Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Ostatnim etapem, a raczej ostatnią naszą trudnością, na drodze realizacji pełnego cyklu wymian handlowych była konieczność dokonania bezawaryjnego przeniknięcia przez punkt graniczny w strefę polskiego ustawodawstwa. I znów dla ciekawych tych czasów zilustruję ów etap przykładem, kiedy to w towarzystwie swych kolegów znalazłem się pewnego dnia na przejściu granicznym w Brześciu, powracając z kolejnej wyprawy do Moskwy.

Czytelnik, który nie przypomina sobie znaczenia skrótów, przyjętych w standardach działalności handlowej prowadzonej przez sportowców, powinien je sobie teraz odświeżyć, czytając raz jeszcze opowieść odpowiedniego obrazka.

Przed wyjazdem do Moskwy, który miał miejsce chyba w 1958 roku, informacja otrzymana z MAI podawała, że najwyższy SP można osiągnąć importując ze Związku, produkowane tam słynne pończochy kapronowe dla pań (po rosyjsku „czułki”). Był to dosyć daleki ekwiwalent nylonowych pończoch, które były ostatnim krzykiem mody na Zachodzie. Ponieważ „z braku laku dobry i opłatek”, więc zamiast niedostępnych u nas „nylonów”, polski świat modnych pań rzucił się na poszukiwanie „kapronów”. Były one również niedostępne na oficjalnym rynku, ale pojawiały się, choć w skąpych ilościach, w ogólnopolskiej sieci handlowej, ożywianej z wigorem przez podróżujących sportowców.

Po dokładnej analizie z ołówkiem w ręku wszystkich za i przeciw, dyrekcja sp. z o.o „Woreczek” podjęła decyzję o wpisaniu kapronów na listę zakupów jako priorytetowego artykułu do importu ze Związku. Decyzja bowiem nie była wcale oczywista! Zgoda, SP był znakomity, ale pociągało to za sobą również najwyższe RW, a między dwoma należało wybrać, co będzie lepsze. W przypadku możliwych problemów z celnikami na granicy, wynikających z importu towaru dla pań, trudno było szukać wybiegu, wyjaśniając z ręką na sercu: „Kupiłem trochę tego na prezenty, a reszta jest tylko dla moich potrzeb”. Sprawa mogłaby się źle skończyć. Finansowo byłaby to prawie katastrofa, gdyż SI była, jak na nasze możliwości bardzo wysoka, nie mówiąc już o problemie wpisu na „czarną listę”. Toteż ostateczna decyzja w sprawie zakupu kapronów, była dopiero podjęta na podstawie wyników gry w „21”, na palcach czterech rąk. Ponieważ na trzy gry dwie były przegrane, a jedna tylko wygrana, wiec zgodnie z teorią prawdopodobieństwa, gra na kapronach mogła zakończyć się tylko sukcesem! I tak nieodwołalnie Alea iacta est!

Wyprawa na Moskwę naszej drużyny była jak najbardziej udana! Pierwszy etap, graniczny, przeszedł bez jakichkolwiek problemów, drugi etap, rublowy, zakończył się nadspodziewanie dobrze i nawet w sportowej działalności też chyba nie wszystkie mecze przegraliśmy. Toteż w przeddzień odjazdu ze stolicy Kraju Rad, byliśmy uśmiechnięci, rozluźnieni i powoli przygotowywaliśmy się do powrotu w „rodzinne pielesze”.

Dokonanie odpowiedniego zabagażowania zakupów było naszym ostatnim orzechem do rozgryzienia przed odjazdem. Jedyne miejsce, które wydało nam się idealne do transportu „czułek” w drodze powrotnej, były nasze popelinowe płaszcze produkowane przez polski przemysł włókienniczy i wyjątkowo wtedy modne wśród panów. Dla ciepła i komfortu noszenia, płaszcze były wyposażone w podpinki, które w zależności od pory roku można było nosić lub zostawić w domu. Otóż miejsce między podpinką i zewnętrzną popeliną postanowiliśmy „zagospodarować” naszym towarem. Wynikająca z tego korzyść była podwójna. Płaszcz stawał się cieplejszy do noszenia w chłodne dni, a delikatne kaprony w tym prawie idealnym schowku, były zabezpieczone od uszkodzeń. By tego dokonać ostatni wieczór poświęciliśmy na żmudną pracę magazynowania „czułek”. Parę kapronów, delikatnie sczepioną niteczką za czubki palców, przewieszało się przez ramię płaszcza tak, aby spokojnie „dyndała” sobie z przodu i z tylu właściciela. Ten, idąc jak najbardziej naturalnie nie dawał poznać nikomu, że dźwiga na sobie od 100 do 200 par, które później w kraju, podkreślą zadziwiająco ładnie wysmukłą linię nóg, u takiej samej liczby naszych elegantek.

Pomiędzy odprowadzającymi nas oficjelami na Dworcu Białoruskim w Moskwie znalazł się jeden z naszych lokalnych zagorzałych kibiców, chyba Polak, ale mieszkający stale w Sojuzie. Przychodził regularnie na wszystkie mecze, a do szatni przynosił ze sobą, niezależnie od wyniku gry, butelki lemoniady niezbędnej, jak mówił, dla nawodnienia organizmów sportowców. Był wesoły, dawał się lubić i miał jechać do Polski pociągiem razem z nami. Toteż, gdy na dworcu wcisnął każdemu do ręki paczuszkę z zaworami do silników „Pobiedy”, prosząc o przewiezienie jej do Polski, nikt nie miał serca odmówić mu tej małej przysługi. Wyjaśnił nam bowiem, że z przyczyn choroby żony planowana jego podróż odwlekła się na niewiadomo jak długo, a jego przyjaciel z Wybrzeża czekał już na tę przesyłkę na dworcu w Warszawie. Zostałem, jak i inni obdarowany konwojem paczuszki dziwnie ciężkiej, ale nie wypadało mi się pytać, ile sztuk zaworów ona zawiera, tym bardziej, że były one ładnie opakowane i dostarczone w ręcznej siateczce.

Za końcówkę rubli kupiłem na dworcu dwa małe suwaki logarytmiczne, idealne do pracy na uczelni, jak również korale z bursztynu. Oba te raczej niedrogie zakupy pozwoliły mi zlikwidować ostatnie sowieckie środki płatnicze, co zrobiłem z żalem, gdyż były ładnie ozdobione profilem wielkiego Władimira w medalionie.

W Brześciu nad Bugiem przejście granicy dla osób jadących pociągiem do Polski odbywało się w budynku, gdzie każdy po opuszczeniu wagonu musiał przedefilować wraz ze swoimi bagażami najpierw przed celnikami radzieckimi i zaraz potem przed ich polskim odpowiednikiem. To mi było nie na rękę, gdyż w przedziale brak miejsca czynił kontrolę mniej głęboką, co miało znaczenie dla przejrzenia do dna bagażu, podczas gdy kontrola na specjalnej ławie pozwalała na wyjęcie i przeglądnięcie całej zawartości walizki. No, ale tu nic nie można było wymyślić. Stanęliśmy więc grzecznie w kolejce do ław celniczych, by towarzyszyć naszym bagażom, których objętość wyraźnie zwiększyła się w porównaniu z naszą pierwszą wyprawą na Litwę. Ale nie można było się temu dziwić, gdyż w okresie minionych dwóch lat uzupełniający system handlu prowadzony przez sportowców też „dorósł i nabrał rumieńców”.

Celnicy radzieccy po rytualnych pytaniach odnośnie zakupów wyrobów ze złota w Związku i równie rytualnej kontroli wpisanych do deklaracji wjazdowych własnych świecidełek z żółtego metalu, zupełnie nie interesowali się innymi towarami. Ta część „drogi krzyżowej” sportowca na granicy okazała się więc banalną przechadzką, ale druga jej część wydawała się bardziej odpowiadać swojej nazwie. Polskich celników było tylko trzech, pracujących przy oddzielnych stanowiskach, a pokaźny tłumek kandydatów do kontroli napierający od strony radzieckiej, wyraźnie irytował kontrolerów, przywykłych pracować starannie i w skupieniu.

Miałem złe przeczucia, bo nie dość, że „czułki” zebrały się w dwie gromadki na moich ramionach, co psuło mój elegancki wygląd szczupłego sportowca, ale byłem pewien, że kontrolował mnie będzie celnik o wyglądzie najmniej sympatycznym. Suchy, cierpiący chyba na nerki albo żołądek, wyglądał na kogoś mającego o to żal do całego świata. Napisane miał na obliczu, że dzisiaj to na pewno nie jest jego dzień. W pewnym momencie miałem wrażenie, że inny celnik się mną zajmie, lecz, rzecz nie do wiary, jego pasażer po przejściu kontroli zawrócił, by spytać o jakąś informację, co wykorzystał natychmiast jego suchy kolega, aby znakiem ręki zaprosić mnie do podejścia.

„Wszystko pan zadeklarował?”- spytał bezbarwnym, cierpiącym głosem, biorąc do ręki moją deklarację, w której staranie wypełnione rubryki pokazywały jasno, ze ich autor należał raczej do kategorii bezpieniężnego sportowca. Odpowiedziałem, starając się, by mój głos pozostał bardzo naturalny: „Tak, wszystko. Oczywiście wszystko.” Być może w tym momencie miałem w głosie jakiś moment zawahania. Otworzyłem walizkę zgodnie z jego poleceniem, było tam dużo zakupów, lecz wszystkie wpisane do deklaracji o małej wartości i całość nie przekraczała dużo maksymalnej sumy. Miałem jeszcze torbę ręczną postawioną na posadzce, którą popychałem nogą przesuwając się do przodu. W ten prosty sposób chciałem uchronić ją przed wzrokiem celnika bo niestety, zawierała rzeczy dublujące ilości wpisane do deklaracji. W pewnym momencie, by wyjąć coś z walizki, musiałem odstawić siatkę z zaworami, którą trzymałem w ręku. Lekko przejęty postawiłem ją niestarannie obok walizki, którą manewrując, spowodowałem, że siatka spadła z kontuaru na posadzkę, wydając przy tym bardzo, ale to bardzo nieprzyjemny dla mojego ucha, metaliczny dźwięk.

Celnik widocznie też miał czułe ucho, gdyż wychylił się zza kontuaru, aby zbadać przyczynę tego podejrzanego brzęku. Szybko podrywając siatkę, znów nieopatrznie, sprawiłem, że zawory mocno wstrząśnięte tym brakiem poszanowania, rozsypały się na dobre po posadzce, wydając następną serię krótkich, lecz przenikliwych dzwonków. Chyba to one spowodowały, że cierpienia celnika, które miał już wymalowane na twarzy, gwałtownie się powiększyły tak, że stały się widoczne nawet dla mnie. Zagniewany tym coraz bardziej wychylił się jeszcze mocniej, a dostrzegając torbę, wyprzedzającą trochę moje nogi w kierunku wyjścia, spytał ostro, pokazując na nią: „A to, co? To też pańskie?” Nie wiedząc, co odpowiedzieć, próbowałem kontynuować wyjaśnienia na temat gromadki zebranych zaworów: „To jeden pan prosił mnie, żebym te zawory oddał jego rodzinie…”

Takie wyjaśnienie, które niczego nie wyjaśniało, było kroplą przepełniającą czarę cierpień celnika! Spostrzegając jeszcze leżące, choć bezdźwiękowe, suwaki logarytmiczne, też zapomniane w deklaracji, opadł bezsilnie na krzesło. Po chwili milczenia, widocznie niezbędnego dla uśmierzenia swych wewnętrznych cierpień, celnik wydał werdykt nie podlegający żadnej dyskusji: „Ooo! Proszę pana, to jest niedopuszczalne! Pan mnie chciał oszukać. Zrobię panu kontrolę osobistą!”

Zmartwiałem, widząc wyraźnie, jak „czułki” i przyszłe wyjazdy za granicę oddalają się ode mnie w galopie konia wyścigowego. Lecz w momencie, gdy lampka napięcia mojego stanu nerwowego świeciła już w karmazynie, ktoś zawołał do mojego celnika: „Franek, telefon do ciebie!”. Celnik, mając na oku klienta pełnego rzeczy nieznanych, wolał zostać na miejscu: „Powiedz, że zadzwonię później”. Lecz głos od telefonu nastawał dalej: „Chodź natychmiast, to komendant z Warszawy!” Tu Franek, chcąc nie chcąc, nie miał innego wyjścia jak pójść do telefonu. Nie wiedząc, ile czasu mu to zajmie powiedział do kolegi: „Bartek, zastąp mnie. Tego pana trzeba skontrolować!”

Bartek, uśmiechnięty, prawdopodobnie dobrze najedzony, sądząc po jego wypukłych kształtach i wyraźnie zadowolony z życia, podszedł i zwrócił się do mnie: „Co tam u pana?”. Korzystając z tej nieoczekiwanej dla mnie zamiany celnej warty, pchnąłem zdecydowanym ruchem nogi torbę tak, że wylądowała u stop Jurka, który przechwycił ją przytomnie, a będąc już po kontroli „spłynął” szybko na zewnątrz. Ochłonąłem trochę, może się uda; wyjaśniłem więc bardziej spokojnie: „Pana kolega miał skontrolować, czy za te zawory muszę zapłacić cło”. „Ile tego pan ma?” „Niedużo!”. Przeliczyliśmy. Było ich dużo, ale Bartek nie miał zamiaru robić mi przykrości i sobie kłopotu, tym bardziej, że pociąg po wymianie osi na mniejszy rozstaw szyn, wpadł już w niedoczas rozkładowy. „A co pan tam jeszcze ma?” Brnąłem dalej w zmniejszaniu mojej wartości: „Mam jeszcze dwa suwaki, dla mnie i dla brata”. Machnął ręką i rzucając przez ramię, gdyż spieszył się do swojego stanowiska: „To niech pan zapłaci… No dobrze, niech pan zapłaci za wszystko… dwieście złotych cła!” Odetchnąłem, to nie była duża suma. A wiec udało się! Popędziłem jak strzała do kasy, aby opłacić tę sumę i mieć problem z głowy!

Raz jeszcze szczęście stało wiernie obok mnie. A może to nie było szczęście, tylko po prostu nie miałem pecha? Toteż zamiast szukać odpowiedzi na pytanie, które i tak nikogo nie interesuje, pozwolę sobie przytoczyć tutaj anegdotę, która wydaje mi się pasuje bardzo do tego tematu.

Mordechaj mający lata, które się już liczą, leży na łóżku bardzo chory. Obok niego siedzi żona Sara i trzyma go za rękę.

- Sara, moja wierna Sara! Pamiętasz, jak nas gnali do getta? Ty też byłaś przy mnie?

- Tak, Momo. Byłam i trzymałam cię za rękę!

- A jak wywozili nas do obozu? Ty też byłaś przy mnie?

- Tak, Momo. Byłam i trzymałam cię za rękę!

- A jak w 46 zabrano nam kamienice i sklep delikatesowy? Ty też byłaś przy mnie?

- Tak, Momo. Byłam i trzymałam cię za rękę!

Momo odkrywa jeszcze, że i w innych fatalnych dla niego okolicznościach jego wierna żona Sara była zawsze przy nim obecna.

- A teraz, gdy może umrę, ty jesteś przy mnie?

- Tak, Momo. Jestem i trzymam cię za rękę!

Momo nagle siada na łóżku i głosem pełnym przerażenia mówi do niej:

- Ty mnie więcej nie trzymaj za rękę, ty sobie odejdź ode mnie! Ja teraz już wiem, ty mi przynosisz pecha!

Tak. Bywa, że trzeba całego życia, ażeby uświadomić sobie istnienie pewnej prawdy, mimo że niekiedy obcowało się z nią na co dzień!