Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Tymczasem nasz pociąg, ten już bez historii, gdyż zwykły i towarowy, ospale, ale zdecydowanie wiózł mnie z innymi ku bliskiemu, lecz równie nieznanemu przeznaczeniu. I gdy wreszcie po wielu godzinach monotonnego rytmu kół, wystukujących ilość przejechanych odcinków szyn, dotarliśmy do miejsca przeznaczenia odkryliśmy, że nasza jednostka była zakwaterowana nie w namiotach, lecz w byłym obozie jeńców, pozostawionym w nienaruszonym stanie przez Werhmaht. Obozowisko składało się więc z długich parterowych budowli drewnianych, ustawionych równolegle w długim szeregu. Nasz barak, podobny do innych, składał się z jednego pomieszczenia spełniającego funkcję sypialni dla 120 osób, ułożonych komfortowo warstwami na metalowych piętrowych łóżkach. W jednym końcu baraku były pomieszczenia administracyjno-kulturalne, podczas gdy w jego środkowej części, kryły się dyskretne pomieszczenia sanitarne.

Po przydzieleniu łóżek i szafek cała nasza grupa studencka została kurtuazyjnie zaproszona na plac apelowy, gdzie zgodnie z regulaminem miało nastąpić ostateczne przekształcenie niemrawych cywilów w dynamicznych wojskowych. Ustawieni w dwuszeregu czekaliśmy, jak w dołkach startowych, na komendę: „Biegiem do magazynu mundurowego, macie 30 minut na zrobienie z siebie żołnierzy!” Toteż gdy padł rozkaz, wszyscy rzucili się, jak grupa biegaczy na 800 metrów, by być pomiędzy pierwszymi, dobiegającymi do magazynu i mającymi więcej szans niż inni na znalezienie potrzebnego w swych wymiarach umundurowania. Ale czy na pewno wszyscy?

Nie, na pewno nie, gdyż uważny obserwator spostrzegłby szybko, że jeden szeregowiec biegał pomiędzy stosami rozłożonego umundurowania, lecz nie starał się cokolwiek wybrać, a jeszcze mniej cokolwiek przymierzać. Do tego stopnia opóźnił swój wybór, że gdy doszedł wreszcie jako jeden z ostatnich do „przekopanego” składu – mógł tylko nałożyć na siebie przebrane przez innych elementy umundurowania. Te, jedynie poza czapką polową, były zdecydowanie zbyt małe, by szeregowiec mógł się wtopić w bezimienny tłumek „szarych szeregowców”. Był teraz łatwo rozpoznawalny po koszuli o dwa numery za małej, po mundurze z rękawami kończącymi się na połowie przedramienia i po spodniach z nogawkami z trudem dostającymi do połowy łydek. A już w całkowitym dysonansie z otoczeniem było, że zamiast w buty wojskowe nogi szeregowca zostały odziane w zamszowe półbuty (modne na mieście wśród cywilów), a zamiast słynnych onuc wojskowych widać było na jego nogach, wystające spod nogawek spodni i kokietujące wzrok swymi kolorami, cywilne skarpetki!

Podobny, lecz mniej niezależny obserwator z ramienia bratniej Armii Czerwonej, stojący obok polskiego współdowódcy jednostki, pierwszy zwrócił uwagę swojemu „alter ego”, gdy ten się pojawił, że szeregowiec, stojący dumnie w pierwszym rzędzie nienagannie ustawionego dwuszeregu wyraźnie nie pasował wyglądem do reszty. Bo co zapomniałem zaznaczyć, że tym nietypowo ubranym żołnierzem-szeregowcem byłem właśnie ja, a to co się działo, było jedynie wcieleniem mojego przemyślanego wcześniej ratunkowego planu. Reakcja dowódcy na tę ubliżającą obecność niedokończonego żołnierza była gwałtowna i w konsekwencji pomieszała chyba wygłoszenie tradycyjnie ciepłego, powitalnego orędzia na cześć nowoprzybyłych. Bowiem pułkownik, wskazując na mnie ręką, wygłosił tonem ani ciepłym, ani powitalnym: „Wy tam! Wystąp!”. Wystąpiłem na krok z szeregu i krzykliwym głosem, jak to było ćwiczone na studium wojskowym, przedstawiłem się: „Szeregowiec Pytlak!” W odpowiedzi głos jego wzrósł o dwie oktawy: „A wy tu co, myślicie, że przyjechaliście do cyrku? Zniknąć mi z oczu natychmiast!”. Wykonałem prawidłowy zwrot przez prawe ramię i odszedłem spiesznie po najkrótszej drodze, by oczekiwać na dalszy rozwój wydarzeń w części kulturalnej barako-kwatery. W rezultacie tego wycofania się, nie miałem już przyjemności usłyszeć słów powitania dowódcy, które na pewno były warte zapamiętania. No, ale trudno, nie mogłem się uskarżać, bo rzeczywiście mój mało regulaminowy strój nie pasował do powitalnego uroczystego spotkania, mającego miejsce na placu apelowym jednostki wojskowej.

Dowódca naszego zgrupowania studentów, w stopniu porucznika, pojawił się wkrótce po zakończeniu części oficjalnej. Był wyraźnie wściekły na moje nieodpowiedzialne zachowanie się na placu.

- Co wam strzeliło do głowy, aby pokazać się w szeregu bez prawidłowego umundurowania?

- Obowiązek żołnierza, obywatelu poruczniku, który nie ma prawa, nie stawić się na apel razem ze wszystkimi!

- Jak to, w takim cyrkowym ubiorze?

- Nie znalazłem w magazynie umundurowania o moich wymiarach. Włożyłem na siebie to, co się dało jeszcze włożyć. Popatrzył na mnie, oceniając chyba bardziej praktycznie moje wymiary „nie wchodzące” w posiadane w jednostce umundurowanie.

- No tak, z mundurem to jeszcze pól biedy, jakiś wymiar zbliżony do waszych rozmiarów na pewno znajdziemy, ale z butami? A który numer nosicie? Normalnie nosiłem 44, ale by być pewnym mojego planu odpowiedziałem:

- Bardzo mi przykro, noszę niestety 46, ale trzeba coś dodać jeszcze na onuce.

- No tak, 46 i pół, ale butów takiego wymiaru nie znajdziemy, musimy je sprowadzić z Bydgoszczy.

- Moja mama też miała zawsze niesłychane kłopoty z moimi butami. Brnąłem dalej w wyjaśnienia, by nie przyszła mu na myśl idea, aby samemu sprawdzić długość mojej stopy. Toteż by szybko zmienić temat rozmowy, a widząc, że raczej nie jest „twardogłowym”, kontynuowałem ciąg dalszy mojego planu ewolucyjnego, polegającego tym razem na znalezieniu miejsca dla „zadekowania” się przy lokalnym dowództwie.

- Panie poruczniku, przykro mi, że sprawiłem tyle kłopotu, ale co się stało, to już się nie odstanie – kontynuowałem filozoficznie, przechodząc na bardziej ludzką dla mnie i co najważniejsze mniej oficjalną formę „pan”. Niech się pan nie martwi, znajdziemy dla mnie niemało zajęć tutaj, na kwaterze. Mam doświadczenie w organizowaniu i prowadzeniu zajęć kulturalnych, mogę redagować gazetkę naszego pododdziału, a będąc sportowcem mogę też zorganizować grupę sportową. Zatrzymałem się przezornie, by nie zadeklarować za dużo możliwości dla mojego zatrudnienia, bo przecież nie było to wcale moim celem.

- Dobrze, przygotujcie mi program tego, co moglibyście robić, a ja tymczasem zajmę się waszym umundurowaniem.

Dopiero na następny dzień zakomunikował mi swoją decyzję, uzgodnioną na pewno u „naczalstwa”, że mam się zgłosić natychmiast, by dobrać mundur o wymiarach mojej osoby, że buty zostaną dostarczone za dwa tygodnie i że bez regulaminowych butów byłem skazany na aktywność jedynie w obrębie barako-kwatery. Uczestnictwo w wykładach teoretycznych na sali – tak, uczestnictwo na zajęciach w terenie – nie! Nie będzie mi więc dane śpiewać pełną piersią razem z innymi, powracającymi z ćwiczeń na dobrze zasłużony odpoczynek w koszarach:

Maszerują chłopcy, maszerują, karabiny w ręku szary strój,

A za nimi panny popłakują, gdyż za naszą Polskę idą w bój.

Nie noszą lampasów, lecz szary ich strój. Nie noszą ni srebra, ni złota,

Lecz w pierwszym szeregu podąża na bój, piechota ta szara piechota.