Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

A więc nasz pierwszy wyjazd na Litwę miał stać się rzeczywistością za kilka dni. Wyjazd do Wilna, gdzie z pewnością pójdę obejrzeć miejsca, gdzie nasz Wieszcz się wychowywał, gdzie na pewno, idąc po jego śladach, znajdę pamiątki noszące jeszcze znaki jego obecności. Na Litwę, którą uważał za swoją ojczyznę, pisząc:

Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie,

Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto Cię stracił. Dziś piękność Twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie.

Po otrzymaniu odpowiedniego „kabla” z MAI na aktualnie idące artykuły na terytorium socjalistycznej i radzieckiej Litwy, a było ich tam dużo, przystąpiłem bezzwłocznie do jego analizy, by dokonać rozumnego wyboru artykułów z zachowaniem średnich wartości SP i RW. Przeliczyłem też wartość SI w mojej kasie i stwierdziłem, że jak na pierwszy komercyjny wyjazd, wartość miesięcznego zarobku, który tam znalazłem, wydała mi się w pełni wystarczająca. Najlepsze SP były oczywiście na artykułach dla dam, a więc począwszy od „biustgalterów”, „trusików”, czy „kołgodkach”, a kończąc na „odiekałonach” czy „kraskach”. Proszę zauważyć, że użyte tu nazwy są to fonetycznie napisane rosyjskie nazwy artykułów, które dla potrzeb wymian handlowych i kulturalnych każdy z nas przyswoił sobie kilkanaście. Mimo to mój wybór padł na artykuły męskie, o mniejszym SP, to prawda, ale za to łatwiejsze do „przewozu”, a więc zmniejszające ryzyko czarnej listy, bardzo dla mnie nieprzyjemnej.

W dniu odjazdu grupa sportowo-komercyjna „Spojni” w pełnym składzie spotkała się na dworcu w Warszawie. O ile wielkość bagażu każdego z nas była prawie normalna dla takiego kilkudniowego pobytu z dala od rodzinnej szafy z rzeczami, o tyle sylwetki pań z drużyny żeńskiej wydały mi się znacznie mniej szczupłe niż zwykle. Ja sam czułem się trochę skrępowany w ruchach, ale było to normalne, biorąc pod uwagę trzy pary spodni, które dźwigałem na sobie, nie mówiąc o dwóch marynarkach z dzielącym je swetrem i trzema koszulami z nylonu wysokiej jakości. Trzy pary dresów, kupa koszulek, spodenek i trampek kompletowały w walizce mój niezbędny ekwipunek na przewidziane mecze, gdyż było oczywiste, żeby pokazać się godnie, miałem ze sobą kilka ubiorów sportowych na zmianę. Przynajmniej tak wyobrażałem sobie moją spowiedź na ewentualne dociekliwe pytania celnika.

Czas przejazdu pociągu z Warszawy do Kuźnicy Białostockiej, punktu przekroczenia granicy polskiej, wyjątkowo nie był poświęcony na brydża. Każdy z nas, a więc również i brydżyści, łamał sobie głowę, jakim sposobem wypełnić w dwóch egzemplarzach deklarację celną. Otóż ta zawierała ostrzenie, że wszystko co się przewozi ze sobą powinno tam być wymienione, z zaznaczeniem czy przedmiot jest na użytek własny, czy też na podarunek. W przypadku znalezienia artykułu niewymienionego w deklaracji, ten mógł być skonfiskowany, co nie wykluczało możliwość dodatkowej kary za próbę przemytu. Również należało wpisać wartość każdego artykułu wiezionego, a łączna wartość tak zwanych podarków była ograniczona chyba do 200 złotych. Takie wypełnienie deklaracji celnej było ćwiczeniem równie nierozwiązywalnym, jak znalezienie „kwadratury koła”. Jedynym wyjściem z tych oczywistych sprzeczności było zdeformowanie swojej sylwetki i nawet panie z rezygnacją na to się decydowały. W przeciwnym przypadku można było mieć nadzieję, że niewinnie wyglądający bagaż z „zakamuflowanymi” w nim przedmiotami, nie obudzi ochoty celnika do zapoznania się dokładnie z jego zawartością.

Muszę tu oddać sprawiedliwość może mało wdzięcznej pracy celnika. W większości byli to ludzie normalni w wypełnianiu swych obowiązków. Wiedzieli dobrze, że każdy ze sportowców wiezie coś ze sobą i przymykali na to oko, jeśli ten przewóz był utrzymany w rozsądnych granicach. Ostatecznie, fakt, że ktoś coś wiózł na sprzedaż, by coś sobie kupić, był akceptowany tym łatwiej, że nikt ze sportowców nie otrzymywał wtedy ani prawa na wywóz z sobą jakiejś małej sumy pieniędzy, ani „kieszonkowego” na miejscu przyjazdu.

A może celnicy dostali sekretny okólnik z MHZ-u, informujący ich o nieoficjalnej, lecz jakże niezbędnej roli, jaką odgrywali sportowcy w zaopatrzeniu krajów demokracji w brakujące im liczne towary?

Pociąg dowiózł nas tylko do barako-dworca w Kuźnicy, w którym jedynie część podróżnych jadących na Litwę, kierowała się w stronę przejścia granicznego, gdzie królowały długie stoło-ławy pozwalające przechodzącym wyłożyć na nie swoje bagaże. Z drugiej strony kontuarów kilku celników brało paszport od każdego z przechodzących w kolejce i po umiejscowieniu należącego do niego i spoczywającego na ławie bagażu, zajmowało się przeglądaniem jego zawartości.

Sama procedura kontroli była uznaniowa i zależała jedynie od oka czy wyczucia celnika. Jedne bagaże były przetrząsane dokładnie z góry na dół z wyłożeniem ich zawartości na kontuar, co wyraźnie wprowadzało zdenerwowanie wśród czekających w kolejce na przegląd; w innych celnik po zanurzeniu ręki do środka lub po powierzchownym rzuceniu okiem dawał znak do ich zamknięcia; niektóre, ale rzadko, były machnięciem ręki upoważnione do przekroczenia granicy bez zaglądania do wewnątrz. Podróżni bez problemów bagażowych po kontroli oddalali się pospiesznie, ciągnąc niezapięte bagaże za sobą, by z dala od spojrzeń doprowadzić je do jakiegoś porządku, przed oczekującą ich jeszcze kontrolą celników radzieckich. Wszystko to funkcjonowało jak w zegarku i rzadkie były wypadki, aby powstały problem przy kontroli bagażu, spowodował opóźnienie odjeżdżającego pociągu z drugiej strony granicy.

Wkrótce przyszła kolej i na naszą grupę, usiłująca pod sztucznym rozbawieniem ukryć rosnące coraz bardziej zaniepokojenie na widok operującego na oczach wszystkich „celnego rentgena”. Takie zdenerwowanie miało swoje uzasadnienie w naszym braku doświadczenia na przejściach granicznych, ale również w obawie przed pokazaniem celnikowi, a więc i wszystkim wokoło, zawartości swego bagażu. Bowiem każdy miał w swoim bagażu coś, o czym nikomu nie mówił, by nie zapeszyć, by nie było żalu u kolegów, że wiedząc o atrakcyjnym towarze, nie doniósł innym. Postawa trochę krępująca, ale życiowo uzasadniona zwykłą ludzką przezornością.

Powoli sportowe bagaże przesuwały się bez większych problemów na stronę „po kontroli”. Wydawało się już, że nasza grupa przejdzie granicę jak list przez pocztę, gdy w pewnym momencie jeden z celników, pokazując na naszego kolegę, nazwę go Jurek, aby się nie rozpoznał, poprosił go o zdjęcie może zbyt obszernego płaszcza. Jurek wyglądał trochę na zdezorientowanego, co chyba zachęciło dociekliwego celnika do pogłębienia znajomości z jego odzieniem. Poprosił więc Jurka jeszcze o zdjęcie marynarki, potem swetra, a po rozpięciu koszuli ukazał się nagle…, nie, nie nagi tors Jurka, lecz błyszcząca tkanina, która jak bandaż na mumii egipskiej, okręcała go od ramion do pasa.

Następna część zaczętej kontroli przypominała aż do złudzenia scenę z baletu „Jezioro Łabędzie”. Celnik w roli dyrygenta, ciągnąc za koniec zwoju tkaniny, oddalał się powoli od Jurka, w miarę jak ten kręcąc się w miejscu jak baletnica, z gracją podnosił i opuszczał rytmicznie ramiona, by umożliwić tkaninie płynne odwijanie się z jego korpusu, na który była nawinięta. Tkanina błyszczała i migotała w blasku światła, sprawiając wrażenie falującej tafli jeziora. Okazało się, że tym błyszczącym materiałem była słynna tafta, nieodnotowana na kablu z MAI, a za którą sowieckie kobiety podobno szalały, o czym Jurek przezornie zapomniał nam powiedzieć przed wyjazdem z Warszawy.

Celnik, po skonsultowaniu się ze swoją koleżanką uznał, że Jurek może przewieźć tylko ilość metrów niezbędnych dla konfekcjonowania jednej obszernej sukni dla cioci, którą Jurek „przytomnie” wynalazł w Wilnie. Reszta wyjątkowo efektownej tafty została skonfiskowana na rzecz skarbu państwa. Kwitu nie dali, ale również obiecali nie spisywać protokółu za przemycanie towaru bez deklaracji. Wszyscy byli z tego rozwiązania zadowoleni, nawet Jurek, który jak się okazało, miał jeszcze w walizce całą gamę modnej bielizny dla cioci, a której żaden celnik nie skontrolował, zajęty oglądaniem rozwijającego się przed oczami podróżnych dobrze odegranego spektaklu z taftą.

Przejście granicy do Związku odbyło się prawie biegiem, ponieważ podstawiony pociąg do Wilna aż sapał ze zniecierpliwienia, by odjechać zgodnie z rozkładem. Toteż kontroli nie mieliśmy żadnej, tylko jeden z celników mówiący po polsku życzył nam wygranej w oczekujących nas meczach. Życzenia jego chyba nam pomogły, gdyż rzeczywiście nasze mecze, o czym już poprzednio wspomniałem, były na wysokim poziomie i wszystkie były transmitowane przez litewską telewizję, co w tym czasie było wielkim wyróżnieniem. Dla informacji ekonomistów dodam, że SP obliczone po zrealizowaniu wszystkich operacji było wyższe od pięciu, nie licząc zakupionych na Litwie dla mnie samego i dla innych wielu użytecznych podarunków.