Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Co miało nadejść, niestety nadeszło i po trzech tygodniach niepokojącego oczekiwania, wręczono mi wreszcie nowe buty o rozmiarze 46,5 i nieodłączne do nich onuce. Na następny dzień, rad nie rad, musiałem się stawić odziany jak prawdziwy szeregowiec, do wyjazdu na ćwiczenia pod tytułem „Ugrupowanie piechoty wsparte czołgami, w ataku za wycofującym się, lecz aktywnym wrogiem”. Wcielono mnie do piechoty, co skazało mnie na bieganie w ślad za czołgami, padanie, gdy granat wybuchł, czołganie się w kurzu i wiele innych tego typu ćwiczeń gimnastycznych.

Toteż przerwę na gorący posiłek obiadowy, przywieziony w dużych bańkach mleczarskich, powitałem z wielką ulgą. Byłem jednym z pierwszych podających służbową menażkę do napełnienia pachnącą grochówką z kawałkami mięsa, bo po przeżytym wysiłku głód mi dobrze dokuczał. I tu miałem rację, gdyż w przedostatniej bańce przedstawiciel kuchni, wyciągnął na chochli razem z grochówką odzianego w futerko zwierzaka, który według tych, co go widzieli, wyglądał na dobrze ugotowanego szczura. Spowodowało to małe zamieszanie wśród konsumentów, jedni zwracali pospiesznie spożyte przed chwilą danie, drudzy wylewali je z niesmakiem, a wszyscy domagali się wyjaśnień od zakłopotanego, lecz Bogu ducha winnego, kuchcika. W następstwie czego i zgodnie z odpowiednim regulaminem, gdzie przewidziany był i taki przypadek, obiad został oficjalnie unieważniony, a wszystkim zezwolono na wyjątkowe w okresie pokoju spożycie „żelaznej porcji przeżycia”. Ja nie mając miękkiego żołądka, zaliczyłem w ten sposób dwa obiady i uczucie głodu zniknęło bez śladu.

Po powrocie do koszar i zdjęciu butów stwierdziłem, że moje nogi były udekorowane potężnymi bąblami powstałymi na skutek noszenia zbyt obszernego obuwia. Ponieważ możliwość pójścia do punktu sanitarnego z realnym powodem była gratką dla mnie, tak jak dla wielu, więc pognałem tam natychmiast. Cywilna pielęgniarka widząc to co ujrzała na moich stopach, stwierdziła kategorycznie, że z powodu zaistniałych potrójnych bąbli miałem prawo i obowiązek, dla uniknięcia groźby infekcji i możliwych powikłań (sic!), zostać w sanitariacie na dwa dni; zakazała mi też chodzenia w butach na okres pięciu dni. Tak to pożegnałem się na zawsze z otrzymanym z tak wielkim trudem obuwiem. Mimo to nie czułem się tym wcale dotknięty, gdyż zgodnie z moim planem, przeżyłem miesiąc stanu wojskowego prawie jak bym był w cywilu i na studenckich wczasach!

Na zakończenie tego, miłego tym razem dla mnie okresu, wspomnę raz jeszcze naszego porucznika. Otóż miał on dziwny zwyczaj dodawać w trakcie wykładowego monologu rodzaj przerywnika mało pasującego do omawianego tematu, co nas cieszyło, a samo wyrażenie używaliśmy z kolei ze smakiem, jako dodatek w naszych rożnych wypowiedziach. W bibliotece-świetlicy pracowała pani bibliotekarka, miła, uczynna i co najważniejsze gotowa zawsze pośmiać się ze studencką wiarą, zaglądającą w chwilach przerwy od zajęć przez otwarte okno. Porucznik źle znosił tego typu „podchody” do interesującej go dziewczyny i pewnego dnia zdecydował się dać gromadce stojącej przed oknem i dyskutującej, odpowiednią reprymendę. Wyszedł więc do stojących i po wstępie mówiącym o braku kulturalnego wychowania u ludzi zdawałoby się wykształconych, a którzy nie wahają się używać wyrażeń raniących delikatne uszy młodej kobiety i wpadając już w automatycznie płynący monolog, dodał w pewnym momencie: „A tu pod oknem zbierają się studenci, by przeszkadzać w pracy pani bibliotekarce i używać grubiańskich słów, które ona „– i tu już bez zastanowienia wkleił swe słynne wśród nas powiedzenie – „fakt faktem, bynajmniej, k…. go mać, chcąc nie chcąc, musi je wysłuchiwać!” Nie muszę opisywać radości, jaka zapanowała w grupie podokiennej po usłyszeniu powyższej, bardzo wychowawczej deklaracji pana porucznika, złożonej przed przysłuchującą się temu z okna, panią bibliotekarką!

Ach! Ta nagle budząca się we mnie nostalgia tamtych czasów:

Jeszcze jeden mazur dzisiaj, choć poranek świta,

„Czy pozwoli panna Krysia?” – młody ułan pyta.

Lecz niedługo pyta, prosi, wszak to w polskiej ziemi,

W pierwszą parę ją unosi, a sto par za niemi!