Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Pewnego dnia zostałem wezwany na rozmowę z panem dziekanem, profesorem Rytlem. Tym razem wezwanie nie miało nic nadzwyczajnego, gdyż było związane z wyborem tematu mojej przyszłej pracy dyplomowej. Profesor Rytel bowiem, niezależnie od piastowanej funkcji dziekana wydziału mechaniczno-konstrukcyjnego, był równocześnie kierownikiem katedry silników spalinowych stacjonarnych, wybranych przeze mnie jako specjalizacja dla półtorarocznych studiów magisterskich.

Przyjął mnie w swojej katedrze, wychodząc nawet spoza swojego biurka na moje spotkanie. Jak już wspomniałem, od czasu nieudanej próby skreślenia mnie z listy studentów, odnosił się do mnie zawsze bardzo przyjaźnie. Po krótkim wstępie, gdy spytał o przyczynę mojego wyboru odpowiedziałem, że wybrałem tę specjalizację, gdyż problemy przetwarzania energii termicznej na pracę mechaniczną były zawsze dla mnie pasjonujące, a szczególne ich zastosowanie w silnikach spalinowych, uważałem za technologiczne wyzwanie. Nie zdziwiło go to chyba, gdyż przechodząc do sprawy, dla której mnie zawezwał, powiedział, że chce mi przedłożyć pewną propozycję. Słuchałem z dużym zainteresowaniem.

Wyjaśnił mi, że rozwój silników spalinowych dużych mocy, stosowanych na statkach czy w lokomotywach, jak również w małych elektrowniach, ożywił się znacznie w ostatnich latach. Niestety, polska produkcja takich silników mimo dużego potencjału wymagała szybkiego unowocześnienia, w związku z tym przewidział dać kilku wybranym studentom, jako tematy prac dyplomowych, pogłębienie pewnych aspektów tego wyzwania technologicznego.

Dla mnie byłby to temat związany z nową koncepcją procesu spalania paliwa w cylindrze w systemie dwóch komór, dający znaczne zmniejszenie strat wewnętrznych silnika. Dodatkowo, po ukończeniu kursu magisterskiego widziałby mnie chętnie jako asystenta w swojej katedrze, z tematem pracy doktorskiej przedłużającej moją pracę dyplomową. Na zakończenie naszego spotkania dodał, że konsultantem mojego tematu dyplomowego będzie pan Loth, adiunkt w katedrze i jednocześnie dyrektor biura projektów silników spalinowych w Warszawie.

Mimo że do dania ostatecznej odpowiedzi miałem jeszcze kilka miesięcy, sprawa wyboru kierunku mojej przyszłej pracy zawodowej często powracała w moich rozmyślaniach. Nie ukrywam, że propozycja profesora bardzo „połechtała” moją ambicję i a priori nie było przyczyn, by się z nią nie zgodzić. Ale a posteriori akceptując ją jako początek mojej przyszłej kariery naukowo-pedagogicznej, skazywałem siebie na wykonywanie zawodu, który nie miał dobrego „obrazu” w mojej świadomości. Działalność naukowa zrobiłaby ze mnie trochę „mola książkowego”, a działalność pedagogiczna sprowadziłaby się do codziennych zajęć podobnych do siebie jak dwie krople wody, a więc te same pytania te same odpowiedzi, te same problemy. W obu dziedzinach miałem już jakieś doświadczenie i wiedziałem dobrze, że to nie było to, co odpowiadało najlepiej mojemu charakterowi i sposobowi prowadzenia życia na co dzień. Im więcej o tym myślałem, tym bardziej wybór wydawał mi się niejasny. Wobec tego zamknąłem rozdział rozmyślań stwierdzeniem fatalisty: będzie to, co czas przyniesie.

Tradycyjnie było przyjęte na uczelni, że ostatnie półrocze magisterium poświęcało się opracowywaniu pracy dyplomowej, ostatnie wykłady kończyły się bowiem z letnią sesją egzaminacyjną, co pozwalało przyszłym absolwentom rozpoczęcie pracy zawodowej przed złożeniem dyplomowego projektu do oceny. Taki był również i mój plan działania. Toteż po zdaniu ostatnich egzaminów w czerwcu 1957 roku i otrzymaniu obliczonego przez dziekanat średniego stopnia ze wszystkich egzaminów i z zaliczenia ćwiczeń w okresie studiów, stawaliśmy się oficjalnie absolwentami Politechniki Warszawskiej, choć na razie jeszcze bez dyplomów. Moja średnia ocena z całych studiów, składająca się ze średniej arytmetycznej 54 ocen otrzymanych w tym okresie, wyniosła 4,38 punktu na 5 możliwych, co mnie stawiało między pierwszymi z całego roku.

Po załatwieniu jeszcze różnych formalności na uczelni zgłosiłem więc moją decyzję rozpoczęcia pracy od października do komisji nakazów pracy i zdecydowałem się wyjechać na kilka tygodni wakacji, aby po raz ostatni spędzić je beztrosko jako student, przed zasiedleniem się na stałe w ankietowej rubryce pochodzenia, z mniej dumnym określeniem „Inteligenta pracującego”. Pomiędzy proponowanymi nam na liście nakazów prac, najbardziej przyciągała mnie oferta pracy w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu. Sentymentalnie byłem z nią związany już z okresu liceum na Pradze, gdy grałem w ich ekipie siatkówki, poza tym pracując w FSO, miałem prawo do zameldowania na stałe w Warszawie, co było dla  mnie bardzo, bardzo ważne. Proponowana zapłata miesięczna wynosiła1650 złotych plus premia 15%, czyli była dwukrotnie większa niż płaca asystenta na politechnice. Wybór stał się dla mnie oczywisty i tak zwykła przyczyna materialna położyła kres mojej niedoszłej karierze naukowca. Ale gdyby było inaczej, Opowieści moje byłyby inne?

Spotkałem po latach przypadkiem w Mikołajkach profesora Rytla, gdy stał obok samochodu z podniesioną do góry maską. Pomogłem mu zaopatrzyć się w benzynę, która skończyła się przedwcześnie i daleko od stacji paliw. W pobliskiej kawiarni, gdzie usiedliśmy by pogawędzić chwilę, wymieniliśmy wspomnienia ze wspólnych wyjazdów do zakładów produkujących silniki w Poznaniu, w Andrychowie, wizyty na statkach pełnomorskich, jazdy na lokomotywach dieslowskich. Przeprosiłem go raz jeszcze, że nie skorzystałem z propozycji pracy w jego katedrze. Pokiwał na to głową, a widząc znaki rejestracyjne samochodu z Francji, powiedział z półuśmiechem: „Nie sądzę, że pan dokonał złego wyboru, praca na uczelni niewątpliwie ma wiele zalet, ale jest bardzo absorbująca i często niewdzięczna”.

W pewnym momencie rozmowy powrócił do mojej pracy dyplomowej stwierdzając, że dokumentację, którą zgromadziłem i rozwiązania techniczne, które zastosowałem w projekcie oceniał wtedy wysoko. Zapytał również, czy nie zostawiłem sobie kopii mojej pracy, gdyż ta z katedry zniknęła tajemniczo i bez śladu, a do jego aktualnej pracy nad tym tematem bardzo byłaby mu przydatna. Niestety, kopii nie zachowałem, a co do zniknięcia pracy miałem swoje zdanie. Ten temat stał się z czasem rozwiązaniem technicznym, które zaczęło wchodzić do zastosowań przemysłowych i inne biura w Polsce pracowały nad tym problemem intensywnie. Ale to już zostawiłem dla siebie.

Profesora zachowałem w mych wspomnieniach jako kompetentnego pedagoga i bardzo wartościowego człowieka.