Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Po dwóch latach spędzonych na bardzo rannym wstawaniu z łóżka, ale całkowicie kompensowanym świadomością, że byłem w pierwszej linii walczących o zbudowanie lepszego jutra, bo w fabryce, bo z robotnikami, zacząłem się zastanawiać, czy by nie przesunąć się do drugiej linii, a może nawet jeszcze bardziej do tyłu. Ta głęboka refleksja zaczęła się od spotkania z moim kolegą z roku, Andrzejem, który wybrał może mniej awangardową, lecz lepiej płatną pracę w jednym z biur projektowych, bardzo licznych w epoce budowy socjalizmu od zrębów.

Andrzejka znałem dobrze już od początku studiów, gdyż jeździliśmy na święta do domów tym samym pociągiem, ja do Płońska, a on dalej, do Rypina. Był moim bookmakerem w akademiku, członkiem kwartetu śpiewnikowego w Drawsku i częstym współorganizatorem różnych udanych wypraw w tak zwaną „siną dal”, czyli w nieznane. Był ciekawą postacią, w której współmieszkały: wyjątkowa grzeczność i uczynność, niemało pracowitej zdolności i spora doza nieumiejętnie gospodarowanej ambicji. Chcąc piąć się wyżej w wykonywanej pracy, nie umiał wykorzystywać odpowiednich „podpórek” tak, aby mniejszym wysiłkiem dojść do zamierzonego celu. To chyba powodowało, że spalał swoją energię życiową zbyt szybko, co być może, stało się powodem jego bardzo przedwczesnej śmierci.

Otóż Andrzej, słysząc o mojej katorżniczej dyscyplinie pracy, niewielkim zarobku i „sitwie” kierowniczej nie mógł się nadziwić obcemu mojej naturze brakowi inicjatywy, aby to wszystko ulepszyć. Ponieważ byłem świadom, że czas najwyższy przyszedł, bym zmienił klimat pracy, toteż wysłuchawszy go szybko podjąłem decyzję. W Biurze Projektów Przemysłu Farmaceutycznego, gdzie pracował Andrzej, poszukiwano pilnie inżynierów-projektantów dla uruchomienia produkcji nowych środków medycznych, bardzo deficytowych na polskim rynku. Złożyłem podanie, poszedłem na rozmowę z „kadrami”, gdyż tak wówczas nazywano dyrekcję personelu i po krótkim namyśle z ich strony otrzymałem potwierdzenie, że zostałem przyjęty na stanowisko projektanta z pensją zasadniczą 2200 złotych plus premia. Nie muszę dodawać, że bez żalu pożegnałem się z Żeraniem i z moją niespełnioną nadzieją na zrobienie zaszczytnej kariery w przemyśle.

Chyba nie będzie tutaj od rzeczy mała refleksja, którą nasunęło mi pierwsze zetknięcie się z realiami życia zawodowego, w rezultacie podjęcia pracy po ukończeniu studiów na Politechnice. Jak już wspomniałem, w owym czasie obowiązywał system nakazów, które dawały absolwentowi ograniczoną możliwość wyboru pracy w zakładach wymienionych na krótkiej liście dostarczonej im przez rektorat. Innej możliwości nie było, a w przypadku ewentualnej odmowy, świeżo upieczony inżynier musiał opłacić bardzo wysoki koszt całych studiów i poddać się innym, trudnym do przewidzenia wymogom obrażonych władz. Ale właśnie tutaj odkryłem wkrótce coś, co mi nie pasowało do ustalonego w moim pojęciu porządku rzeczy.

Opuszczając uczelnię byłem przekonany, że całe społeczeństwo czeka na naszą wiedzę, że dzięki niej będziemy mogli pomóc innym, coś ulepszyć, coś podnieść na wyższy poziom, jednym słowem, że jesteśmy tymi, którzy mają zmienić na lepsze to, co nas otaczało. Doświadczenie z okresu próbnego na Żeraniu i dalszej tam pracy szybko dało mi poznać inną rzeczywistość. To nie my mieliśmy zmieniać otaczający świat, który wcale na to nie czekał, a odwrotnie, to on wymagał, byśmy weszli w istniejący system, jeśli chcieliśmy współistnieć z nim w pokoju. Czy byłem tym rozczarowany? Chyba tak, a raczej na pewno tak, bo wizja mojej przyszłej roli w społeczeństwie zmieniała się radykalnie. Lokomotywa, która wyruszyła ze stacji uczelnianej, aby powoli, lecz zdecydowanie pociągnąć za sobą innych i nabierać wspólnie z nimi szybkości, nagle zamieniła się w ciągnięty przez inne lokomotywy wagon, może trochę ulepszony, może bardziej nowy, ale ciągle biernie jadący za resztą.

Czy to zaakceptowałem? Nie, na pewno nie, ale świadomie odłożyłem moją wizję modernizacji istniejących struktur na później. Może do czasu, kiedy moje doświadczenia pozwolą bardziej racjonalnie wykorzystywać wiejący wiatr dla jej łatwiejszej realizacji. Na razie postanowiłem nie tracić sił, by bić się z przeciwnym wiatrem bez żadnej pewności sukcesu. Nie czułem powołania do roli don Kichota, choć była ona szczera i majestatyczna. Lecz rola Sancho Panchy też mi nie odpowiadała, była zbyt przyziemna i trudno było być zadowolonym z życia, w którym nie miałbym marzeń do spełnienia!

Drugim, może nie rozczarowaniem, ale niezrozumieniem, które również odkryłem później, było to, że niektórzy z nas otrzymali skierowania do zakładów, których nie było na proponowanej dla wszystkich liście. Więcej. Przyjęci tam do pracy prawie natychmiast dostawali stanowiska kierownicze, mimo braku jakiegokolwiek stażu pracy, braku doświadczenia. Ponieważ byli to przeważnie studenci, którzy okres nauczania przeszli z trudem, pojawiło się pytanie: w naszym demokratycznym systemie równouprawnienia, gdzie zdolność i praca były jedynymi kryteriami, które decydowały o karierze zawodowej, było li inaczej? A wiec w tej równości jedni z nas byli bardziej równi niż drudzy?

Powoli odkrywałem świat realny, nie ten wyidealizowany przez cnotliwe zasady, głoszone na wykładach, w prasie, w przemówieniach, lecz ten, z którym miałem żyć i pracować na co dzień, świat inny, o którym nikt nie mówił, lecz który mnie otaczał, i którego nie mogłem zmienić. Musiałem go zaakceptować w formie takiej, w jakiej istniał, lecz w mojej świadomości nie oznaczało to wcale, że go zaadoptowałem. Tym niemniej, stwierdzenie tego dualizmu wywoływało następne pytanie: jak się zachować, jaką przyjąć postawę wobec otaczających mnie wymogów, by nie stanąć w miejscu, by móc się rozwijać, korzystać w sposób rozumny z istniejących możliwości.

Również w mojej świadomości filozofia istnienia zaczynała powoli przyjmować konkretne formy, może jeszcze nie w pełni wyraźne, lecz już dobrze określone w swoich zarysach. Byłem już pewien jednego, że w systemie społecznym, w którym miałem żyć długo jeszcze, nie będę bił się z wiatrakami dobrze ustawionymi w kierunku wiejącego wiatru, jak również nie będę biczował się w samotności dla odkupienia grzechów popełnionych przez innych. Resztę postanowień odnośnie wyboru mojej drogi życiowej odłożyłem na później.