Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Znalezienie się w kraju docelowym było dla nowo upieczonego pomocnika ministra handlu zagranicznego przebrnięciem tylko pierwszego etapu na trudnej drodze do sukcesu.

Drugim bowiem etapem, i wcale nie mniej ważnym, była jak najkorzystniejsza wymiana przywiezionych artykułów na środki pieniężne, a te z kolei należało zainwestować zgodnie z analizą przedwyjazdową w artykuły przeznaczone na rynek krajowy. Była to praca odpowiedzialna i najeżona mnóstwem nieprzewidzianych wcześniej problemów, tym bardziej że należało ją wykonać w czasie wolnym od sportowych występów, od przyjęć i zwiedzań, oficjalnie organizowanych przez goszczące nas kluby.

Dodatkowym utrudnieniem naszej działalności ekonomicznej u bratnich narodów był brak oficjalnego uznania jej przez władzę, a co za tym szło, organy porządkowe otwarcie były jej przeciwne. Również brak sieci zbytu czy punktów legalnej sprzedaży dostarczonych artykułów narażał nas na kontakty z osobami, których poczynania nie zawsze były lojalne, a zamiary często nieuczciwe. Wynikłe sytuacje okazywały się czasem tak wyczerpujące, że gdyby nie legendarnie mocne nerwy sportowców, mogłoby to nawet odbić się niekorzystnie na wynikach rozgrywanych meczów. Toteż w celu kompleksowego zaznajomienia Czytelnika z tym problemem, znanym dzisiaj tylko dociekliwym badaczom tamtych czasów, pozwolę sobie opisać tutaj jeden z takich gorących, pełnych emocji dni, jako ilustrację naszej trudnej i niewdzięcznej pracy.

Działo się to w czasie jednego z naszych sportowych wyjazdów do Leningradu. Miasto-muzeum, miasto przepięknej architektury, licznych kanałów, pamiątek przedrewolucyjnych i tych z krwawych dni z jakże wymownym ich symbolem, stojącym przy nadbrzeżu i ciągle gotowym do akcji krążownikiem „Aurora”. Ale równocześnie miasto, które mimo nazwania go imieniem ojca rewolucji, zachowało trochę swej tradycyjnej rezerwy w stosunku do władzy sowieckiej. Może to było przyczyną, że ta z kolei zapominała często o konieczności konserwacji czy o zwykłych remontach, niezbędnych dla sypiących się powoli jej „skarbów”.

Zamieszkaliśmy w hotelu raczej nędznawym, po kilku w pokojach, które dla potrzeb reklamy przywiezionych artykułów zamieniały się często w sale wystawowe. Starannie na łóżkach spełniających role witryn wystawowych były rozłożone artykuły, które klienci, ostrożnie przeniknąwszy pojedynczo do pokojów, mogli podziwiać, dotknąć, rozwinąć, ewentualnie przymierzyć. W wypadku, gdy chodziło o przymiarkę atrakcyjnego modelu przez jakąś damę, sprzedawca-właściciel, aby nie krępować jej zrozumiałej wstydliwości, w jakimś delikatnym momencie przymiarki, oczywiście spuszczał skromnie oczy. Wizyty takie prowadziły szybko do zadawalającego obie strony rezultatu, ponieważ jakość artykułów była znakomita, a przy zupełnym braku ekwiwalentów na lokalnym rynku, zakup nabierał cech wyjątkowej okazji. Mimo braku reklamy o przywiezionych kolekcjach klientela zakupowa była o tym dobrze poinformowana. Być może było to zasługą dyżurnych dam na piętrach noszących swojsko brzmiące imię etażnej, które, jak w każdym sowieckim hotelu, miały swój „punkt widzenia” położony w strategicznym miejscu korytarza, skąd można było dojrzeć wszystkie wejścia do gościnnych komnat.

Po zakończeniu jednego z naszych meczów rozgrywanych w ogromnej sali sportowej, wypełnionej widzami, dopingującymi z równą namiętnością efektowne zagrania każdej z drużyn, Julo szepnął mi do ucha, że miał dobry „kontakt”. Dwaj hurtownicy, gotowi byli wziąć „w ciemno” całość naszej kolekcji sportowej, przy czym ceny, które proponowali za zakup, były wyjątkowo wysokie. Nasz współlokator Jacek, który był w pobliżu, słysząc nasze szepty, zadeklarował również swoją gotowość przyłączenia się do przewidywanej transakcji ze swoją oryginalną kolekcją mody bieliźnianej dla młodych dziewcząt. Poinformowani o dodatkowej ofercie, nasi hurtownicy wyrazili zgodę na wzięcie wymienionej kolekcji po cenach napisanych przez Jacka na kartce. Trochę mnie to zdziwiło, gdyż nie widzieli kolekcji i początkowo ich zainteresowanie ograniczało się tylko do artykułów sportowo-męskich.

Po powrocie do hotelu odbyliśmy z moim przyjacielem Jurkiem naradę, aby wspólnie zadecydować o ewentualnej transakcji. Taka decyzja kolegialna była niezbędna, gdyż wcześniej zjednoczyliśmy „50 na 50” nasze zdolności i trochę pieniędzy w spółdzielni produkcyjnej (magiczne słowo, ówcześnie bardzo modne) dla obrotu produktami eksportowo-importowymi, nazwanej przez nas „Woreczek”. Ustaliliśmy, że hurtowa oferta zakupu naszej dostawy jest zadowalająca i że mam w imieniu spółdzielni zająć się zrealizowaniem tej wielce ważnej dla nas operacji, bowiem dotyczącej całości naszej inwestycji (w skrócie SI).

Następnego dnia po śniadaniu i oddaniu kluczy portier w drzwiach był na pewno zdziwiony, widząc trzech gości opuszczających hotel z pękatymi walizkami w rękach, ładujących się z nimi z wielkim trudem do jednej z oczekujących na postoju taksówek. Daliśmy kierowcy kartkę z adresem zostawioną Julowi przez wczorajszy kontakt, obiecując mu dobry napiwek, jeśli dostarczy nas szybko we wskazane miejsce. Czas bowiem naglił, gdyż po obiedzie program przewidywał dla całej sportowej ekipy zwiedzanie „Pietropawłowskiej kreposci”, które absolutnie chcieliśmy „zaliczyć”. Wydawało mi się, że mimo trochę krętej jazdy taksówki byliśmy ciągle niedaleko od hotelu i chyba jeszcze w centrum miasta, gdyż dom pod wskazanym adresem był podobny do innych zabudowań w tej okolicy.

Po przejściu bramy i zaśmieconego podwórka oraz wdrapaniu się po źle utrzymanej klatce schodowej na pierwsze piętro zapukaliśmy do drzwi mieszkania, gdzie mieli czekać nasi hurtownicy. Okazało się, że adres był prawidłowy, gdyż w otwartych drzwiach pojawił się jeden z Jula znajomych, a widząc nas położył palec na ustach i sprawdził, wychylając się na klatkę schodową, czy nikt za nami nie idzie. Uspokojony, bo nikogo nie dostrzegł, gestem ręki zaprosił nas do środka i natychmiast zamknął drzwi na „trzy spusty”. Mieszkanie wyglądało niechlujnie, podobnie jak reszta budynku; było niewielkie i poza stołem z krzesłami, szafą ścienną, łóżkiem i brudnymi ścianami nic innego nie zawierało. Nasi gospodarze przedstawili się jako Michaił i Wiktor, co nam w pełni wystarczyło i nie tracąc czasu wskazali miejsca, gdzie mieliśmy rozłożyć do obejrzenia elementy naszej oferty. A było ich dużo i sam się dziwiłem po ich wypakowaniu, jak to wszystko mogło się zmieścić w ograniczonej skądinąd objętości naszych walizek.

Rozkładanie towaru trwało już dobrą chwilę, gdy nagle rozległ się mocny stuk do drzwi wejściowych. Michaił dziwnie spojrzał na Wiktora, a potem zapytał z ociąganiem, kto puka. Odpowiedz była krótka i przejmująco nieprzyjemna: „Milicja!” Takiej odpowiedzi widocznie nikt nie oczekiwał, ale następująca po tym anonsie reakcja wspólników była również nieoczekiwana. Bowiem bez słowa Wiktor chwycił krzesło, przystawił je do szafy ściennej i wchodząc na nie otworzył rodzaj pawlacza zakamuflowanego ponad szafą. Podbiegający Michaił podstawił mu swoje ramiona, z których Wiktor usiłował bez sukcesu ulokować swe niezbyt prężne ciało wewnątrz otwartego na oścież pawlacza. Jednak mimo wspólnych wysiłków, Wiktor, nawet po skompresowaniu, był objętościowo nie do upchania. Pukania stały się natarczywe, przeszły w walenie, a głos zza drzwi nakazywał coraz bardziej stanowczo: „Otkrywat! Otkrywat sroczno!”.

Nam, obserwującym w bezruchu scenę jak z niemego filmu, rozgrywającą się przed oczami, wcale nie było do śmiechu. Widziałem przerażoną minę dziwnie bladego Jacka, Julo chwyciwszy się rekami za głowę, z przygryzioną dolną wargą miał wygląd małego chłopca, spostrzegającego nagle przed sobą widmową zjawę w tunelu okropności. Ja sam poczułem się dziwnie osłabiony, tym bardziej, że dwaj mimicy, widząc, że operacja wyeliminowania Wiktora z ekipy skończyła się fiaskiem, ruszyli w stronę drzwi, by otworzyć je przedstawicielom władzy. Tych było trzech, wkraczających pospiesznie do pokoju, dwóch w cywilu i jeden w mundurze trzymający w ręku karabin, z lufą skierowaną jednak do ziemi. Taki widok był nie tylko nieoczekiwany, ale również przerażający!

Jeden z cywilnych podszedł do zdających się miejscowych, wziął od nich dokumenty, które ci wyjęli na jego żądanie, po czym wywiązała się miedzy nimi krótka dyskusja. Drugi zażądał od nas tego samego, lecz gdy po polsku odpowiedzieliśmy, że paszporty nasze zostały w hotelu, nie nalegał, tylko pokazując ręką kazał nam zebrać do walizek rozłożone wszędzie towary. Łatwiej było nakazać niż wykonać. Z dużego zdenerwowania żaden z nas nie mógł złożyć swoich rzeczy, a jeszcze mniej upakować je w rozłożonym stanie w walizkach. Całość bowiem przybrała nagle na objętości i przeładowane walizki ani rusz nie dawały się zapiąć. Przynaglani ruchami ręki i jakimiś słowami, aby wychodzić z mieszkania, wzięliśmy w końcu nie zapięte walizki pod ramiona i z trudem zaczęliśmy schodzić po schodach. Jakaś głowa wyjrzała zza drzwi innego mieszkania, lecz widząc mundurowca z „gwintówką” pod pachą, dowodzącego grupą podejrzanych „szmuglerów”, szybko wycofała się do środka i tylko głuchy trzask zamykanego zamka w drzwiach, świadczył, że ciekawość jej zamieniła się w trwogę.

Dwóch cywilów zostało widocznie w mieszkaniu, aby dotrzymać towarzystwa naszym znajomym, gdyż znaleźliśmy się na ulicy sami, jeśli nie liczyć naszego strzelca. Ten, widząc, że nie mamy zamiaru mu „zjechać” choćby z uwagi na przeładowanie bagażami, powiesił instrument do strzelania na pasku. Ale by nie zgubić nas maszerujących wśród przechodniów po chodniku, na wszelki wypadek zepchnął nas ręcznie do rynsztoka, wykrzykując „Niet! Niet po dorożkie!” Taki obrazek, przedstawiający trójkę „prestupników” zasuwających gęsiego brzegiem jezdni, bowiem samochodów stacjonujących przy chodniku jeszcze w tym czasie nie wynaleziono, był z całą pewnością niecodzienny. Przechodnie zatrzymywali się na nasz widok, mówili coś niezrozumiałego, ale chyba na naszą niekorzyść, ponieważ niektórzy wygrażali przy tym pięścią.

Julo był w panice! Widocznie jego nerwy sportowca nie wytrzymały emocjonalnego ładunku zajścia i spowodowały, że powtarzał jękliwie w kółko: „Rysiu, co teraz będzie? Co powie nasza ambasada? Splamiliśmy honor sportowców polskich! Boże!”. Widząc, że jego egzaltacja staje się coraz większa, i że coraz mniej nad nią panuje, z wrodzoną sobie delikatnością pomogłem mu radą: „Zamknij się! Niech cię o to głowa nie boli, to moja sprawa!” Na szczęście komisariat milicji nie był daleko. To nas uchroniło nie tylko przed dalszymi lamentacjami Jula, ale i oswobodziło od niektórych przechodniów, którzy widząc powiewające z półotwartej walizki Jacka, elementy kolekcji bielizny dla panienek, towarzyszyli nam na tej „cierniowej” drodze, idąc jednak po chodniku.

Nasze przejście przez komisariat do pokoju zeznań, też nie pozostało niezauważone; szczególnie milicjantki wydawały się trochę tym poruszone, ale być może było to tylko moje złudzenie. W obszernym pokoju siedzieliśmy obok odkrytych waliz, czekając na dalszy ciąg wydarzeń, pod czujnym okiem naszego strzelca stojącego przy drzwiach, ale już bez „orużja”. Julo znów zaczął wchodzić na lamentacyjne „obroty”, gdy pojawiający się milicjant zapytał: „Katoryj z was otwieczajuszczy?”, co odcyfrowałem bez trudu, że decydująca chwila poświecenia się dla moich starszych kolegów właśnie nadeszła. Podniosłem się, dał mi znak ręką, by iść za nim, co zrobiłem bez najmniejszego ociągania się.

Już oczekując w pokoju zastanawiałem się, gdzie ta historia może nas zaprowadzić i jak bronić naszych interesów. Bez wątpienia stracimy towar, a wiec uszczerbek finansowy dotkliwy i nie do odrobienia. Odnośnie plam na honorze sportowca byłem mniej zaniepokojony niż mój kolega, tym bardziej, że te plamy łatwo „puszczały” nawet bez prania. Tym niemniej zdawałem sobie sprawę, że z pomocą ambasady, która na pewno zostanie powiadomiona, wyjazdy nam się skończą i chyba to mnie najbardziej bolało.

„Towariszcz komisar” był sam, wskazał mi krzesło, bym usiadł i zaczął „No, Poliaki! Popali, nie charaszo!” Mój rosyjski był bardzo prymitywny, ale okazało się, że on rozumiał dużo, gdy mówiłem po polsku, może miał jakieś kontakty wcześniejsze z Polską? Z jego dalszego wywodu zrozumiałem, że nasi hurtownicy byli zwykłymi oszustami znanymi już na milicji, a Wiktor, niedoszły lokator pawlacza, miał stały „wilczy bilet”, zabraniający mu przebywania w odległości mniejszej niż 100 kilometrów od Leningradu. Nie wyjaśnił mi jak to miało się odbyć, ale oświadczył, że bandyci mieli w programie „ogołocić” nas ze wszystkiego, co posiadaliśmy i tylko ich interwencja nas od tego uratowała.

Słuchałem tego, co mówił, najpierw z lekkim niedowierzaniem, jednak musiałem przyznać, że zgoda hurtowników na zakup bez obejrzenia towaru na cenę, spotkanie w odosobnionym miejscu, wszystko to wydało mi się teraz bardzo podejrzane i potwierdzające to, co mówił nasz „spasiciel”. Tak, teraz już nie miałem więcej wątpliwości. Z pewnością tylko wkroczenie w odpowiednim momencie „trojki milicjonerów” nas uratowało! Zacząłem odczuwać dużo sympatii do komisara, a w moich myślach naszemu strzelcowi z gwintówką wyrosły nagle w miejsce diabelskich rogów skrzydła anioła stróża. Świadom tego wybawienia dziękowałem jak mogłem najlepiej, powtarzając głównie „Spasibo! Bolszoje spasibo wam! Spasibo! Ogromne spasibo!”. Czułem wdzięczność, ale nie umiałem tego wysłowić. Komisar widząc, że dalsze moje wysiłki lingwistyczne byłyby mało wyjaśniające dla obu, powiedział, że rozumie lepiej, gdy mówię po polsku, niż gdy wysławiam się po rosyjsku. Co też z wielką ulgą uczyniłem.

Zacząłem „ab ovo”, że Związek jest piękny i bogaty i że wszystkiego jest tu w bród. Że my nie mając pieniędzy, bo sportowcy-studenci, chcieliśmy sprzedać tylko nasze rzeczy osobiste, aby móc kupić sobie jakieś niedostępne w Polsce aparaty czy przyrządy i tylko dla własnych potrzeb, co podkreśliłem z dużym naciskiem. Przerwałem, bo czułem, że mnie poniosło ciut za daleko, bo z tymi naszymi rzeczami osobistymi jakoś mało rymowała się kolekcja mody dla panienek, częściowo widoczna w walizie przyjaciela Jacka. Nie wspomniałem też nic o naszej posłanniczej misji dostarczenia do bogatego Związku brakujących mu produktów, bo może odpowiedni okólnik w tej materii z RWPG nie doszedł jeszcze do jego komisariatu.

Komisar niezrażony moim krętym uzasadnianiem faktów, oświadczył spontanicznie, że może nam pomóc. Wyjaśnił, że obok komisariatu jest sklep komisowy, w którym możemy korzystnie sprzedać nasze rzeczy osobiste po uczciwej cenie i bez żadnego ryzyka. Wystarczy tam pojechać z towarem i dla zawarcia transakcji powołać się jedynie na znajomego z komisariatu. Uścisnął mi dłoń, mówiąc, że odwiozą nas z rzeczami cywilnym samochodem bezpośrednio do hotelu, że ambasada o naszej „wpadce” z bandytami nie będzie powiadomiona i życzył nam przyjemnego pobytu w ich mieście. Kończąc rozmowę byłem zachwycony, żadne z moich czarnych przewidywań nie sprawdziło się! Na szczęście dla nas, nie! Znowu zacząłem recytować litanię podziękowań, ale tym razem już po polsku, starając się tylnym chodem jak najszybciej trafić do drzwi wyjściowych z pokoju.

Widząc mnie powracającego żywego i bez łez, koledzy zaczęli wypytywać, co nas dalej tutaj czekało. Znowu delikatnie, lecz bardziej stanowczo powiedziałem: „Buzie w kubeł, pakujcie walizki, wracamy do hotelu”. Tym razem mieliśmy wystarczająco czasu, aby starannie upchać kolekcje w walizkach i taszcząc je ze sobą wyszliśmy na parking, skąd w eleganckiej „Pobiedzie” pełnym gazem odwieziono nas do upragnionego hotelu. Mina na twarzy portiera stojącego przy wejściu, gdy zobaczył nas na nowo z walizkami widocznie pełnymi, była mieszaniną niedowiary i zdumienia. A może to jemu zawdzięczaliśmy interwencję milicji? Dziś trudno mi dać na to jasną odpowiedź.

Ustaliliśmy we trójkę, że historią sprzedaży hurtowej na pewno nie będziemy się chwalić przed kolegami, czyli o zdarzeniu „pary z ust” do nikogo. Na drugi dzień pojechaliśmy do wskazanego przez komisara komisu, biorąc ze sobą tylko kilka artykułów wzorcowych, aby nie wzbudzić podejrzenia u obsługi hotelowej. W komisie uprzejma pani po wycenie wzorców, określiła nam wartość całej kolekcji, którą mieliśmy dostarczyć zgodnie z jej wskazówkami. Tak też się stało, a ona wypłaciła nam rublowymi czerwieńcami należność, nie zapominając oczywiście odjąć 20%, jako opłatę za usługi komisyjne. Byliśmy zadowoleni, że wszystko skończyło się pomyślnie, bo choć otrzymana suma były mniejsza od wyceny hurtowników, to jej główną zaletą było bez wątpienia, że spoczywała już w naszych kieszeniach!

Muszę tu stwierdzić, że nie wszystko było wtedy złe w sowieckim królestwie. Kilkadziesiąt lat później miałem okazję przekonać się na własnej skórze, że upadek komunizmu w Rosji zwiększył niewiarygodnie proporcję ludzi bez zasad i skrupułów. I to nie tylko w dziedzinie ekonomicznej. Do tego stopnia stała się ta agresywność powszechną, że miało się ochotę zawołać: „Kamarad Lenin, obudź się! Nadszedł chyba czas zaczynać nowy szturm na Pałac Zimowy!”

Cóż powiedzieć więcej o moich kolegach z konwoju eskortowanego pod groźbą gwintówki po jezdniach Leningradu? Julo, wysokie, chude chłopisko, grał trochę staromodnie w siatkówkę, potrzebując do ścięcia piłki z wyskoku z jednej nogi kilkumetrowego wybiegu. W siatkówkę grał dobrze i długo się nią zajmował, ale wciąż był przekonany, że gra znacznie lepiej. Poza tym miał w domu, jako formujący się geolog, oryginalną kolekcję kamyków zebranych w różnych miejscach i zupełnie nie praktykował rozrzutności w wydawaniu pieniędzy. Był przedostatnim z grupy, który poszukiwał portmonetki, aby opłacić porcję lodów w „Zielonej Budce”. Jacek, postury fizycznej bardzo podobnej, śpiewał niemal zawodowo, ćwicząc to nawet na wyjazdach w czasie porannej toalety, co czasami bywało uciążliwe dla współlokatorów. Śpiewał i marzył, aby zostać słynnym barytonem w Operze, a na co dzień był sympatycznym i uczynnym kolegą.

Nie mogę odmówić sobie przyjemności wspomnienia epizodu obiadowego w jakiejś moskiewskiej restauracji. Byliśmy tam we trójkę, Jurek, ja i nasz Oszczędny, który w większości wspólnych konsumpcji za państwowym stołem, w trudnym momencie płacenia usprawiedliwiał się z przeuroczym uśmiechem: „Zapłaćcie dzisiaj za mnie, bo zapomniałem pieniądze w drugiej kurtce. Odpłacę się następnym razem!”. Ponieważ każdy następny raz historia zwykle się powtarzała, zdecydowaliśmy z Jurkiem, że przyszła pora dać mu nauczkę. Wyjątkowo zamówiliśmy pełen zestaw obiadowy, zawierający dania drogie, zroszone dla lepszego smaku butelką „szampanskowo” i wyjątkowo lampkami koniaku dla łatwiejszego trawienia czarnej ikry. Wszystko to wprawiało nas w coraz lepszy humor, a Julo, którego apetyt był legendarny, tym razem przeszedł samego siebie.

Przy podwójnej porcji lodów zerwałem się z niepokojem, mówiąc „Chłopcy! Zostawiłem portmonetkę w drugich spodniach i jestem bez kopiejki!” Za chwilę Jurek, klepiąc się z namaszczeniem po wszystkich kieszeniach, ogłosił również złą wiadomość, stwierdzając namacalnie, że i on nie miał portmonetki przy sobie. Zgodnie z programem poddałem myśl, że w tej sytuacji ja z Jurkiem pojedziemy po pieniądze do hotelu, a Julo zostanie, jako gwarant naszej wypłacalności, aż do naszego powrotu. Julo był oszczędny, ale nie naiwny i szybko wyczuł coś na swoją niekorzyść. To też po upewnieniu się, że nikt z nas nie miał naprawdę pieniędzy z sobą, a wyczuwając, że nasz powrót z odległego hotelu może opóźnić się znacznie, znalazł rozwiązanie Salomona. Wyciągając z trudem, zakopaną w głębi kieszeni portmonetkę, odliczył z niej wypadającą na każdego sumę dla zapłaty rachunku. Wręczając nam z Jurkiem pieniądze, powiedział, ale tym razem już bez uśmiechu: „Pożyczam wam tyle-a-tyle rubli, które oddacie mi zaraz po powrocie do hotelu. Ale muszę wam powiedzieć, że trzeba chyba być „szurnietym”, by iść do restauracji bez pieniędzy!” Przytaknęliśmy z Jurkiem głowami, zgadzając się całkowicie z jego surowym werdyktem.