Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Nie zawsze problemy na przejściach granicznych były związane z niepożądaną dla nas reakcją celników na widok naszych bagaży. Bywało niekiedy, że my sami byliśmy przyczyną naszych kłopotów. Było to może związane z brakiem odpowiedniego przygotowania sportowców do wypełnienia ich roli w handlu międzynarodowym Nie tylko bowiem nie otrzymaliśmy wstępnego przeszkolenia na jakichś kursach w SGPiS-sie, ale brak jakiejkolwiek informacji w formie pisemnej nie pozwalał nam przyswoić sobie techniki handlu metodą wieczornego samokształcenia. W tej sytuacji nie można się dziwić, że pewne akcje sportowych handlowców nie były racjonalnie przygotowane. Jako przykład może posłużyć jedna z naszych wypraw sportowych do Bułgarii w końcu lat pięćdziesiątych.

Znów poufny biuletyn z MAI potwierdził znaną nam wcześniej wiadomość. Dla eksportu do Bułgarii nie było lepszego towaru niż zegarki marki Rühla, produkowane w NRD! Dzięki tej sprawdzonej już informacji wszystkie sklepy jubilerskie w centrum Warszawy zostały dosłownie ogołocone z czasowego towaru, ponieważ każdy z nas wprowadził ten artykuł jako podstawową pozycję do swej oferty eksportowej.

Jeden z naszych kolegów, nazwijmy go Bodzio, zwartej budowy i średniego wzrostu, miał w moich oczach opinię mało rozrzutnego i często niedowierzającego innym. To na pewno nie były złe cechy w naszym trochę egoistycznym światku klubowym. Nie znając gry w brydża, dodatkowy czas wolny w czasie wyjazdów poświęcał nadgorliwej gadatliwości, wyjaśniając przypadkowym słuchaczom zawile i monotonnie swoje prawdziwe czy urojone problemy.

Spotkanie całej ekipy w dniu wyjazdu na Dworcu Głównym, było okazją do wymienienia ostatnich informacji na tematy handlowe. Dotyczyło to rodzaju zakupionych towarów, ceny ich zakupu, ceny sprzedaży, ale przede wszystkim ocenę użytych sposobów, dla przewiezienia zakupionego towaru przez kilka granic, które mieliśmy do przebycia. Było to również niezwykle ważne, albowiem zwyczaje celników, nawet w krajach tranzytowych, mogły okazać się fatalne dla naszych pakietów walutowo-wymiennych.

Po zakończeniu omawiania spraw związanych z naszą działalnością odpowiedzialnego komiwojażera wyspecjalizowana ekipa gry w karty przystąpiła do przygotowania miejsca pracy dla działalności brydżowej. Dwie walizki ustawione między siedzeniami w przedziale wagonu, spełniały rolę stołu brydżowego i zapewniły komfort gry zbliżony do normalnego. Było to konieczne z uwagi na długi czas trwania podróży. Pierwsza czwórka zasiadła wkrótce do gry, aby w skupieniu i niezbędnej ciszy oddać się emocjom inteligentnych licytacji i błyskotliwych rozgrywek.

Niestety, niezbędnie potrzebna cisza była zakłócana radioodbiornikiem Bodzia, noszącym botaniczne imię „Szarotka” i emitującym nadobne polki i oberki w wykonaniu orkiestry wiejskiej „kapelmajstra” Wesołowskiego. Był to pierwszy przenośny aparat na rynku krajowym, zasilany przez baterie, prawdziwy szczyt techniki na ówczesne czasy, bo wyposażony aż w trzy tranzystory. Zdaniem Bodzia jego SP w Bułgarii było nie do pobicia przez inne artykuły. Na nasze usilne nalegania właściciel zgodził się zmniejszyć siłę głośnika na tyle, by mógł jeszcze rozróżnić wydobywajace się z niego, mało melodyjne „Uha-ha!” Ale to wyciszenie okazało się nie wystarczające, gdyż z plastikowej obudowy „Szarotki” zaczął wydobywać się inny, biorący górę nad muzyką, monotonny dźwięk: tik-tak, tik-tak!

Brydżyści, nie mogąc się skupić na grze, zażądali wyjaśnień! Bodzio zaczerwieniony kręcił się niespokojnie, podkręcając jednocześnie siłę muzyki tak, by zagłuszyć dziwne dźwięki. Na koniec, gdy groźba wyrzucenia go z przedziału stała się realna, przyznał pokornie, że popełnił małą nieostrożność. Mianowicie, będąc podejrzliwy z natury, nakręcił zakupione zegarki w sklepie, by sprawdzić, czy „chodziły” i czy sprężyny dobrze trzymały! A że było ich dwadzieścia sztuk ulokowanych we wnętrzu „Szarotki”, ich sumienne tykanie, mimo niezgrania rytmu było wystarczająco silne, aby celnik, nawet bez słuchu muzycznego, mógł się nim zainteresować. Żadne sposoby Bodzia, jak owijanie zegarków w papier toaletowy (nota bene ciągle deficytowy) czy watę nie pomagały stłumić ich tykotu, więc zrezygnowany, postanowił na czas napiętych sprężyn, stać się melomanem muzyki radiowej.

Bowiem Rühle, „sztancowane” taśmowo na prasach i wyposażone w „buksy”, w których kręciło się wszystko, co miało się kręcić, aby dawać precyzyjny czas, były znane z głośnego „chodzenia” swych mechanizmów. Ich dźwięk nie był nieprzyjemny i podobno nawet niemowlęta zasypiały przy nim znacznie szybciej niż przy słuchaniu tradycyjnych melodii, nuconych im przez opiekuńcze mamy!

Mimo wyrażonej przez sprawcę skruchy, nie mogliśmy dopuścić, by jego nieostrożność zachęciła celników do spenetrowania również naszych walizek, więc po dyskusji trochę ożywionej, Bodzio dostał polecenie wyniesienia „Szarotki” z przedziału, co też uczynił lekko nadąsany. Dopiero po przejechaniu granicy bułgarskiej powrócił z niezmienioną liczbą Rühli, ale przez zemstę nie zdradził nam miejsca, gdzie je „zadekował” na czas podroży.

Mimo szczęśliwego dotarcia do Sofii, nasze problemy z buksiakami nie były wcale zakończone. Inny Jurek, jeden z bardziej energicznych handlowców z naszej grupy, poinformował mnie poufnie, że w czasie przechadzki w pobliskim parku znalazł kupującego i że z Bodziem postanowili dostarczyć mu hurtowo całą ilość posiadanych buksiaków. Proponował również, aby Woreczek dołączył do transakcji, gdyż jego kontakt był gotów wziąć po dobrej cenie również zegarki przywiezione przez innych. Dyrekcja Woreczka nauczona leningradzkim doświadczeniem uznała, że sprzedaż „outside” hotelu przedstawiała ryzyko nie do przyjęcia i podzieliła się swoimi wątpliwościami z „ryzykowną” dwójką. Ich decyzja była jednak nieodwołalna, tym bardziej, że wczorajszy kontakt z parku wyglądał i zachował się jak uczciwy klient. Kupił im winogrona, powiedział, że nie wolno ich jeść nie umytych i nawet poszedł szukać wody w tym celu. Taki uczynny człowiek nie mógł być oszustem! Był to argument nie do podważenia, wobec czego przewidziana transakcja miała się odbyć nieodwołalnie w parku, następnego dnia po obiedzie.

Zostałem wydelegowany, aby towarzyszyć naszym kolegom jako specjalista obserwator, ale bez towaru, jeśli nie liczyć jednego zegarka na ręce i jednego w kieszeni dla celów demonstracyjnych. Zgodnie z ustalonym strategicznym planem akcji Jurek, zaopatrzony w połowę buksiaków, miał spotkać się sam na sam z kontaktem. Dopiero po zainkasowaniu odpowiedniej sumy i szczęśliwym powrocie do hotelu, Bodzio miał już spokojnie powędrować przetartą ścieżką z następną partią towaru. W trzecim etapie spółdzielnia Woreczek wkraczałaby do akcji zachowując te same zasady ostrożności.

Operacja, nazwana dla bezpieczeństwa „Chronos”, zaczęła się zgodnie z programem. Jurek w pierwszej linii frontu, siedząc na ławeczce parkowej z małą teczuszką obok, spoglądał beztrosko na licznych o tej porze spacerowiczów; my zaś na drugim końcu parku, również na ławeczce, śledziliśmy z uwagą to, co działo się wokół Jurka. Jakiś samotny młodzian, z pewnością oczekiwany kontakt, przysiadł się do niego i zaczął z nim rozmowę. Zaniepokoiłem się jednak, widząc dwóch mężczyzn idących szybkim krokiem w stronę dyskutującego jeszcze Jurka. „Bodziu, zaczyna być śmierdząco! Jurek jest w pułapce! Wychodzimy stąd szybko i oddzielnie!”.

Niestety, Jurek spostrzegłszy nasz spacer w stronę wyjścia, a nie wiedząc jeszcze, że „wpadł”, powiedział coś kontaktowi, pokazując na nas ręką. Okropny błąd, gdyż tym razem byliśmy również „spaleni” i dwóch tajniaków, zmieniając kierunek, ruszyło krokiem kłusaka na torze wyścigowym na nasze spotkanie. Mikrobus czekał na nas przy wyjściu z parku, co było znacznie przyjemniejsze, niż spacer po jezdni pod groźbą strzelby. Tym niemniej sprawa zapowiadała się źle a nawet bardzo źle, sądząc po wyglądzie trzech towarzyszących nam tajniaków. Nie było innego wyjścia, wsiedliśmy do maszyny, która dowiozła nas do komisariatu. W sali przesłuchań, gdzie nas wprowadzono, usiedliśmy na krzesłach, mając przed sobą zapalone lampy skierowane na nasze twarze.

Poprzednie niemiłe wrażenie, że jest z nami źle, przeistoczyło się nagle w absolutną pewność. Jeszcze w mikrobusie zdążyłem uprzedzić kolegów, że nic nie rozumiejąc po rosyjsku milczą lub powtarzają w kółko „Nie ponimaju!”. Na sali postawiono nam kilka pytań i kazano opróżnić kieszenie, czego niestety nie udało się uniknąć. Dwie kupki zegarków i jeden pojedynczy plus trzy paszporty i trochę pieniędzy znalazło się na stole przed nami. Tajny naczelnik oświadczył groźnie, że nasza działalność jest kryminalna, że konfiskuje wszystko, co mieliśmy w kieszeniach, z wyjątkiem oczywiście paszportów, i że pojadą z nami do hotelu, aby w naszych pokojach przeszukać, czy nie ma tam jakiejś schowanej kontrabandy.

Idea pojechania do hotelu nie była w moim guście, bo towar Woreczka był tam zmagazynowany. A ponieważ w sytuacji, w której się znaleźliśmy, byłem jedynym, któremu nic nie mogli zarzucić, postanowiłem zagrać „va bank!”. Podniosłem się i zabrałem mój zegarek ze stołu mówiąc, że będąc punktualnym mam zawsze dwa zegarki ze sobą, na wypadek gdyby jeden z nich się zatrzymał. Poza tym, dodałem, nie mieli prawa mnie zatrzymać dlatego, że spacerowałem po parku i wobec tego wychodzę, by powiadomić naszą ambasadę o zaistniałej sytuacji i o ich zamiarach zrobienia rewizji w naszych pokojach. Dodałem jeszcze w formie butady, że mój drugi zegarek zostawiam im w podarunku na wypadek, gdyby ktoś z nich takowego jeszcze nie miał.

Nie wiem, czy zrozumieli w całości mój polsko-rosyjski monolog, ale na pewno zrobił na nich wrażenie. Tym niemniej, jeden z nich poradził mi, żebym nie udawał takiego „mocnego”, bo to może się źle dla mnie skończyć. Na co odpowiedziałem, że powiadomienie polskiej ambasady jest moim prawem i nie ma znaczenia, czy jestem mocny czy słaby! Zajście zakończyło się dosyć szybko. Za moją poradą Bodzio i Jurek zabrali z kupek po jednym zegarku, by je zawiesić na rękach, wzięliśmy nasze pieniądze, paszporty i już nie niepokojeni przez tajniaków opuściliśmy z ulgą gniazdo prawnych grabieżców. Bo, czego byłem absolutnie pewien, to tego, że łup zegarkowy był na ich wewnętrzny użytek i jedynie groźba skandalu w przypadku powiadomienia ambasady zdecydowała, że nie ryzykowali, wątpliwej, jeśli chodzi o łupy, wizyty w hotelu.

Z tego wydarzenia pozostała mi pewność, że najlepszą odpowiedzią na bezczelność przeciwnika jest „zimna krew” i dobra doza tupetu. Tym niemniej przejścia te pozostawiły mi jakąś nauczkę na dalsze życie. Ta i inne historie przeżyte wśród „sportowej wiary”, pozwoliły mi nabyć doświadczenie prowadzące do lepszego panowania nad sobą, szczególnie przydatne w „gorących” momentach mojej przyszłej działalności międzynarodowego handlowca.

Cóż mogę dodać na zakończenie tych krótkich wspomnień o wydarzeniach, które, nie będąc sportowymi w ścisłym tego słowa znaczeniu, miały za tło to, co uważam za najpiękniejszą pasję mojego życia, pasję uprawiania sportu! Ile radości, koleżeństwa, wzajemnej pomocy było w naszym wspólnym życiu sportowców! Niekończące się treningi, emocjonujące gry i mecze, wyjazdy i obozy za granicą, radość zwycięstw i gorycz porażek były naszym codziennym chlebem przez wiele, wiele lat. Miałem przyjaciół, których bardzo ceniłem i nie myślałem wtedy, że przyjdzie nam się kiedyś rozejść, a z niektórymi i bezpowrotnie. Szczególnie jeden z nich, Jurek, był mi bliższy niż brat, którego nie miałem. Niestety, z nieistotnego powodu przyszło nam się rozstać, mimo ponad 50 lat spędzonych w bliskiej przyjaźni.

Sic transit amnistia, sic transit gloria mundi!