Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wziąłem się więc energicznie do pracy w „kulturze”, by wgryźć się w nowe funkcje i przetrwać na nich możliwie jak najdłużej.

Najłatwiej przyszło mi rozwinąć działalność redaktora i wydawcy małego pisemka w formie luźnych kartek, wywieszanych na jednej z tablic znajdujących się w kulturalnym końcu, noszącego pretensjonalny tytuł „Mały Przyczółek”. Początkowo robiłem w nim krótkie „resumé” z wydarzeń krajowych, wycinając je lub streszczając z otrzymywanej z kilkudniowym opóźnieniem „Trybuny”. Ale później, przypomniawszy sobie wyczytaną chyba w miesięczniku „Przekrój” historyjkę, zacząłem redagować krótkie anegdoty na tematy angielskie, których jednorazowym bohaterem był Mister Cardigan. Dla  przykładu przytoczę tu dwie, które noszę w pamięci:

Mister Cardigan sadził ozdobne róże w swoim londyńskim ogródku. Nagle łopata uderzyła o coś twardego. Och! powiedział Mr Cardigan, to może być niewybuchła bomba z czasów wojny. Mr Cardigan się nie mylił, to rzeczywiście była bomba! Pogrzebu nie będzie, gdyż bomba była niezwykle „rozrywkowa” i Mr Cardigana nie udało się pozbierać!

Mister Cardigan w stroju nurka zwiedzał koralowe rafy na Caraibien Sea. Nagle, widząc naprzeciwko białego rekina o nazwie ludojad, Mr Cardigan wyjął zza pasa ostry długi nóż. Na co rekin zdziwiony zawołał: „Hello! Jest to możliwe, by z nożem do ryby?” Mr Cardigan, który był dżentelmenem i umiał zachować się przy stole, schował ze wstydem nóż! Pogrzebu na razie nie będzie, gdyż rekin nie został jeszcze złowiony!

By nie zostawić wdzięcznego tematu, jakim było nasze życie na co dzień, wymyślałem również krótkie historyjki oparte na realnych zdarzeniach, w których nonsens i łagodna kpina miały swoje prawa. Przypominam jedną z nich, charakterystyczna dla tego typu mojej liryki:

Donoszą nam, że nasz kolega Wiesław D., po trzydniowym pobycie w sanitarnym punkcie, odzyskał głos i prawo do opuszczenia punktu. Jak wszyscy pamiętają, został on tam przyjęty po próbie ugryzienia znalezionej pod drzewem śliwki, w której wcześniej zadomowiła się popularna wśród pszczelarzy pszczółka „Miodówka”. Niestety, próba się nie powiodła, gdyż pszczółka zdecydowana bronić swojej siedziby, odgryzła się natychmiast bardzo skutecznie. Kol. Wiesław chętnie podzieli się swoim doświadczeniem z osobami zainteresowanymi na temat: gdzie i jak dać się ugryźć pszczółce, by uzyskać od 1 do 4 dni zwolnienia z zajęć. Rezultat gwarantowany! Cena bezkonkurencyjna! Bzzz… Ojojoj!

Nie umiem powiedzieć, czy gazetka była czytana przez kolegów czy nie, lecz to nie było ważne, gdyż pisałem ją dla wypełnienia czasu, a może i trochę też dla siebie. Poza tym nie chciałem się zbytnio „afiszować,” aby uniknąć ewentualnego odnalezienia i wcielenia mnie do normalnych zajęć. Ale raz nie dużo brakowało, by dla mnie „sprawa się rypła” (wyrażenie typowo wojskowe, łagodnego typu).

Otóż jednym z podoficerów zawodowych przydzielonych do „obłuczania” naszego zgrupowania był kapral Wolny. Mówił z silnym śląskim akcentem i miał manię przestrzegania porządku w naszej ciut, ciut za obszernej sypialni. Na przykład, poduszki pod głowę nabite sianem i zwane po żołniersku „zagłówkami”, musiały być co rano ułożone na wierzchu pościelonego łóżka, zachowując idealną formę pudełka od zapałek. Brak tej formy powodował, że po „przejściowej” wizycie kaprala okoliczne łóżka zostawały przewrócone do góry nogami, a ich użytkownicy w czasie wolnym od zajęć, musieli je doprowadzać do porządku. Lub gdy znalazł (a może podrzucił), leżącą na podłodze słomkę z siennika, to tę z kolei, okoliczni lokatorzy musieli położyć na dużym kocu, wspólnie wynieść przed barak i tam po wykopaniu głębokiego dołu i położeniu słomki na dnie, starannie ją zasypać. Syzyfowa praca. I ciągle wykonywana w czasie wolnym od zajęć.

Te i inne „tortury” dyscyplinarne spowodowały, że nasz Wolny „podpadł” wielu kolegom, a ci nie wahali mu się odpłacić „pięknym za nadobne”. I tak pewnego wieczoru kładąc się spać, odkrył pod swoim prześcieradłem garść waty szklanej, co bezsprzecznie było aktem prymitywnej zemsty. Kiedyś znów, robiąc małą poobiednią drzemkę w magazynku, znalazł się sam na sam z zapaloną święcą dymną, którą ktoś mu tam wrzucił, po wcześniejszym zasunięciu skobla na drzwiach komórki. Od zagazowania uratował go skobel, który fizycznie był w słabszej formie niż zaryglowany. W inny dzień z kolei, pojawiły się w jednostce klepsydry ogłaszające pogrzeb nieszczęsnego kaprala. Ponieważ ktoś z góry pomyślał sobie, że skoro klepsydra to pismo, a skoro pismo więc i redaktor gazetki nie powinien być daleko. Byłem w tej sprawie przesłuchany, ale uznano mnie za niewinnego, co było absolutną prawdą, gdyż nie mogłem mieć nic wspólnego z podobnymi „żartami” bez odrobiny polotu.

Innego charakteru była idea stworzenia zespołu „śpiewnikowego”. Pomysł nie był oryginalny, bo oparty na istniejących wtedy mobilnych zespołach Państwowego Teatru Objazdowego, które niosły w polskie sioła i wioski sztuki Moliera, Szekspira i innych, zgodnie z planem „ukulturalnienia” naszej zacofanej prowincji. Stworzenie takiego zespołu pozwalało na częściowe wyłączenie z zajęć w terenie trzech moich kolegów, którzy nie mając dobrego głosu do śpiewania melodii (poza jednym Andrzejem), wygłaszali piosenki tylko trzecim i czwartym głosem. Wszystko to miało się dziać oczywiście pod patronatem naszego porucznika, który uwierzył w naszą działalność artystyczną na eksport. To znaczy, że po oswojeniu kilku tytułów modnych wtedy melodii mieliśmy się przygotować do wystąpienia na wieczorku śpiewaczym w niedalekim od jednostki PGR. Do naszego repertuaru wchodziły takie niezapomniane przeboje jak „Bajo Bongo” ze słowami:

Bajo Bongo, Bajo Bongo, o Bajo Bongo, o Bongo, Bajaj,

Kto te piękne słowa zna, ten śpiewa tak jak ja:

O Bajo Bongo, o Bongo, Bajaj!

Bongo ba, Bongo ba, Bongo ba, ba, ba!

Piękne, nieprawdaż? Były i inne piosenki wojskowe lub romantyczne, jak ta śpiewana w rytm zmysłowo-tęskliwych hawajskich gitar, ale bez gitar i bez żadnego instrumentu, ponieważ takowego nie mieliśmy, czyli z braku tego, po prostu śpiewana z uczuciem „a capella”:

Ryżowe pola w wodzie mokną, bawoły z trudem ciągną ciężki wóz,

Przyjdź do mnie miła, zapukaj w okno i mi na ramię głowę złóż!

Prześlicznie błyszczy morza toń, we włosach miłej róży kwiat,

Promień księżyca na nim siadł i rozweselił świat!

   Morze w bryzgach pian, pieści plaży brzeg,

   Pocałunkiem fal. Indonezjaaaaa

Ponieważ cała czwórka była brydżowa, co mówiąc między nami, było kryterium doboru do śpiewnikowego zespołu, więc próby dostrojenia się w śpiewie były nieodłącznie związane z małymi „rozdankami” brydżowymi dla odpoczynku. Nie udało nam się krzewić kultury śpiewaczej wśród okolicznej ludności, gdyż tylko raz dano nam zgodę na wyjazd „gazikiem” do PGR. Ale brak dobrej organizacji wieczoru sprawił, że śpiewaliśmy niewiele i tylko przed kilkunastoma przypadkowymi słuchaczami, co nie przeszkodziło, że dano nam tam dobrze zjeść, wynagradzając choć w ten sposób nasz trud. Sportem niestety nie zająłem się, gdyż poziom siatkówki w jednostce był beznadziejnie niski.