Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Co mogę powiedzieć ciekawego o moim pobycie w Ciechocinku, gdzie się znalazłem pewnego wrześniowego dnia, zaopatrzony w skierowanie na leczenie z „Cebuli”?

Samo miasteczko, położone w zupełnie nieciekawym krajobrazowo pejzażu, żyło chyba głównie z kuracjuszy i to nienajlepiej. Na niektórych fotografiach, pocztówkach sprzedawanych w kioskach „Ruchu” można było zobaczyć okres świetności tego uzdrowiska w innej, dawno już minionej epoce. Prawdopodobnie ludzie, którzy wtedy przyjeżdżali tutaj na leczenie, czyli jak się mówiło „jechali do wód”, mieli nieporównywalnie więcej pieniędzy niż kuracjusze, którzy – tak jak ja – otrzymali trzytygodniowe skierowanie na bezpłatne leczenie. Takie bowiem skierowanie w zasadzie zapewniało wszystko co było niezbędne do pobytu i do leczenia, a więc łóżko w pensjonacie, całodzienne utrzymanie, wykwalifikowaną pomoc lekarską oraz korzystanie z odpowiednich zabiegów. Niewątpliwie, nie było to mało, ale też społeczeństwo, które korzystało z tych kuracji nie było majętne i dodatkowe wydatki były raczej rzadkie. To nie przeszkadzało nikomu w dobrym nastroju, tym bardziej że każdy z przyjeżdżających miał w swoim programie raczej troskę o poprawienie swego zdrowia niż chęć korzystania z nieistniejących w uzdrowisku przyjemności, jak restauracje czy dansingi.

Zostałem zakwaterowany w pensjonacie pamiętającym jeszcze stare dobre czasy, w pokoju na dwie osoby i mój rozkład dnia był bardzo podobny do planu innych kuracjuszy. A więc po śniadaniu raczej spartańskim, gdyż każdy miał wydzieloną porcję, która na niego czekała na stole, szło się na odpowiednie zabiegi. Dla mnie było to najpierw moczenie się w wannie pełnej błota, potem masaże biczami wodnymi i biegiem do basenu napełnionego dobrze ciepłą wodą, dostarczaną prosto z gorących solankowych źródeł. Potem sala gimnastyczna z aparatami mającymi pomóc w wykonywaniu ruchów, które z jakiegoś powodu pacjent nie był w stanie sam wykonać. Dla mnie był to kołowrotek, w który wkładałem moje ramię, by dzięki mechanicznemu prowadzeniu zmusić je do pokonania bólu i odrodzenia się naderwanych połączeń ścięgnowych. Po zabiegach porannych czekał na nas w stołówce rozstawiony na stole obiad z regulaminowym zestawem: zupa, drugie danie, szklanka kompotu lub herbaty, wszystko w porcjach znormalizowanych i bez prawa uzupełnień. I znowu sala gimnastyczna, masaże, kąpiele i tak dzień po dniu, aż do końca kuracji. Po kolacji oczywiście był czas wolny i każdy organizował go sobie według swego gustu i możliwości, którymi dysponował.

Ale największą atrakcją Ciechocinka były słynne tężnie solankowe. Były to kilkuwiekowe budowle wykonane z potężnych belek drewnianych w kształcie muru, wysokie na kilkanaście metrów i długie na kilkadziesiąt metrów, eksploatowane nieprzerwanie od czasów Staszica. Ustawione na trzech bokach czworoboku zapewniały w nim, niezależnie od kierunku wiejącego wiatru, specjalny mikroklimat zawierający różne składniki wydzielające się z gorącej wody, która spływając po napełniających tężnie chrustach, nadawała otaczającemu powietrzu te specyficzne własności lecznicze.

Park otaczający tężnie był rodzajem „deptaka”, gdzie kuracjusze, chodząc lub odpoczywając na ławkach, napełniali się bezlitośnie ciepłą wodą leczniczą, cieknącą z zainstalowanych w wielu miejscach źródlanych fontann. Ponieważ woda była obrzydliwa w zapachu z powodu zawartości siarki i równie o wstrętnym smaku z powodu mineralnych soli, więc piło się ją małymi łyczkami, by przedłużyć lecznicze efekty węchowo-smakowe. Lecz nie tylko picie wody i „waniające” powietrze przyciągało tam całą kurującą się w uzdrowisku „faunę”. Każdy z kuracjuszy (czy kuracjuszek) uważał za swój obowiązek być tam codziennie, gdyż dla jednych było to jedyne miejsce, by się móc wszystkim pokazać, a dla  innych była to okazja, by coś tam zobaczyć, a może nawet sobie coś „podebrać”. Dlatego spacery między tężniami zastępowały wszystkie inne rozrywki, które mogłyby istnieć w dobrze pomyślanym uzdrowisku.

Dla mnie, tryskającego zdrowiem mimo chwilowej przykrej kontuzji, co było ciężkie do zniesienia, to codzienny widok dużej ilości upośledzonych fizycznie dzieci i ludzi młodych. Przyjeżdżali tam bowiem na kuracje ci, którzy byli upośledzeni od urodzenia, od wypadku czy po przebyciu jakiejś choroby jak poliomielit. Widok tych biednych, bo niemogących korzystać z życia tak jak inni w ich wieku, był dla  mnie czasami dotkliwie bolesny. Niestety, poza nieokazywaniem im współczucia i traktowaniem na co dzień, jakby ich nic nie odróżniało od nas, nie mogłem im pomóc i czasami bardzo mnie to męczyło.

Ja rozwiązałem swój problem wypełnienia czasu wolnego w sposób bardziej sportowy. Nie mogąc bowiem grać w siatkówkę, po kilku dniach zaprosiłem do Ciechocinka Leszka, znalazłem mu jakieś miejsce na nocleg i odtąd ćwiczyliśmy wspólnie w wolnych chwilach sport brydżowy, w przyjaznych kółeczkach z podobnymi jak ja kuracjuszami. By gra była bardziej interesująca, graliśmy na pieniądze, lecz stawki były tak śmiesznie niskie, że wygrana czy przegrana nie psuła nam dobrego nastroju. Trzytygodniowy okres kuracji minął mi niezwykle szybko, a co najważniejsze wyniki zabiegów kuracyjnych, które przeszedłem okazały się fantastyczne. Po powrocie do Warszawy moje ramię wróciło prawie do normalnego stanu i mogłem na nowo rozpocząć treningi w klubie i uczestniczyć w rozgrywkach ligowych, czyli powrócić do nieodzownego mi życia sportowego.