Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Listopadowe przymrozki przyniosły ze sobą zapowiedź wcześniejszej zimy i zmniejszenie lekkiej gorączki, która latem podniosła się w społeczeństwie.

Po niedawnych wydarzeniach październikowych podjęte kroki przez władze partyjno-rządowe były zgodne z tradycją. Na samym wysokim szczeblu wymieniono kilka portretów na inne, zachowując jednak starannie te same ramy, ale już bez zużytych Goździków. Odchodzącym wręczono cenzurki zawierające krytykę popełnionych przez nich błędów, a ci którzy zostali, już bez niepotrzebnej krytyki, ale samokrytycznie przyznali się do przejściowego braku czujności. Inni jeszcze, świadomi że coś było na ich stanowisku nie tak, oświadczyli bez śmiechu, tak jak to zrobił premier Cyrankiewicz, że ich nie trzeba zmieniać, gdyż oni sami zdążyli się już zmienić w pożądanym kierunku. A propos, wydaje mi się, że „były” długowieczny premier (chyba 25 lat na świeczniku!) stał się przykładem dla wielu działaczy lat dziewięćdziesiątych, którzy chcąc zostać nadal przy władzy, stali się mistrzami w używaniu prawa mimikry, czyli dopasowywania swojego koloru do zmieniających się szybko warunków otoczenia. Myślicie pewnie o… tych samych osobach co i ja! Ze Związkiem, co nam doniosły gazetowe tytuły, został podpisany odpowiedni protokół, mocą którego ich „sołdaty” ze swoim wojennym „orużem” mieli się skoncentrować w specjalnie wydzielonych rezerwatach, gdzie wstęp i zwiedzanie ich było tubylcom surowo zabronione.

Na uczelni życie powracało również szybko do swego normalnego toku. Po zakończeniu letniej sesji staliśmy się już inżynierami z ukończonym czteroletnim stażem nauczania. Równo połowa z naszego roku została skierowana na studia drugiego stopnia o wdzięcznej nazwie „magisterskich”, podczas gdy pozostała połowa zaopatrzona w nowo otrzymany dyplom inżyniera, otrzymała skierowania do pracy, które nosiły wtedy trochę nieelegancką nazwę nakazów pracy. Jako pracę dyplomową dla tytułu inżyniera, miałem do zaprojektowania jednostopniową turbinę parową, z dwukrotnym rozprężeniem pary, znanej wśród specjalistów pod nazwą „koła Curtisa”. Ponieważ to urządzenie było znane i opisane ze wszystkich stron, więc nie miałem najmniejszego problemu, by liczyć, rysować plany, wykreślać adiabaty, izobary czy kopiować z różnych źródeł niezbędne opisy, tak aby doprowadzić zadany mi temat do radosnego końca, to znaczy do recenzenta. Widocznie to odpowiadało jego radosnym oczekiwaniom, gdyż ocena, którą mnie obdarował, była dla  mnie więcej niż radosna.

Nie wiem, czy było to wynikiem nieśmiałej tegorocznej odwilży, czy naszej rutyny starych studentów, lecz wiele elementów naszego codziennego życia ulegało zmianie. Jednym z nich była dyscyplina obecności na zajęciach. Nie była ona przestrzegana z równą surowością jak dawniej, więc w zależności od tematu i profesora, który się nim posługiwał, by wykładać na uczelni, bywałem mniej skrupulatny w zapewnieniu mojej obecności, zwłaszcza w pogodne dni sprzyjające grze w siatkówkę, czy w dni wyjazdów na mecze. Również przygotowanie się do egzaminów nie miało dla mnie wcale tego samego rygoru co dawniej. Oceny z egzaminów przestały być bowiem rodzajem konkursu dla otrzymania stypendium czy prawa dla pójścia na studia magisterskie, pozostał po prostu obowiązek zaliczenia ćwiczeń czy zdania egzaminu w wyznaczonych terminach.

Dla zilustrowania tego przytoczę mój egzamin z „Pomp wodnych”. Przedmiot nie zaliczał się do ważnych i może dlatego egzamin z niego był powierzony dwóm asystentom, którzy w dwóch oddzielnych salach prowadzili rozmowy „tematyczne” ze studentami, którzy zdecydowali się skonfrontować w tej dziedzinie ich wiedzę z wiedzą egzaminatora. Przechodząc przypadkiem w pobliżu spostrzegłem, że przed gabinetem jednego z asystentów nikt nie czekał na wejście. Zapukałem, wszedłem.

Po obopólnym stwierdzeniu, że dla każdego dzień był dobry, wyraziłem przekonanie, że jeśli pan asystent był gotów poświęcić mi trochę czasu, to ja byłbym skłonny pochwalić się moimi znajomościami z pompowego tematu. Na pierwsze pytanie asystenta odpowiedziałem poprawnie, ale drugie wprawiło mnie w duże zakłopotanie. Nie chcąc zabierać mu cennego czasu, wyjaśniłem, że muszę chyba ponownie powrócić do przejrzenia materiałów pompowych tak, aby z większym obopólnym pożytkiem móc kontynuować naszą miło zaczętą rozmowę. Asystent zachował się bardzo sportowo oświadczając, że skoro sam stwierdzam, że nasz mecz dzisiaj byłby nierówny, to rzeczywiście powinniśmy go odłożyć na dzień czy dwa. Po wzajemnym życzeniu sobie spotkania się raz jeszcze, wyszedłem.

Przechodząc w końcu korytarza obok gabinetu drugiego egzaminatora i stwierdzając, że i tu nikt nie czekał przed drzwiami, zdecydowanie wkroczyłem do środka. Pan asystent widocznie nudził się, oczekując na pojawienie się jakiegoś kandydata do rozmowy, gdyż widząc mnie zapytał z niepokojem: „Pan na egzamin, nieprawdaż?” Wyraźnie czekał na moją potwierdzającą odpowiedź, nie mogłem go więc zawieść. „W zasadzie przewidziałem zgłosić się dopiero pojutrze, lecz jeśli pan dysponuje czasem to mógłbym…” – wolałem zostawić sobie otwartą furtkę w razie gdybym trafił znowu na trudne pytania. Okazało się, że asystent miał czas, wobec czego po zaproszeniu mnie do zajęcia miejsca naprzeciwko siebie, postawił mi dwa czy trzy pytania, raczej proste, chyba dlatego, że mogłem mieć pewne luki w mojej wiedzy spowodowane przedwczesnym wejściem na egzamin. Moje poprawne odpowiedzi zadowoliły jego ciekawość i nasza dalsza rozmowa przeszła na dziedzinę sportu, gdyż jak się okazało sam też grywał amatorsko w siatkówkę. Nie wzbraniałem się, aby zaakceptować ocenę czwórkową, którą mi przedłożył jako wynik naszego spotkania,. Zaproponował jednak, że jeśli chciałbym mieć piątkę, to przez lojalność wobec profesora, musiałby mi postawić jeszcze pytania wchodzące głębiej w program pracy. Podziękowałem za propozycję, tłumacząc moją odmowę jedynie koniecznością pójścia na bardzo ważny trening, gdyż ostatni przed czekającym nas kolejnym meczem w lidze.

Czasu niezagospodarowanego niewątpliwie mieliśmy więcej niż poprzednio. Toteż niektórzy z kolegów starali się go wypełnić różnymi przyjemnymi zajęciami, nie zawsze przewidzianymi w programie nauki czy w regulaminie mieszkańca akademika.

Rysiek, jeden z moich sympatycznych kolegów, mający rozwinięte poczucie humoru i obserwacji bliźnich, postanowił uczcić zbliżające się święta Bożego Narodzenia w sposób bardziej okazały. Trudności z nabyciem w jakimkolwiek sklepie sztucznych ogni, poszukiwanych dla tradycyjnej dekoracji choinek, natchnęły go ideą dostarczenia na rynek deficytowego produktu. Ostatecznie nie ma nic prostszego dla inżyniera, jak zdobyć niezbędne składniki znane od wieków i domowym sposobem przystąpić do konfekcjonowania wybuchowego produktu. Tak się też stało.

Po wyszukaniu komponentów, co nie zawsze było rzeczą łatwą, między apteką z węglem drzewnym na żołądek, ścianą starej piwnicy z wyhodowaną na niej saletrą, nawozami sztucznymi dla nitratów i opiłkami metalowymi, żeby ognie ładnie błyskały, mógł ze swoim pomocnikiem-współmieszkańcem przystąpić wreszcie do końcowej fazy produkcji. Po wyprodukowaniu w pokoju próbnej partii, należało przeprowadzić, niezbędne przed rzuceniem nowego produktu na rynek, próby jego działania. Problem znalezienia odpowiedniego dla doświadczeń poligonu również okazał się prostym do rozwiązania.

W tym czasie nasza magisterska społeczność mieszkała w akademiku przy ulicy Mochnackiego. Sam budynek różnił się od poprzedniego wysokością, gdyż miał tylko cztery piętra, ale podwórko studzienne było takie same, choć mniej głębokie. I właśnie to podwórko, po którym nikt nie chodził z obawy, by nie otrzymać jakiegoś przedmiotu na głowę, położone korzystnie obok wytwórni i składu lansowanego produktu, zostało wybrane jako poligon doświadczalny. Protokół doświadczeń przewidywał badania efektów dźwiękowo-błyskowych, gdyż nową śmiałą ideą było połączenie testu efektownego rozrzucania w powietrzu żarzących się gwiazdeczek, z testem wybuchowości.

Sam próbnik był bardzo prosty, gdyż składał się z kałamarza napełnionego produktem i zaopatrzonego krótkim, fabrykowanym również na miejscu, lontem. Wystarczyło teraz wieczorową porą dla lepszej obserwacji efektu rozbłyskowego, spuścić go przy pomocy nitki na wysokość okna, gdzie dwóch braci znanych dobrze wszystkim, „zakuwało” nocami niemiłosiernie przedmioty. Ponieważ lont zapalony wcześniej zapalał zawartość kałamarza, gdy ten wahał się naprzeciwko docelowego okna, więc efekt był murowany. Rozbłysk, fontanna świecących ogników (test 1), odgłos wybuchu (test 2) i dwie głowy wychylające się z okna „u kowali”, z krzykiem adresowanym do anonimowego sprawcy z wyższych pięter (ocena siły wybuchu) i pojedyncze krzyki z innych okien wzywające do zachowania potrzebnej im ciszy (powracające echo).

Wezwana milicja nie straciła dużo czasu, aby przeszukać pokoje znajdujące się nad docelowym oknem. Wchodzący, zastali naszych dwóch kolegów w trakcie ucierania w moździerzu następnej partii produktu, tym razem przeznaczonego dla celów komercyjnych. Od wyrzucenia z uczelni uratowało ich chyba to, że na skutek „odwilży” władze miały inne problemy. Tak więc próba wejścia na rynek z atrakcyjnym nowym towarem zakończyła się fiaskiem. A dla niedoszłych przemysłowców, po konfiskacie surowców oraz produktu i po krótkim pobycie na posterunku milicji, pozostało tylko jako wspomnienie ich twórczej, lecz niedocenionej pracy, z naganą wpisaną do kartoteki studenta na uczelni.