Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Po tym krótkim wyjaśnieniu dokonanym w poprzednim obrazku, a które zresztą niczego nie wyjaśnia, powracam do mojej nowej pracy i do korzyści wynikających ze stałej pensji i z wyliczalnej premii za wydajność.

Otóż premia w biurach projektowych była wtedy wytrychem do szkatułki z pieniędzmi przeznaczonymi na pensje dla pracowników. Premia nie była stała i zależała od wyrobienia normy przez projektantów i innych związanych z nimi pracowników. Ponieważ podatek był niewielki i nie zależał od wysokości zarobku, ponieważ premia nie była ograniczona żadnymi zakazami administracyjnymi, wiec projektancki ludek szybko dorobił znakomite wytrychy do systemu i zaczął zarabiać pieniądze. Muszę tu objaśnić „ociupinkę”, co to było norma i nieodłączna od niej premia dla ludzi mających projektować urządzenia, ich wykonanie i zastosowanie w przemyśle.

Otóż normą, dla przykładu, było zadanie wynalezienia łopaty do odgarniania śniegu z chodnika, zaprojektowanie jej na rysunku wielkości 10-ciu formatów A4 i przesłania go do produkcji i wszystko to, powiedzmy, w czasie jednego miesiąca. Natomiast premia dla tego zadania była wypłacana, jeśli czas wynalezienia łopaty został skrócony, powiedzmy do trzech tygodni, a projekt wymagał narysowania jej na 20-tu formatach. O ile czas realizacji zadania trudno było skrócić w sposób znaczący, o tyle nadprodukcja formatów rysunkowych nie przedstawiała wielkich trudności. Oczywiście, bazą wszystkiego było umiejętne „ustawienie” systemu, który określał, lub inaczej, „wyceniał” wstępnie czas i ilość formatów niezbędne dla zrealizowania danego zadania. Ale to również zostało opanowane i działało w dobrą stronę.

Dzięki tym wszystkim zabiegom i wytężonej projektanckiej pracy także w rysowaniu dodatkowych formatów, zarobki w biurach projektowych biły wszystkie inne w naszej demokratycznej rzeczywistości. Moja pensja w fabryce, wynosiła około 1900 złotych miesięcznie, a po przejściu do Biprofarmu podskoczyła natychmiast i to bez żadnego z mojej strony wysiłku, do 4000–5000 złotych. To było już „coś”, co podnosiło moją „stopę życiową” na znacznie wyższy schodek.

Rezultaty tego wzbogacenia stały się wkrótce widoczne, gdyż przesiadłem się z gładkich szyn tramwajowych na wyboiste asfalty i „kocie łby”, zakupując za 6500 złociszów z drugiej reki, gdyż nie miałem szans na przydział, znakomity motocykl marki WFM produkcji krajowej. Po zespawaniu nadpękniętej ramy elektryczną spawarką, czego dokonałem sam, gdyż specjalista odmówił pod pretekstem, że zbiornik może wybuchnąć, po zdemontowaniu i zmontowaniu na nowo wyczyszczonych części, „motor” wyglądał jak nowy. Jakaż była rozkosz móc wreszcie „zasuwać” motorem na treningi, z kolegą Jurkiem na tylnym siedzeniu. Bowiem cztery konie mechaniczne, drzemiące teoretycznie w jednocylindrowym silniku 125 centymetrów sześciennych, wprawiały nas w oszałamiającą szybkość (też teoretyczną) 50 km,/godz., ale bez jakiegoś wiatru z naprzeciwka.

To była pycha i otwarte szeroko wrota do swobodnego poruszania się po całej Polsce i nie tylko! W półtora dnia dojechałem do Gdyni, w dzień do Poznania na targi, w dwa dni do Tatrzańskiej Łomnicy na Słowacji. Co prawda, pięćdziesiątkę motor osiągał z wkręconym „do dechy” gazem, ale przy tym silnik grzał się już nieprzyjemnie, motor się „krztusił” i całość musiała zatrzymywać się w przydrożnym rowie na półgodzinny ochładzający odpoczynek. Nawet wiatr i deszcze nie były nieprzyjemne, gdy czuło się pod sobą drżące od pełnej mocy spartańskie siedzenie wuefemki. Choć były i problemy. Często z niewiadomych przyczyn motor nie chciał zapalić z rozrusznika „kopanego” nogą i trzeba było próbować go uruchomić z „pychówki”, biegnąc dziesiątki czy setki metrów obok pchanej kapryśnej maszyny. Lecz najgorszym zjawiskiem były zupełnie niemożliwe do zapobiegnięcia częste wywrotki. Trochę deszczu, lekkie hamowanie, zbyt ostry skręt, rozsypany piasek czy szyny nie na poziomie jezdni, powodowały częste upadki, do których trudno mi było się przyzwyczaić.

Toteż kilka lat później, chyba w 1963 roku, gdy zarobki moje doszły do 6000–8000 złotych z premią, zdecydowałem się wstąpić do kategorii ludzi uprzywilejowanych posiadaniem własnego samochodu albo inaczej, dla zblazowanych, swojej własnej „maszyny”! W moim przypadku była to Syrenka z trzycylindrowym silnikiem dwusuwowym lub „dwutaktem”, na którą, dzięki skomplikowanym znajomościom, udało mi się otrzymać przydział na zakup ratalny. Cena takiego egzemplarza z przydziału była 76 000 złotych (Warszawa kosztowała około 100 000), ale na czarnym rynku ten sam egzemplarz kosztował znacznie więcej. O ile fakt posiadania motoru wyniósł mnie w hierarchii niebieskiej z piekła do czyśćca, to posiadanie samochodu wprowadziło mnie prosto do raju.

Tym razem nic nie stało na przeszkodzie, by ruszyć w szeroki świat, który w postaci KDL-ów otworzył się przede mną na oścież! NRD, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Jugosławia, ale już bez Albanii, która wtedy zaczęła coś kręcić przeciwko obozowi pokoju. Wszystkie te nasze, na zawsze bratnie, republiki mogłem wreszcie zwiedzić indywidualnie, bez konieczności czekania na zaproszenie jakiegoś klubu. Po prostu składałem podanie o paszport, wypełniając starannie i bez opuszczeń wszystkie rubryki czterostronicowego formularza A4, w trzech egzemplarzach wypełnianych oddzielnie i bez kalki. Oczywiście pochodzenie społeczne, rodzina za granicą, pochodzenie i zawód rodziców oraz nazwiska dziadków, wszystko musiało być wypełnione czytelnie, a przed przyjęciem sprawdzone i zaakceptowane przez pana lub panią w schludnym pokoiku w Pałacu Mostowskich.

Zwykle w miesiąc później, po otrzymaniu oczekiwanego paszportu, rozpoczynałem procedurę otrzymania zezwolenia na wymianę ustalonej kwoty na walutę kraju naznaczenia. Tu już nie było problemów, ale wymieniona kwota była z reguły tak mała, że wystarczała z trudem na zakup tam benzyny. Resztę, to znaczy: namiot do spania, żarcie na dwa tygodnie, liczne „prezenty” do sprzedania na miejscu, trochę „ciuchów” i ubezpieczenie się adresem kogoś, kto by w razie potrzeby…, było już proste do załatwienia. A potem, zwykle w karawanie samochodowej razem ze znajomymi, ruszało się wreszcie w nieznane.