A mianowicie, nasz bezpartyjny żartowniś polecił, tym razem tylko w imieniu komitetu warszawskiego partii, jednemu z naszych przedwojennych inżynierów zebrać i dostarczyć do komitetu niezbędne dokumenty, w celu mianowania go dyrektorem technicznym naszego biura. Nieszczęsny, mimo że nie ukrywał nigdy swojej awersji do polskiego wydania socjalizmu Rad, uwierzył w swoją promocję na dyrektora i w wyznaczony dzień stawił się w komitecie jak należało, z teką pełną zebranych z wielkim trudem dokumentów. Lecz gdy na jego nalegające zapytania nikt nie umiał, czy nie chciał odpowiedzieć, kto go wezwał i gdy mu poradzono dowcipnie powrócić do domu i znaleźć autora żartu, poniosły go mocno sfatygowane nerwy. Podejrzewając, że sprawca tej kpiny był na miejscu w komitecie, zdemolował częściowo sekretariat i dopiero po zatrzymaniu go i krótkim śledztwie przez odpowiedni urząd, podejrzenia skierowały się na naszego kolegę. Wprawdzie nic mu nie udowodniono, lecz na wszelki wypadek został zwolniony dyscyplinarnie z pracy.

W społeczności naszego biura można było prawdopodobnie znaleźć wszystko to, co charakteryzowało grupę ludzi nazywaną „inteligencją pracującą”. Byli tu żartownisie, byli ludzie ze skłonnościami, czasami nawet dużymi, byli inni, którzy trudu bali się jak ognia, lecz w ogromnej większości byli to pracownicy oddani swej pracy, sumienni w wykonywaniu obowiązków i bardzo często inteligentni specjaliści, których oryginalne projekty urządzeń przynosiły honor naszej pracowni! Do takich właśnie zaliczałem Gapcia, które to imię nadałem mu jeszcze na początku studiów na wspomnienie jakiejś kreskówki Disneya. Pamiętam go z obozów wojskowych, gdy jego czarną, gęstą i lekko kręconą czuprynę można było spostrzec umiejętnie gdzieś zakamuflowaną, tak by nie podpaść pod prace dodatkowe. Studia zaliczał bez problemów, a raczej z wyróżnieniem, przeszedł też kilka kłopotów na starcie, trochę jak ja.

Nie należał do ludzi, którzy czekają, aż wszystko samo się ułoży, a przeciwnie, lubił chodzić po nieprzetartych ścieżkach i nie wahał się rzucać w nowe interesujące, a może czasami i ryzykowne przedsięwzięcia. W biurze projektów zaczął pracować wcześniej ode mnie, lecz wspólnie przeżyliśmy w dobrej komitywie prawie osiem lat. Widzę go jeszcze jak codziennie, z głową schyloną, co powodowało pewnie, że włosy z niej spadały zadziwiająco szybko, wędrował po pokoju biura, pięć kroków do przodu, zwrot, pięć kroków do tyłu, zwrot. Mógł to robić długo, myśląc intensywnie może nad nowym patentem, nowym rozwiązaniem. Czasami, gdy miałem już dosyć monotonni jego kroków i aby nie dostać oczopląsu, stawałem w poprzek jego drogi. Zatrzymywał się, przepraszał i wracał za deskę. Później, gdy wyjechałem już do Francji, opuścił pracę w Chemadexie i wybudował jako jeden z pierwszych cieplarnie pod Warszawą, gdzie hodował kwiaty, stając się na jakiś czas, finansowo dobrze sytuowanym „inżynierem badylarzem”. Nasze ścieżki znów się spotkały, gdy pomagałem mu sprowadzać zza granicy nasiona kwiatów, które w cieplarniach własnej koncepcji hodował i dostarczał do różnych miast Polski. Wspomnę o nim jeszcze przy innych okazjach, gdyż drogi nasze często się przecinały, a czasami nawet biegły obok siebie równolegle.

Wspominając różne historie związane z moją pracą zawodową wydaje mi się, że zachowania różnych osób wobec jakiegoś problemu, w usunięciu jakiejś przeszkody, która znalazła się na ich drodze, można podzielić na trzy możliwe postawy życiowe, które dla uproszczenia zilustruję następującą alegorią:

Na wąskiej ścieżce wiodącej przez otaczające bezdroża idący nią pielgrzym, spostrzega leżący pokaźny kamień. Zdając sobie sprawę, że usuniecie go wymagałoby pewnego wysiłku, to też, aby nie potknąć się idąc prosto, decyduje się obejść go, schodząc na mniej komfortowe bezdroże. Inny, widząc leżący kamień na ścieżce nie szuka możliwych wyjść, idzie świadomie prosto i nieuchronnie potyka się o niego. Trzeci, nie widząc leżącego kamienia, szuka go na bezdrożu, przynosi, kładzie na ścieżce, po to by być pewnym, że idąc potknie się na nim.

Postawa tego ostatniego, niekiedy , staje się lejtmotywem postępowania dla wielu ludzi, którzy może nieświadomie, ale z uporem godnym lepszej sprawy, umieją stworzyć sobie problem nawet tam, gdzie go przed tym nie było. W rzeczywistości wybór postępowania w obliczu problemów nie jest ani prosty, ani oczywisty i możliwości są rozliczne, ale po to jest alegoria, aby uprościć przedstawienie zjawiska. Lecz może się mylę i nie wszyscy się z tym zgodzą?