Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wolności słońce pieści lazur,

Łódź nasza płynie w świata dal.

Z okrętu dumnie polska flaga,

Uśmiecha się do morskich fal!

Jak do tego doszło, że pewnego pochmurnego, październikowego dnia znalazłem się przed Domem Partii w Warszawie, aby żądać wypuszczenia kardynała Stefana Wyszyńskiego z miejsca jego zesłania i przywrócenia mu swobody w działalności, jaką nakładała na niego funkcja Prymasa Polski?

Nie, nie byłem tam sam. W tłumie stojącym przed frontonem okazałego, niebrzydkiego budynku w stylu wczesnego socjalizmu, byłem zagubiony pomiędzy tysiącami innych, jak zresztą wielu studentów z różnych uczelni. Czekaliśmy nieruchomi na ukazanie się kogoś odpowiedzialnego z ramienia partii, który by pokrzepił nas jakąś obietnicą. Bowiem nasza obecność nie miała w sobie nic kontrrewolucyjnego, skandowaliśmy tylko od czasu do czasu: „Wy-szyń-ski! Wy-szyń-ski!” „Wol-ność! Wy-szyń-ski! Gomułka!”

Na balkonie budynku, mającym służyć jako trybuna honorowa dla eminentnych członków partii w czasie radosnych i masowych defilad pierwszomajowych, nie było tego, którego wszyscy oczekiwaliśmy, nowo wybranego sekretarza partii, towarzysza Wiesława, Władysława Gomułki. Okresowo pojawiali się tam natomiast anonimowi działacze, którzy przez głośniki zachęcali wszystkich zebranych do rozejścia się i pozostawienia czasu naszym działaczom na dokonanie ważnych kroków dla budowy naszego, jeszcze lepszego jutra.

W końcu pojawił się ON sam osobiście! Cisza zapanowała w tłumie w oczekiwaniu na jego słowa, bo przecież to jego obecność na czele partii była już rękojmią dla większości obywateli PRL, że za nim przyjdą wkrótce, może nawet już jutro, te dawno obiecane dni nowego dobrobytu. Ochrypłym głosem zaprosił wszystkich, jak inni przed nim, do zaprzestania wiecowania, dania mu czasu na podjęcie ważnych kroków i rozejścia się w spokoju do domów. Żadnej obietnicy, nic i neni!???

Początek roku akademickiego w październiku 1956, był również nowym niemającym sobie podobnego w powojennej Polsce. Rozmowy wśród rzeszy studentów, zaczynających nowy i powtarzający się bezimiennie cykl wykładów – ćwiczeń – egzaminów, nie ograniczał się tylko do rozmów związanych ze spędzonymi wakacjami czy z nowym programem zajęć. Studencka brać miała tym razem dziwną tendencję do grupowania się, aby między sobą dyskutować o rzeczach mało związanych z uczelnią czy z życiem prywatnym. Tematami rozmów stały się rzeczy mało od nas zależne, a właściwie wcale, tym niemniej mówiło się o obecności wojsk radzieckich na terenie Polski, o zadaniach mas pracujących, o nowych działaczach, którzy, gdy dojadą do władzy, na pewno uzdrowią chromający na obie nogi nasz system gospodarczy.

Ja sam, mimo mego chronicznego braku entuzjazmu do wszystkiego co tyczyło się działalności politycznej, tym razem nie czułem się na zewnątrz tej budzącej się aktywnej kontestacji. Bowiem, jaka będzie rzeczywistość dla  nas na co dzień, miało dla mnie duże znaczenie, gdyż moje życie dorosłego, a wkrótce już samodzielnego obywatela, będzie się właśnie w niej odbywać. Toteż gdy pokątne początkowe rozmowy stały się mniej pokątne, gdy ogłoszenia pisane ręcznie na kartkach rozwieszanych wszędzie, zaczęły dawać szczegóły tego, co się działo na Węgrzech i nawoływać do organizowania pomocy dla naszych tam bratanków, czułem się coraz bardziej bliski temu, co się działo.

Wziąłem udział w wiecu zorganizowanym w auli Politechniki, na którym różni mówcy namawiali do coraz śmielszych akcji, do otwartej manifestacji na zewnątrz budynku, a dlaczegoż by nie, do powołania jakiegoś komitetu do czegoś tam. Przesiedziałem razem z innymi jedną czy dwie noce na politechnice, by być gotowym na wypadek, gdyby coś nadeszło. Mówiono o tym, że Warszawa została już okrążona przez radzieckie oddziały, które przemieszczały się w kierunku stolicy z różnych miejsc na nasze terytorium, że ich czołgi i samoloty były już gotowe… Podobno nawet nowy sekretarz sowieckiej komunistycznej partii Nikita przyleciał samolotem na Okęcie, by tam się spotkać, a może i by się dogadać z naszym Wieśkiem. Mówiono bowiem dużo, lecz nic pewnego nie było wiadomo!

Stąd gdy rzucono hasło „Wolność dla Wyszyńskiego”, nie wahałem się ani chwili, by pójść z innymi pod Dom Partii i grzecznie prosić nasze najwyższe władze partyjne o jego uwolnienie. Co też zrobiłem z głębokim wewnętrznym przekonaniem, że był to mój obowiązek. Początkowo słuchałem z dużym zainteresowaniem wystąpień w auli nowych, nieznanych mi głów wśród studenckich wodzirejów, lecz nie tylko. Okazało się, że i wśród „wpływowych” niektórzy byli już po stronie tych, co na mównicy mieli dużo do powiedzenia. Spostrzegłem nawet raz pod krużgankami stojącego w zamyśleniu profesora Berlera i byłem tym trochę zaniepokojony. Jak to, on też popiera kontestację reprezentowaną przez rzesze studentów zgromadzonych w auli?

Lecz sprawy nie stanęły na tym i coraz większa ilość nowych aktywistów zaczęła stawiać inne cele dla naszych nowych manifestacji. Wkrótce za ich namową wyszliśmy za obręb gmachu Politechniki, by zorganizowanym pochodem pójść w stronę Placu Zbawiciela, a potem dalej. Gdzie? Nie wiadomo. Nagle, na ulicach wiodących na Plac Politechniki ukazały się oddziały milicji i mało znanych jeszcze w tych czasach „zomowców”. Nieprzygotowane do tego spotkania pierwsze szeregi „naszych”, spałowane szczodrze przez następujących w zwartych szykach „mundurowców”, „podały tyły”, czyli odwróciły się plecami do mało delikatnych napastników.

Ja, będąc w środku tłumu wyraźnie zdezorientowanego, poczułem nagle brak jakiejkolwiek chęci do dokonania bohaterskiego czynu, czy pociągnięcia własnym przykładem innych do oporu. Wręcz przeciwnie, korzystając z moich długich nóg, wkrótce znalazłem się na czele tych, co „szorowali” Nowowiejską, ale w odwrotnym kierunku. Dlatego też byłem pomiędzy pierwszymi, którzy spostrzegli, że nasza nowa „droga zaleszczycka” planowego odwrotu, była już przecięta nową kompanią mundurowców wyczekujących pilnie z pałkami na nasze podejście.

W tej dramatycznej dla mnie wizji, zobaczyłem jeden, jedyny punkt pozwalający uniknąć pałowania, a mianowicie szpital wojskowy znajdujący się naprzeciwko Politechniki po drugiej stronie Nowowiejskiej. Ba, ale droga ku niemu była zamknięta przez dwumetrowy mur (dziś nieistniejący), przeszkodę zbyt wysoką, bym mógł powtórzyć na niej mój wyskok, jak na łóżko w akademiku. Lecz żadna przeszkoda nie była w stanie zagrodzić biegnącym drogi ku wolności. Zorganizowanym samorzutnie sposobem, kilku kolegów podrzucało innych na szczyt muru, ci z kolei wciągali na niego byłych podrzucających, którzy sami stawali się wciągającymi, a spadający od strony szpitala, wyciągali już nogi jak mogli i zmykali ku innym prowadzącym do wolności wyjściom z obrębu szpitalnego.

W drodze do cioci na Czynszową miałem czas na uporządkowanie moich lekko potarganych myśli, gdyż z powodu „szwankowania” systemu komunikacji miejskiej dużą część drogi musiałem odbyć pieszo. Idąc słyszałem rzadkie, lecz wyraźne, głuche odgłosy strzałów armatnich dochodzących do mnie od strony Rembertowa. Miało to dla mnie dwa natychmiastowe efekty, przyspieszyło znacznie szybkość mojego marszu i zmniejszyło katastrofalnie moją gotowość do manifestacji. O ile pierwszy efekt był automatyczny i nie wymagał analizy myślowej, o tyle drugi nie przyszedł niepostrzeżenie.

Bo naprawdę, o co miałem walczyć, manifestując? Wolność dla Prymasa? Tak, na pewno tak! Byłem z tymi, co o to prosili, lecz nic innego więcej nie można było tu zrobić. Zamienić nasz socjalizm na inny, ale jaki? Takiej alternatywy nikt do tej pory nie proponował i wymienić go „w ciemno” na system, którego nie znałem, nie wydawało mi się logiczne i potrzebne. Popierać nowych przywódców? Ochab czy Gomułka? Tu już miałem swoje „pewniki” przemyślane wcześniej. Mianowicie, dla mnie to była po prostu zmiana „warty” u tych, co byli już przy władzy. Ci na świeczniku, którzy przeżyli wojnę w kraju, mieli dosyć podporządkowania tym, których nam władza radziecka podarowała i którzy lata wojny spędzili bardziej bezpiecznie z drugiej strony Bugu. A w moim pojęciu taka zmiana, a raczej zamiana osób, nie dawała nic społeczeństwu, to był system wahadła, które zmieniając pozycję, nie zmienia nic w przesuwających się monotonnie wskazówkach. Nie znałem ani jednego z nich i a priori obaj byli dla  mnie jednakowi, zarówno w programie, jak i w jego wykonaniu. Nic nowego tu nie widziałem, a obecność byłego naszego ideologa w auli też potwierdzała moje wnioski. Tu więc mój udział w manifestacjach był również do wykluczenia.

Sowieckie wojska w Polsce? Oczywiście byłem przeciw ich obecności. Miałem dosyć nowo odkrytego Polaka w osobie importowanego ze Związku marszałka Rokossowskiego, a którego portrety, z jedną brwią nienormalnie podniesioną do góry od ciągłego picia herbaty z niewyjętą ze szklanki łyżeczką, zdobiły ściany w całej Polsce. Tak, również była ciężka do zaakceptowania obecność oficerów radzieckich dublujących w polskim wojsku wszystkie punkty dowodzenia począwszy od batalionu. Byłem Polakiem i wierzyłem, że tylko wojsko polskie może bronić szczerze interesów kraju! Tak, ale tu manifestując, można zajść szybko zbyt daleko, jak to pokazał przykład węgierski, a skończyć przedwcześnie niezaczętą jeszcze moją karierę inżyniera, nie miałem na to żadnej, ale to żadnej ochoty!

Toteż dochodząc do mieszkania cioci, mój rachunek sumienia został zakończony z jednogłośnie przyjętym programem dla mojej dalszej drogi: nauka – tak, sport – jak najbardziej, aktywność w polityce – nie, a sama rewolucyjność czy kontrrewolucyjność –absolutnie nie! Mogłem być wdzięczny Rzymianom za ich lapidarne sformułowanie, które tak dobrze pasowało do rezultatu moich przemyśleń: „Veni, vidi, vici”. Odniosłem pełne zwycięstwo nad moimi rozterkami!

Powiedziałem cioci, że z powodu zamieszek na uczelni zostanę kilka dni u nich, by zająć się Kazikiem, którego wychowywanie zaniedbałem od pewnego czasu. Ciocia wyraziła szybko na to swoją zgodę, będąc przekonaną, że, „to, co się dzisiaj dzieje, mój Rysiu, niczego dobrego nam nie przyniesie”. Amen!