Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Dmie wiatr silny i ponury tuman śniegu z sobą miecie,

Niebo kryją czarne chmury, smutno głucho jest na świecie.

Tylko słychać w wietrze łkanie i płaczliwe to wołanie:

„Handel, ha-andel!”.

   Dziatwa starca z drogi spycha i wesoło naprzód leci,

   „Boże” jęknął starzec z cicha „z czym ja pójdę do mych dzieci.

   Nie widziałem ich dzień cały, może one jeść wołały?

   Handel, ha-andel!”

Nareszcie pojedziemy!

A więc nareszcie, kierownictwo naszego klubu „sprężyło” się i długo oczekiwany wyjazd za granicę drużyn siatkówki miał wkrótce mieć miejsce.

Nie było to daleko, bo tuż za „miedzę” na Litwę, ale jednak za granicę. Zostaliśmy bowiem zaproszeni, drużyny siatkówki męskiej i żeńskiej „Spójni”, przez litewski związkowy klub sportowy do rozegrania w Wilnie i Kownie kilku meczy towarzyskich. Jeśli nie liczyć mojego przypadkowego wyjazdy do Moskwy, podczas którego moja działalność sportowa ograniczyła się do rozgrzewek przedmeczowych, tym razem jechałem jako zawodnik pierwszej drużyny, na nasz pierwszy klubowy wyjazd za granicę.

To się liczyło i przyrzekałem sobie, że ten wyjazd musi mi dać możność wykazać się sportowo, a dodatkowo miałem nadzieję, że pozwoli mi zasilić mój budżet poważnym zastrzykiem pieniężnym. Było bowiem ogólnie znane, że wyjazdy sportowe były bardzo dochodowe dla uczestniczących w nich zawodników i ja, świadomie tym razem, postanowiłem również z tego skorzystać. Mimo że od poprzedniego mojego wyjazdu upłynęły tylko cztery lata, w bardzo aktywnym świecie sportowym zaszło dużo poważnych zmian.

Wyjazdy za granicę, mówię o wyjazdach do KDL-ów, przestały być czymś wyjątkowym lub rezerwowanym tylko dla najlepszych z kadry narodowej. Kluby sportowe z różnych krajów mogły nawiązywać między sobą bezpośrednio kontakty, organizować wspólne spotkania sportowe czy obozy treningowe i korzystały z tej możliwości coraz częściej. Ale czy tylko potrzeba działalności sportowej ożywiała ten system podróży międzynarodowych, bezpłatny dla jej uczestników? Ośmielę się stwierdzić, że z pewnością nie, co wynikało w sposób oczywisty ze znanego prawa, że „natura nie uznaje próżni”.

Zgodnie z przestrzeganym skrupulatnie socjalistycznym podziałem pracy między miłującymi się wzajemnie republikami było dowiedzione, że w każdym bratnim kraju musiało brakować chronicznie zawsze czegoś innego. Tę nieuniknioną, bo strukturalną, próżnię w zaopatrzeniu w różne towary pomagała likwidować mrówcza praca sportowego kolektywu. Wyzwanie więc, które sportowy światek przyjął na siebie było jasne, zorganizować prosty system zaopatrzenia bratnich narodów w brakujące u nich artykuły codziennego użytku.

I tak, brać wyjeżdżająca na spotkania międzynarodowe, ze sportowym entuzjazmem zaopatrywała się w swoim kraju w pewne artykuły łatwo tam dostępne, które następnie transportowała z wysiłkiem i niezwykle starannie w swoich bagażach. Po przybyciu do kraju docelowego „rzucała” przywiezione artykuły na rynek, gdzie ich po prostu brakowało lub w ogóle nie było. Czytelnik pamięta niewątpliwie z poprzednich rozdziałów zasadę „popytu i podaży”, tak trudną do zsynchronizowania w warunkach socjalizmu, a która regulowała również niezwykle ważny dla sportowców-komiwojażerów, tak zwany „stopień przebicia”, czyli SP. Wyjaśnię dla młodszych roczników to naukowo-ekonomiczne określenie, na bardzo prostym do zrozumienia przykładzie.

Zegarek marki „Rühla”produkowany w NRD, inaczej zwany „buksiakiem”, z powodu „buksów”, w których kręciły się jego różne „ośki”, kosztował w Polsce około 100 złotych i było go pełno w sklepach. Ten sam zegarek, poszukiwany, bo deficytowy, w Bułgarii, mógł mierzyć uciekający im czas z równą dokładnością jak u nas, był tam rozchwytywany z „pocałowaniem ręki” za równowartość 500 złotych. Z kolei za tę sumę kupowało się tam coś z „baraniny” (określenie z epoki oznaczające kożuszek), co „szło jak woda” w Polsce po 1000 złociszów. SP z jednego „obrotu” na buksiaku dla Bułgarii wynosił więc 1000:100>10.

Młody czytelnik może jeszcze spytać, a skąd było wiadomo, co i gdzie należało wieźć? Pytanie bardzo dojrzałe wymagające precyzyjnej odpowiedzi. Tym zajmowała się nieoficjalna „międzysportowa agencja informacyjna”, w skrócie MAI, która funkcjonując na zasadzie arabskiego telefonu, przekazywała przyszłym komiwojażerom szczegółowe listy poszukiwanych towarów na każdy kraj i średnią cenę ich sprzedaży.

Pozostawało dla wyjeżdżającego, samemu albo wspólnie z kolegami, określić SP dla  różnych artykułów dostępnych na polskim rynku i po głębokiej analizie podjąć trudną decyzję o wyborze artykułu eksportowego. Trudność decyzji, na pierwszy rzut oka niewidoczna, polegała na znalezieniu prawidłowej odpowiedzi na dwa arcyważne pytania: ile zainwestować w dopełniający eksport i jak ten wybrany artykuł „przeszmuglować”, jadąc do… i zrobić to samo z jego ekwiwalentem w drodze powrotnej do kraju.

Tu pojawiał się następny współczynnik handlowca, tak zwane „ryzyko wpadki”, czyli RW, które brało pod uwagę objętość fizyczną artykułu, renomę przejścia granicznego przewidzianego dla odprawy celnej i samo straszne ryzyko wpisania na „czarną listę” osób, którym na przyszłość wyjazd był zabroniony.

Dopiero po ustaleniu obu tych wskaźników można było określić „sumę inwestycji”, czyli SI, ale to było już proste, gdyż wynikała ona z przeliczenia swojej „kasy” i wartości kredytobiorcy samego sportowca. Ponieważ podjęcie decyzji było pilne, więc z pomocą wyroczni „orła z reszką”, wybór zostawał zaklepany. Następnie pozostawało pójść do znajomego kapitalisty, poprosić go o pożyczkę, dając słowo, że za dziesięć dni najpóźniej…, a w końcu polatać po sklepach, aby zakupić hurtem niezbędne artykuły.

Z reguły określanie współczynników SP i RW odbywało się indywidualnie, gdyż pozwalało to mieć artykuły nie takie jak wszyscy, a więc bardziej łatwe do sprzedania. Natomiast w przypadku zawsze możliwej „wpadki” można było zminimalizować stratę tak, aby nie stać się pośmiewiskiem kolegów. Wszystko to wymagało dużo pracy przed wyjazdem, dużo pracy u „braciuli” z zakupem ekwiwalentu i dużo pracy po powrocie do kraju z „upłynnieniem” towaru. Uwieńczeniem tych wysiłków był końcowy bilans operacji, dający pełną satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku. Bowiem po kilku takich wyprawach za granicę dany sportowiec mógł swobodnie prowadzić inteligentną rozmowę na tematy handlu zagranicznego na poziomie eksperta z ministerstwa, a co więcej na takie spotkanie mógł przyjechać na własnej „maszynie”, pochodzącej obowiązkowo z dostawy, ale już z tej zachodniej strony kraju.

Powyższy wstęp sportowo-ekonomiczny, może trochę długawy, wydawał mi się niezbędny dla rozumnego śledzenia dalszych wydarzeń związanych ze spotkaniami międzynarodowymi naszej drużyny. A spotkań wyjazdowych było dużo i trudno by mi było je wszystkie opowiedzieć, bo poza Albanią, byliśmy wszędzie tam, gdzie pakt warszawski pozwalał nam podróżować bez specjalnych zezwoleń. Dlatego ograniczę się tu do wspomnienia kilku scen, czy kilku momentów, gdyż inne może trochę różne, miały za tło ciągle tę samą grupę, zgraną, sympatyczną i koleżeńską, o niezapomnianej dla mnie nazwie: „Drużyna siatkówki męskiej, przy KS „Spójnia”!”