Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Po przeminięciu z wielkim trudem okresu rozruchowego, co zresztą nie było dziwne, gdyż początki są zawsze trudne, praca dyplomowa weszła w stadium realizacji. Ale nie tylko ona była u mnie na porządku dziennym. A jak kształtował się mój typowy dzień zajęć, pozwolę sobie dla porządku wspomnień pokrótce nakreślić.

Mój dzień inżyniera, na razie bez dyplomu, zaczynał się o 5. Szklanka herbaty z kawałkiem chleba z czymś tam i włożenie drugiego nieodzownego śniadania do torby stawało się sygnałem do startu. To wszystko było pieczołowicie przygotowane przez mamę, która mimo że sama szła do pracy znacznie później, nigdy nie zgodziła się, bym sam sobie z tym poradził. Kilometr do przystanku tramwajowego znajdującego się na końcu Parku Praskiego, pokonany częściowo truchtem, wbicie się do środka wagonu w owym czasie już unowocześnionego, gdyż z zamykanymi drzwiami (na razie ręcznie) i niedługa jazda tramwajem, pozwalały mi znaleźć się na portierni fabryki na 5, może 15 minut przed jej zamknięciem dla spóźnionych.

Praca w biurze przy desce kreślarskiej nie była ani męcząca, ani monotonna, a wręcz odwrotnie, lubiłem ją, bo pozwalała mi się wyżywać w poszukiwaniu może lepszych, może mniej pracochłonnych rozwiązań konstrukcyjnych. W dużej sali zajmującej cały napowietrzny łącznik między halami 1 i 2 było nas około 50 osób. Konstruktorzy, rozstawieni przy deskach, manewrując przykładnicami, kreślili ołówkiem na kalkach produkty naszych wyobraźni. Technolodzy, zgrupowani w jednym końcu sali za stołami udekorowanymi stosami norm i małoformatowych schematów, przygotowywali listy z rozpisanymi czynnościami i normami czasowymi na ich wykonanie przeznaczone dla produkcji. Kilku kreślarzy również przy deskach „wyciągali w tuszu” kalki konstruktorów po zweryfikowaniu. Szefowie zespołów, przy biurkach zaopatrzonych w telefon, godnie czekali, by odpowiedzieć, poradzić, wyjaśnić swoim podopiecznym, gdy zaistniała taka potrzeba. W pozostałych momentach, wyjątkowo jednak długich, poświęcali się raczej analizie umysłowej nowych przyrządów, które powoli kiełkowały w ich kierowniczych głowach.

Drugie śniadanie nie było normowane jak na produkcji; to też w celu wymiany spostrzeżeń czy informacji, grupki śniadaniowe tworzyły się samorodnie w zależności od omawianych tematów. Pokrzepieni na ciele smacznymi domowymi kanapkami i gorącą herbatą, dostarczaną przez „panią od herbaty”, każdy powoli kierował się ku swemu stanowisku pracy. Konstruktorzy mieli sytuację geograficzną na sali bardziej korzystną niż technolodzy, bowiem skryci za dużymi deskami mogli oddawać się jeszcze półgodzinnemu trawieniu z zamkniętymi oczyma (by nie rozpraszać się niepotrzebnie); poruszając tylko od czasu do czasu przykładnicą, aby dać wrażenie ich usilnej samotnej aktywności. Była jeszcze półgodzinna przerwa w porze obiadowej, przeznaczona na spożycie zupy z drugim małym daniem w jedynej stołówce w drugiej hali montażowej, ale z powodu odległości i niejadalności serwowanych dań, mało kto z naszego biura ryzykował tam pójść, chyba że z przyczyny zdrowotnej przechadzki.

Nowoprzyjęci absolwenci mieli jednak prawo wychodzić z pracy półtorej godziny wcześniej, czego starannie pilnowali, by po dojechaniu do Politechniki, stanąć przy innych deskach czy stołach, aby liczyć i kreślić to, co im było zadane. Tu też po szybkim spożyciu zakupionej w barze przy wejściu kanapki z pasztetem z zająca, który z zająca miał jedynie gastronomiczną nazwę, wreszcie mogli poświęcić się codziennej aktywnej pracy dyplomanta. O ile to co opisałem powyżej, powtarzało się z codzienną regularnością, o tyle ciąg dalszy naszych zajęć był mniej znormalizowany.

Pracę dyplomową robiłem razem z innymi w kreślarni budynku Techniki Cieplnej. Była tam obszerna sala zastawiona deskami kreślarskimi i stołami, w której każdy z absolwentów dysponował dla swego użytku takim właśnie meblowym zestawem. Było nas kilkunastu, którzy codziennie siadali za deskami lub przy stołach z silną decyzją, że dzisiaj to praca na pewno ruszy „z kopyta”. I ja często też tak myślałem. Niestety, tak myśleć oznaczało zapomnieć, że praktycznie co drugi absolwent skończył już wcześniej „akademię brydża”, grę bardzo wtedy rozpowszechnioną i uprawianą z pasją wśród studenckiej braci.

Tymczasem na kreślarni sytuacja rozwijała się niesłychanie szybko. „Ktoś”, nazwijmy go katalizator, komu wyjątkowo tego dnia praca nie służyła, czyli po prostu nie szła, wymawiał magiczne słowa „zagrałbym w brydżyka”. Słowa te trafiały do ucha „kogoś”, nazwijmy go, reagenta, który automatycznie powtarzał je, poszukując oczami „jakiegoś”, nazwijmy go, reduktora. W procesie chemicznym te trzy elementy są niezbędne i wystarczające, aby reakcja mogła się zacząć. W chemii tak, ale w brydżu? W brydżu, nie! Po trzykroć, nie!!! Jak wyjaśniłem poprzednio, tu potrzebny jest On, niezastąpiony Czwarty! Wobec czego skompletowana już „chemiczna trójka” rozpoczyna śledztwo w celu znalezienia czwartego, odpowiadającego ściśle kryteriom, których nie będę tu podawał, by nie opóźnić rozpoczęcia organizującego się właśnie zespołu brydżowego. Wytypowany na czwartego, brydżysta wiedział, że nie mógł odmówić swojego udziału, gdyż sam bywał niejednokrotnie w sytuacji poszukującego i rozumiał, że odmowa fizycznie i etycznie była niedopuszczalna.

Dokooptowany czwarty, sprawiał, że ekipa grających była już w komplecie i brydżyk w kółeczku mógł się zacząć. Wystarczyło teraz, przesuwając odpowiednio deski, wygospodarować dyskretny kącik, gdzie podstawowy zespół brydżowy mógł zacząć ćwiczenia, manipulując zręcznie zestawem „narzędzi” złożonych z dwóch kompletów „obrazków”. Rozgrywki z reguły były pasjonujące, więc nawet i niebrydżyści podchodzili do kącika, aby w ciszy kibicować odbywającej się grze. A inni brydżyści obecni na sali? Przykład zwykle był zaraźliwy i powodował, że jeden z kibicujących, nazwijmy go katalizator… Ciąg dalszy był ten sam, wobec tego go pominę i wkrótce kolejny zestaw brydżowy przystępował do gry. Deski kreślarskie powoli wyludniały się w miarę, jak ilość kącików brydżowych rosła.

Przybycie do kreślarni któregoś z korektorów automatycznie przerywało grę na czas niezbędnej konsultacji. By nie wpaść w konflikt z regulaminem, który przewidywał, że grający zostaną natychmiast pozbawieni prawa do korzystania z kreślarni, przewidziany był odpowiedni „czujnik alertu”. Było to z reguły stanowisko obok drzwi, z obsługującym ją, niegrającym w brydża absolwentem, który witając wchodzącego sztucznie głośno wymawiał z naciskiem jego funkcję, co powodowało w kącikach dyskretne złożenie obrazków i przejście na dyskusję techniczną zebranych tam osób.

Czytający to może zapytać z niepokojem, jak było to możliwe grać w brydża siedem dni w tygodniu? Odpowiem zgodnie z prawdą, że nie było to możliwe, ponieważ kreślarnia w niedzielę była oficjalnie zamknięta. Również w inne dni tygodnia, choć było to rzadko, gdy brak katalizatora powodował, że zespół brydżowy nie mógł się „złożyć”, nastrój pracy stawał się nie do zniesienia i kreślarnia szybko wyludniała się z absolwentów.

Tym niemniej, prace nad dyplomami posuwały się naprzód, choć dla niektórych może trochę z opóźnieniem. W moim przypadku to opóźnienie wyniosło równo osiem miesięcy, ale tego nigdy nie żałowałem, gdyż pracę zarobkową miałem w perspektywie prawie do końca życia, podczas gdy grę w brydża…?

Jako niewielką dygresję do powyższego tematu dodam, że moje zamiłowanie do brydża miało jednak swoje limity. Przypominam sobie, że w pewnym momencie chciałem zapisać się do klubu brydżowego, by ewentualnie móc uczestniczyć w rozgrywkach istniejącej w kraju ligi brydżowej. Poszedłem do działającego w Warszawie klubu pod elokwentną nazwą „Bloteczka” i wpisałem moją kandydaturę na uczestnictwo w organizowanych tam często turniejach brydża sportowego, aby na „żywo” wypróbować z zawodowcami moje nabyte wcześniej umiejętności. Trochę czasu zajęło mi opanowanie kilku konwencji brydżowych, znanych i używanych w owym czasie między partnerami, dla precyzyjnego prowadzenia licytacji gry. Nie zawsze to było łatwe do zastosowania przy stole, gdyż każda konwencja miała swe niuanse. To dodatkowo komplikowało porozumiewanie się obu partnerów w licytacji, gdyż odczytanie zakodowanej informacji nie zawsze było prawidłowe.

Tym niemniej odbyłem kilkanaście posiedzeń turniejowych, trwając przy stole bez ruchu, bez słów, jeśli nie liczyć licytowanych kodów konwencyjnych, ale zawsze w chmurach dymu papierosowego lub – co gorzej – fajkowego czy z cygar. I tu stwierdziłem doświadczalnie, że sport brydżowy, który nie był sportem w moim pojęciu, nie był również przeznaczony dla mnie. Może częściowo wzięło się to z mojej awersji do palenia, może brak ruchu był dla mnie trudny do zniesienia, nie wiem. Odtąd traktowałem brydż jako rozrywkę i jeśli ją uprawiałem to tylko w gronie znajomych, a jeszcze lepiej, w gronie przyjaciół.

A propos palenia. Od czasu gdy, po odkryciu Ameryki, palenie tytoniu rozpowszechniło się w Europie a więc i w Polsce, europejska społeczność podzieliła się na dwie grupy: tych, co palili tytoń, aby wdychać jego boski dym i pozostałe 70 procent, którzy sami nie palili, lecz musieli wdychać jego obrzydliwy dym, tym razem wydychany przez palących. Aż do końca XX wieku „tytoniowcy” mieli wszystkie prawa, aby palić i produkować wynikający z tej czynności dymki, w dowolnej ilości i w dowolnym miejscu. Jak w tej deklaracji ze znanej piosenki z lat 60-tych:

„Nim ciebie zapoznałam, gdy fajkę palił ktoś,

Z pokoju wychodziłam, kasłając mu na złość.

Lecz dzisiaj nie wychodzę, gdy palisz, ile chcesz,

Bo co ty lubisz, mój najdroższy, to ja lubię też!”

Wzruszające, dobrowolne poświęcenie, nieprawdaż, ale czy ta pani miała inne wyjście?

Podobny w temacie, lecz inny w przyczynie zdarzył mi się przypadek w latach 70-tych. Było to w Moskwie, siedzieliśmy z kolegą w gabinecie u jednego z wiceministrów. Mój kolega, który był namiętnym palaczem palącym bez różnicy fajkę lub cygaro, poczęstował przyjmującego nas wice, oczywiście cygarem. Wice nie odmówił i zapaliwszy go ze znawstwem, rozkoszował się wyraźnie jego przenikliwie pachnącym dymem. Dwóch dymiących nieustannie palaczy, jeden z cygarem, a drugi z fajką w zamkniętym szczelnie pomieszczeniu, gdyż temperatura na zewnątrz tego dnia była minus 20 stopni, produkowało dla niepalących atmosferę komory gazowej. Rezultat tej erupcji dymowej nie dał na siebie długo czekać. Jeden z trzech pomocników szefa, nie ośmielając się zasygnalizować swoją niedyspozycję na dym, w pewnej chwili zsunął się z krzesła, bez słowa i bez czucia. Po wyniesieniu omdlałego na świeże powietrze, obaj palacze kontynuowali spokojnie zaspakajanie swoich namiętności, ale już przy lekko otwartych drzwiach. W takim dostojnym gronie wrażliwy na dym niepalący pomocnik nie miał żadnej szansy być zapytanym, czy dym mu nie przeszkadzał.

Tytoniowiec, który palił, nie mógł zostać bez palenia, co było dowiedzione w sposób bezsprzeczny przez palących naukowców i zakodowane na stałe w podświadomości niepalących. Wobec czego ci biedni niepalący, przebywając w towarzystwie palących, stawali się biernymi palącymi i umierali na choroby tytoniowe równie często, jak i ci co palili. W ten sposób równowaga szans była zapewniona dla obu grup społeczeństwa. Pozornie, proporcja mężczyzn i kobiet w obu grupach była identyczna, choć z czasem, dzięki rosnącej roli kobiety w społeczeństwie, te wywalczyły sobie również pierwsze miejsce wśród palaczy, co dodatkowo pozwala zapewnić staż tytoniowca biernego już nowonarodzonym.

Czy są jakieś oznaki fizyczne odróżniające aktywnego palacza od biernego? Tak, oczywiście tak! Dawniej, aktywnego można było rozpoznać po żółtych zębach, nieciekawym oddechu i lekko zachrypniętym, a nawet grubawym tonie głosu. Dziś, dzięki postępom syntetycznej chemii, palącego z długim stażem można odróżnić od biernego, tylko po ciągle zachrypniętym głosie.

Ja sam nigdy nie paliłem, więc siłą rzeczy należałem do biernych, czyli tych bez prawa do oddychania czystym powietrzem. Znosiłem to długo jako karę, za to, że nie nauczyłem się palić, ale od czasu gdy moja pozycja pozwalała na różnych zebraniach mieć własną opinię, moje zachowanie uległo zdecydowanej zmianie. Metoda była prosta i dawała dobre rezultaty z tytoniowcem inteligentnym.

Znajdując się w obecności takiego, który bez zażenowania zapalał papierosa, rozkoszując się zaciąganym dymem wypuszczanym następnie w stronę biernych, w formie kunsztownych małych, zabawnych kółeczek, zadawałem mu nieodmienne pytanie: „Przepraszam, ale chciałem się dowiedzieć, czy panu nie przeszkadza, że ja nie palę?” Zwykle odpowiedź była natychmiastowa: „Bardzo przepraszam, ale zapaliłem z przyzwyczajenia. Już gaszę!”. Następujące szybko wygaszanie papierosa i moje oziębłe podziękowanie kończyły zwykle to małe „qui pro quo”.

Ale w wypadku, gdy inteligencja była zanadto osłabiona zatruciami nikotyną, aby manifestować, musiałem dalej interweniować – „Gdyż mnie odwrotnie, pana palenie bardzo przeszkadza”. Gdy i to nie odnosiło skutku na palącym, oznaczało to, że obezwładnienie jego inteligencji było już katastrofalne i pozostała tylko jedna decyzja: „W takim razie albo pan, albo ja musimy tę salę opuścić!”. W większości wypadków tym opuszczającym salę byłem ja. Przyczyna była jedna, inteligencja jegomości była już spalona na popiół.

Pracowity pobyt w kreślarni poświecony przygotowaniu pracy dyplomowej, dzięki zgranemu zespołowi absolwentów, zezwalał jeszcze na zajęcie się ubocznymi sprawami jak jedzenie, brydż czy rozmowy towarzyskie. Jednak zwykle około godziny 18-19 kończył się dzień nużącej pracy, gdyż wyczerpane nią bractwo, musiało odnaleźć się na noc w swoich łóżeczkach. Dla mnie powrót do domu o tej porze nie zawsze był możliwy ze względu na treningi siatkówki, gdyż mimo licznych zajęć zawsze znajdywałem czas na uprawianie tego sportu. W takim przypadku wracałem do domu zdecydowanie późno i na tym się kończył mój wyczerpujący ze wszech miar dzień absolwenta. Hurra!