Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Rok 1956 nie był rokiem jak inne. Coś musiało się dziać nieprzewidzianego w naszym systemie budowy socjalizmu.

Mówiono o jakichś przerwach w pracy, podobno na wielkich budowach robotnicy odmawiali realizować swoje zadania, choć nikt z nas nie wiedział z jakiej przyczyny. Na uczelni też dziwny jakiś niepokój dawał się wyczuć. Nikt o tym otwarcie nie mówił z obawy, by nie być podsłuchanym i zadenuncjowanym przez kogoś z kolegów, gdyż takich co donosili, podobno można było znaleźć między nami. A może była to tylko psychoza strachu, gdyż sam nigdy nie miałem okazji zetknąć się z tym zjawiskiem, jeśli mogę to tak nazwać. Tym niemniej, na wiosnę zaczęło się naprawdę dziać coś niecodziennego.

Pierwszym widocznym objawem nowego widma kontestacji, które krążyło po politechnice, było ciche porozumienie na naszym roku, że nie pójdziemy zdawać egzaminu z marksizmu-leninizmu w zbliżającej się letniej sesji egzaminacyjnej, wychodząc z założenia, że ten przedmiot nie był potrzebny przyszłym inżynierom. I o dziwo, nikt nas nie zmuszał do zdawania tego egzaminu. Może dlatego, że kierownik katedry profesor Berler, który robił doktorat na temat życia i dzieła tow. Stalina, nagle spostrzegł, że temat ten przestał być w modzie i wolał nie prowokować nowych myślicieli, którym bohater jego doktoratu trochę „podpadł”. Ja sam nie bardzo wiedziałem, co mam o tym myśleć, gdyż w moim naukowo-sportowym światku nie było miejsca na jakieś opcje polityczne. Czułem się normalnie w systemie, w którym żyłem i nawet nie wyobrażałem sobie, by jakaś inna forma społeczna była lepsza od tej, którą mieliśmy na co dzień. I ten brak znajomości innej alternatywy, do tej pory wcale mi w niczym nie przeszkadzał.

Miałem natomiast na co dzień bardziej ważny orzech do zgryzienia, a mianowicie, jak się zorganizować, by przewidziany wkrótce miesiąc szkolenia wojskowego, nie okazał się powtórzeniem koszmarnego dla mnie pobytu w miejscowości m.Czarne. Ponieważ w wojsku, jak nam mówiono, głowa nie służy tylko do noszenia czapki, ale również i do myślenia, więc pracowicie knułem bazę mojego planu działania, który dobrze obmyślony powinien wkrótce pokazać swoją skuteczność.

Spotkanie na Dworcu Gdańskim z odpowiedzialnymi za kibitkę wojskową naszego roku do Drawska Pomorskiego było jak najbardziej udane. To znaczy, że wagony towarowe typu zakrytego, gdzie szeroko otwarte drzwi odsłaniały wiązanki słomy przewidziane dla naszego nocnego komfortu, podstawione były na bocznicy i gotowe do natychmiastowego zasiedlenia przez 120 potencjalnych żołnierzy. Ponieważ z poprzedniej podroży wspomnienia przenikliwego zimna nocami, były jeszcze jak żywe w pamięci, więc prawie całe zgrupowanie, na razie jeszcze cywilów, pozwoliło sobie sformułować życzenia pod adresem głównodowodzącego żeby otrzymać koce do przykrycia. Tym razem ja, ostrożnie, trzymałem się z daleka od formułowania jakichkolwiek życzeń, zgodnie z nagromadzonym w miejscowości m.Czarnym doświadczeniem. Nie wiem, co było przyczyną, lecz kolegów życzenie okazało się możliwe do spełnienia i na jakiejś kolejnej stacji wojskowa ciężarówka rzeczywiście przywiozła koce, które zostały nam szczodrze rozdane. Widząc to niektórzy szeptali, że pewnie szok krwawych wydarzeń w Poznaniu, gdzie wielu manifestujących poniosło śmierć, wpłynął na bardziej życzliwe odnoszenie się do nas. Może.

Lecz te tragiczne wydarzenia były szokiem również dla mnie. Słyszałem bowiem przemówienie premiera, towarzysza Cyrankiewicza, jak nienormalnie dla niego twardym głosem obiecał, że władza ludowa utnie rękę każdemu, kto ośmieli się ją podnieść przeciwko naszej socjalistycznej rzeczywistości. To już nie jakiś nadgorliwy lokalny funkcjonariusz, nie, to szef rządu robotniczego dał rozkaz strzelania do manifestujących, których jedynym żądaniem było otrzymać bardziej ludzkie warunki pracy i móc łatwiej zaopatrzyć się w podstawowe artykuły niezbędne do życia. Nagle model socjalizmu, którego nas uczono i pokazywano przekonując, że jest w służbie mas pracujących, przestał mi pasować do formy socjalizmu, który istniał wokół nas. I chyba po raz pierwszy postawiłem sobie pytanie, czy byłem z nimi w tym samym pociągu historii, który miał wieźć nas wszystkich razem do radosnego jutra.