Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Robotnik przy maszynie,

Rolnik tam, gdzie rola. 

Choć trud im plecy zgina,

Czoło nurza w pocie,

   W pracy radość powszechna.

   Jakaż to niedola,

   Gdy przed kimś drzwi fabryki,

   Zamknie bezrobocie!

Początkowy projekt budowy fabryki samochodów osobowych na Żeraniu przewidywał produkcję samochodów na bazie licencji Fiata i tak opiewał to kontrakt podpisany z Włochami, którzy mieli dostarczyć wyposażenie dla fabryki i przygotować odpowiednio załogę do produkcji. Pojawienie się ideologiczno-ekonomicznej zimnej wojny, pomiędzy naszym, miłującym pokój obozem ze Związkiem na czele i kapitalistycznym Zachodem, nastawionym zupełnie bez powodów wojowniczo, położyło kres temu projektowi. W nagrodę za nasz gorący wkład do zimnej wojny Związek sprzedał nam fabrykę produkcji samochodu marki „Pobieda”, zastępując ją u siebie bardziej nowoczesną wytwórnią limuzyn marki „Wołga”. Przestarzała zaś „Pobieda” po przekroczeniu Bugu i odpowiednim spolszczeniu przedzierzgnęła się, jak poczwarka w motyla, w nowoczesny samochód marki „Warszawa” i właśnie w jej rozwijającej się na Żeraniu produkcji miałem pokazać moją przydatność.

Pełen entuzjazmu do nowej i na pewno twórczej pracy, podtrzymywany dodatkowo nadzieją godziwego zarobku, opuściłem ostatecznie gościnne mury akademika, aby zainstalować się razem z moją mamą i młodszą siostrą w wynajętym pokoju z kuchnią, na Pradze, przy ulicy Wójcika. Mama bowiem, dzięki swej niestrudzonej wytrwałości w dążeniu do celu i trochę nie wiem jakim sposobem, otrzymała wreszcie wymarzone prawo do zamieszkania w Warszawie.

Wszystko było więc na dobrej drodze. Studia skończone, dyplom w toku realizacji, praca czekająca z niecierpliwością na moje przybycie, mieszkanko schludne. Jedynym tylko ciemnym punktem tej mojej ze wszech miar radosnej sytuacji było, że musiałem zrywać się z łóżka o 5 rano, by być na portierni fabryki nie później niż 6,29. W przeciwnym razie, przy sumie spóźnień przekraczającej 15 minut na tydzień, traciłem prawo do premii, a dalej musiałbym stanąć na „czerwonym dywaniku” u dyrektora odpowiedzialnego, który dysponował dla spóźnialskiego prawem zwolnienia dyscyplinarnego z pracy. Było to jednak trochę lżejsze do zniesienia niż na produkcji, gdzie praca pierwszej zmiany zaczynała się o 6 rano. Fabryka bowiem pracowała na trzy zmiany po 8 godzin, podczas kiedy biura fabryczne miały tylko jedną 8-godzinną zmianę, co dawało jednak 48 godzin tygodniowo pracy, nie licząc dojazdów.

Pierwszego dnia w nowej pracy zostałem wcielony do biura technologicznego, na stanowisko projektanta w dziale projektowania oprzyrządowania do produkcji nadwozi samochodowych. Po krótkim okresie zapoznawania się z warunkami pracy i opanowania zasad projektowania specjalnych przyrządów, ja i moi koledzy, gdyż przyszło nas równocześnie sześciu, w tym trzech z naszego roku, zaczęliśmy sobie radzić nie najgorzej z pracą i przyzwyczajać się stopniowo do rannych pobudek.

W końcu drugiego miesiąca pojawił się u mnie pewien konflikt z kierownictwem. Otóż biura podzielone było na zespoły 8-10 osobowe, każdy z nich miał swego szefa do kierowania i jego zastępcę, którego praca polegała głównie na weryfikacji zaprojektowanego urządzenia przed oddaniem go do produkcji. Wszystko to funkcjonowało od powstania fabryki i tylko przyjście nowo upieczonych inżynierów wprowadziło trochę zamieszania w dobrze naoliwione „kółka kierowników”. Część z nich miała dyplomy z wyższych uczelni, ale większość składała się z tak zwanych „inżynierów fabrycznych”, którzy otrzymali tytuł inżyniera po zdaniu uproszczonego egzaminu przed specjalną komisją, ucząc się jedynie w domu, poza uczelnią. Myśmy uważali ich, zgodnie z parafrazą znanego powiedzenia: „Nie uczelnia, lecz chęć szczera zrobi z ciebie inżyniera!”, za trochę „niedouczonych”, lecz współpraca z nimi układała się nam raczej dobrze. Z jednym tylko wyjątkiem.

Weryfikator w moim zespole miał tendencję, korzystając ze swej funkcji, do nie zawsze uzasadnionego technicznie korygowania projektów wykonanych przez nowoprzyjętych. Nie zawsze zgadzałem się z jego poprawkami, ale przyjmowałem je w większości, starając się nie drażnić jego dumy inżyniera z awansu, gdyż był bardzo na to czuły. Aż do momentu, gdy zobaczyłem, w jakim stanie mój projekt urządzenia rozrysowanego na dwóch arkuszach kalki został mi oddany przez weryfikatora po sprawdzeniu. Ten, niezgodnie z przyjętym zwyczajem, porysował na nim twardym, czerwonym i nie do wytarcia ołówkiem kółka na fragmentach, do których miał zastrzeżenia; te z kolei łącząc między sobą strzałkami w poprzek całego rysunku, przekreślając wymiary, jednym słowem, zmasakrował moją pracę.

Tym razem się wściekłem i zapominając o mojej legendarnej grzeczności poszedłem, by mu „wyrąbać” całą prawdę: „To, co pan zrobił z moim projektem, jest niedopuszczalne i podłe! Bez wcześniejszej dyskusji ze mną, nie miał pan prawa zniszczyć kalki projektu. Ja przerysuję je na nowo, poprawiając jedynie te uwagi, z którymi się zgadzam, ale ich jest bardzo niewiele. Reszty pana uwag nie wezmę nawet pod uwagę, gdyż są one sprzeczne z podstawowymi zasadami sztuki inżyniera, którą każdy ze studiujących na uczelni musiał opanować. Jeśli potem pan nie zatwierdzi projektu, to z obiema kalkami pójdę do dyrektora technicznego fabryki, a on zadecyduje kto z nas miał rację.

 Mój nowy rysunek zweryfikował sam kierownik zespołu, robiąc to raczej pobieżnie i wszystko wskazywało, że sprawa się na tym zakończyła. Niestety nie! Przed upływem trzymiesięcznego okresu próbnego wszyscy moi koledzy otrzymali zawiadomienie o przyjęciu ich na stale do FSO, wszyscy, z wyjątkiem mnie. W wyjaśniającym do mnie piśmie dyrekcja personelu powiadamiała, że z przyczyn, z którymi mogę się zapoznać, jeśli tego sobie będę życzył, mój kontrakt pracy nie będzie przedłużony poza okres próbny. Koniec. Kropka. Kariera inżyniera w fabryce zakończona jeszcze przed zaczęciem!

Muszę powiedzieć, że ta decyzja była dla mnie tak nieoczekiwana, że zupełnie nie wiedziałem, co mam dalej robić. Moja pierwsza praca, w którą wkładałem tyle wysiłku, by ją dobrze wykonywać i nagle taka jej ocena! Przypuszczałem oczywiście, że była to zemsta za moją krnąbrność. Byłem nawet tego pewien. Ale weryfikator nie był w stanie spowodować mojego zwolnienia. Sam na pewno nie, ale z innymi? A więc spisek kierownictwa biura, by się pozbyć kogoś, kto ośmielił się obrazić jednego z ich „paczki”. Zaakceptować decyzję zwolnienia, oznaczyłoby przyznać im rację, a na to nie mogłem się zgodzić. A ponieważ najlepszą formą obrony jest atak, więc zdecydowałem, że muszę „podjąć wyzwanie”.

Po przemyśleniu wielokrotnym całej sprawy i zdecydowany szukać sprawiedliwości, poprosiłem o przyjęcie mnie przez głównego technologa fabryki.

Wszedłem do obszernego gabinetu, udekorowanego jak przystało, podobiznami naszych czołowych przywódców. Zaproszony usiadłem i przedstawiłem krótko mój problem:

- Panie dyrektorze, otrzymałem zawiadomienie, że nie zostałem przyjęty do pracy po okresie próbnym. To na pewno jest prawem zakładu, ale nie znając tego przyczyny, nie mogę się z tą decyzją zgodzić. Otworzył teczkę przygotowaną na swoim biurku.

- Podam panu przyczyny tej decyzji. Zgodnie z tym, co mam tutaj w dokumentach dotyczących pana wynika, że kierownictwo biura uważa, że nie posiada pan odpowiednich kwalifikacji, by rozwiązywać samodzielnie problemy techniczne w projektowanych urządzeniach. Poza tym, jest pan często nieobecny w biurze, oczywiście są to nieobecności usprawiedliwione, ale to źle wpływa na ciągłość pana pracy. Słuchając go, myślałem o autorach opinii: „Ach, jakie gadziny!”, ale starałem się zostać spokojnym.

- Panie dyrektorze, przedstawiona opinia na mój temat jest niezgodna z prawdą. W dwóch słowach: dostałem się na politechnikę z dyplomem przodownika nauki, przez trzy lata otrzymywałem stypendium naukowe, moja średnia ocena ze studiów w ciągu sześciu lat jest 4,38. Czy może pan przyjąć, że te wyniki mógł mieć debil umysłowy za jakiego uważają mnie autorzy przytoczonej przez pana opinii, po niecałej trzymiesięcznej obserwacji? Odnośnie moich nieobecności sportowych. Jestem zawodnikiem pierwszoligowej drużyny, który równocześnie uczy się i pracuje, co nie jest częstym zjawiskiem. Niestety, mecze ligowe poza Warszawą wymagają krótkiego zwolnienia mnie z pracy. Słuchał, patrząc na mnie uważnie.

- Jeśli to, co pan powiedział jest prawdą, to rzeczywiście opinia jest może  pochopna i krzywdząca pana. A jak może mi Pan to udowodnić?

- Bardzo prosto, nie zdałem jeszcze indeksu, ponieważ zacząłem pracę w FSO przed zakończeniem pracy dyplomowej.

- Dobrze, więc pan ma indeks. Czy może mi go pan przynieść? Ja sam jestem adiunktem i wykładam na wydziale samochodowym politechniki, więc będę mógł łatwiej interpretować pana oceny. Zawikłana sprawa zaczynała się powoli prostować na moją korzyść.

- Oczywiście, że mogę, a ponieważ jest pan wykładowcą na Politechnice, nie będzie Pan miał problemu, żeby dodatkowo poinformować się na mój temat u kierownika katedry profesora Rytla, gdzie robię moją pracę dyplomową.

- Ach tak! Pan jest u profesora Rytla! Tutaj zaliczyłem chyba duży plus w jego oczach.

- Nie tylko jestem, ale profesor Rytel zaproponował mi w swojej katedrze stanowisko asystenta. Nadszedł teraz dla  mnie moment, aby zaatakować opiniodawców.

- A co się tyczy sytuacji, w jakiej znalazłem się dzisiaj, to mogę powiedzieć, że zawdzięczam ją grupie ludzi z biura, którzy z przyczyn niemających nic wspólnego z moimi kwalifikacjami zawodowymi zadecydowali, że nie pasuję do ich grona. To wszystko! Nic nie odpowiedział.

Następnego dnia przyniosłem indeks, który zostawiłem w sekretariacie dyrekcji, gdzie też naznaczono mi następne spotkanie w dwa dni później. Tym razem po moim wejściu do gabinetu, adiunkt zaczął pierwszy:

- Przejrzałem pana indeks, jak również rozmawiałem z profesorem Rytlem. Wszystko to potwierdza, że zwolnienie pana byłoby pomyłką. Oczywiście, w tej sytuacji zwolnienie jest anulowane i jest pan do pracy przyjęty. Zbadałem sytuację w biurze i wiem, dlaczego tak się stało. Ale…, czy jest pan członkiem partii? Nie bardzo wiedziałem, po co mnie o to pytał, lecz odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie.

- W takim razie nie mogę postawić pana zwolnienia dla rozpatrzenia na zebraniu partyjnym ani wyciągnąć jakichś konsekwencji w stosunku do autorów krzywdzącej pana opinii. Zatrzymał się, jakby chciał się jeszcze namyślić przed dalszymi słowami.

- A teraz prywatnie. Na Pana miejscu poprosiłbym o zmianę wydziału. Będzie panu ciężko współpracować z ludzi, którzy się na pana uwzięli. Przeniosę pana na wydział konstrukcyjny. Spotka pan tam nowych ludzi i tak będzie lepiej.

- Panie adiunkcie, jeżeli mogę Pana jeszcze o jedną rzecz prosić, to żebym pracował właśnie na tym wydziale. Ja nie chcę z niego odchodzić tylko dlatego, że ktoś mnie nie lubi. Chcę natomiast dowieść, że jeżeli zostaję to dlatego, że ja miałem rację. Jeżeli odejdę i pójdę gdzie indziej, to wszyscy pomyślą, a oni pierwsi, że Pan mnie uratował. Będę miał opinię, która pójdzie za mną w świat, że jestem człowiekiem, który się nie nadawał zawodowo, a tylko przez znajomości załatwił sobie przyjęcie do pracy. Ja chciałbym tam zostać i tam pracować.

- Dobrze. Ale to już tylko na Pana życzenie.

Podziękowałem, wziąłem indeks, a gdy już nikt mnie nie widział, pocałowałem papierową okładkę, chcąc choć w ten sposób okazać moje uszanowanie dla tych, których stopnie zawarte w indeksie, dały mi raz jeszcze możność odnalezienia sprawiedliwości.

Tak też się stało, zostałem w biurze na wydziale. Z jedną tylko zmianą. Przeniesiono mnie do zespołu, którego kierownikiem był pan Jakub Flaszner i który z dużą sympatią przyjął mnie w poczet swych inżynierów. Sam był absolwentem Szkoły Inżynierskiej Wawelberga, która później weszła w skład Politechniki Warszawskiej. Był niewielkiego wzrostu, nosił okulary, które ciągle podnosił do oczu, gdyż te z powodu ciężaru grubych szkieł krótkowidza, nieustannie mu zjeżdżały na czubek nosa. Nie należał do „bandy”, co może było jedną z przyczyn, że jak się później dowiedziałem, wyjechał w połowie lat sześćdziesiątych na stałe do Izraela. Nasza współpraca zawodowa i stosunki koleżeńskie układały się bez jakichkolwiek problemów i był chyba jedynym, którego żałowałem odchodząc z FSO, że musiałem się z nim rozstać.

Co dodać więcej na temat grupy kierowników, którzy zawiedzeni chyba moim pozostaniem w biurze, początkowo usilnie dawali mi do zrozumienia, że nic w ich działaniu nie było skierowane przeciwko mnie. Chyba nie znali szczegółów z mojej rozmowy z głównym technologiem. Ja z kolei początkowo lekceważyłem ich ostentacyjnie, ale później i to mi przeszło. Grupa kierowników, jak prawdziwi „kumple” lubiła spotykać się razem poza pracą i raz w czasie jednego z takich spotkań na polowaniu, któryś z nich trzymał na celowniku fuzji fruwającą nisko kaczkę. Nie zdając sobie sprawy, wystrzelił w momencie gdy krzywa balistyczna wiodła wystrzelony śrut prosto w cel, którym okazała się nie kaczka, lecz oko jego kolegi, „zakamuflowanego” w trzcinie na przeciwnym brzegu wody. Utrata oka była końcem ich długiej przyjaźni i początkiem krótkiego procesu. I tu muszę przyznać się ze wstydem, że chyba po raz pierwszy nie czułem żadnego współczucia dla kogoś w nieszczęściu. Aha, byłbym zapomniał, „mój” były weryfikator został w jakiś czas później zwolniony z pracy za brak niezbędnych kompetencji zawodowych.

Lex et iustitia!