Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Trochę później, bo latem 1956 roku pojechaliśmy na tydzień do Jastarni, małego osiedla drewnianych domów, zagubionego w lesie na Półwyspie Helskim.

Było nas trzech: Leszek, Włodek i ja. Kwaterę mieliśmy w dwuosobowym namiocie, wspaniałą piaszczystą plażę tuż przed nosem, gdyż namioty w tym czasie można było rozstawiać praktycznie wszędzie. Jedynie co nas ograniczało w prowadzeniu wystawnego trybu życia, to dokuczliwy brak pieniędzy. Każdy z nas włożył do wspólnej kasy swoją „dolę”, ale mimo tego wspólna dola wystarczała z trudem na podstawowe wydatki naszej trójki. Jedzenie w restauracji czy pójście na modne wtedy „Five o’clock”, w jedynej kawiarni w Jastarni, było poza naszym zasięgiem.

Muszę tu dodać, że słownictwo potocznej mowy zmieniało się szybko i powiedzenie: „Byłem na potańcówce w kawiarni” nie miało tego samego wydźwięku, jak rzucenie niechcący: „Byłem na fajfie”, które oznaczało coś niecodziennego, coś stamtąd. Stąd i moje nowe określenie dla starego tytułu „wieczornicy o piątej”. Niezależnie od użytego wyrażenia, szybko odkryliśmy, że fajf może nam dać możliwość napełnienia naszej pustej kasy bardzo prostym sposobem. Otóż grupa „zamożnych mieszczan” na wakacjach, po wstawieniu swych rodzin w plażowe koszyki umykała do kawiarni, gdzie mogła się już spokojnie oddać bardziej męskim rozrywkom.

W kawiarni bowiem, poza pełnym zestawem wódek i win krajowych, można było rozkoszować się słynną „kawą po polsku”, zwaną inaczej „kawą na fusach”, która niestety została wyparta dzisiaj przez zachodnie mikstury kawowe. Toteż ja, aby zachować ją dla potomności podaję recepturę, którą udało mi się odnaleźć w starej normie PN/… .

Do pustej szklanki 0,25 l wsypuje się czubatą łyżeczkę czarnej mielonej kawy (pożądana kawa leżakowana długo po zmieleniu), trochę cukru dla smaku i całość zalewa się wrzątkiem do pełna. Po postawieniu na spodeczku, należy czekać cierpliwie (bez mieszania), aż dobrze namoknięta kawa osadzi się na dnie twardą zbitą masą. Pić należy małymi łykami, by móc delektować się powoli niezapomnianym jej smakiem, bez fałszującego go aromatu kawy. Po wypiciu kawy, pozostałe w szklance fusy praktycznie nie mają już wartości handlowej i moża je wyrzucic, chociaż…

Poza smakołykami gastronomicznymi kawiarnia słynęła z dwóch działalności dostępnych tylko dla dorosłych, a mianowicie słynnych fajfów i gier towarzyskich na oddzielnej sali, wśród których królował przede wszystkim brydż. W tej sali zamożni grali w brydża na pieniądze, choć to oficjalnie było zakazane, o czym informowała tabliczka powieszona na drzwiach wejściowych lokalu: „Zabrania się uprawiania gier hazardowych”. Toteż, aby uniknąć żenującego konfliktu z obsługującym personelem, gry brydżowe nie były rozliczane na miejscu; tylko po wyjściu przekazywano sobie koperty zawierające widokówki z Jastarni i chyba nie tylko.

Uradziliśmy, że Leszek będzie naszym „koniem brydżowym”, na którego postawiliśmy na pierwszy dzień jego udziału w grze z zamożnymi, 1/3 naszego kapitału zakładowego, z nadzieją że go nam podwoi. Po wysłaniu wczesnym popołudniem Leszka do jaskini gier, gdzie przyjęto go, o dziwo, jak swojego, poszliśmy z Włodkiem na plażę, by rozmyślać jak najlepiej zużytkować przewidywaną wygraną. Wybór nasz padł na restaurację, bo generalnie byliśmy trochę niedożywieni w te ostatnie dni.

Zgodnie z przewidywaniami, Leszek powrócił do wspólnego apartamentu wieczorem, lecz był trochę markotny. Okazało się, że wydzielona część kapitału nie wystarczyła na pokrycie „braku karty” u Leszka i co za tym szło, dofinansowanie spłaty długu honorowego uszczupliło dodatkowo nasz fundusz rezerwy. Zrezygnowaliśmy na razie z restauracji, ostatecznie w barze mlecznym dania zawierały też wszystkie składniki niezbędne do harmonijnego rozwoju ciała. Znowu krótka narada potwierdziła konieczność udziału Leszka w rewanżowym spotkaniu przewidzianym nazajutrz. Wyraziłem jednak moją obawę, czy przypadkiem zamożni nie są szajką zorganizowaną do skubania naiwnych jeleni, ale nie nalegałem, gdy Leszek potwierdził, że to nie było możliwe, gdyż grano w kółko i inni nie znali się między sobą. Mimo tego przekonywującego wytłumaczenia pozostałem sceptykiem.

Na drugi dzień zmieniliśmy taktykę. Włodek i ja przyszliśmy oddzielnie do sali gier towarzyskich, udając oczywiście, że Leszka nie znamy. Stołów brydżowych było kilka, a przy niektórych grupy widzów podziwiały w milczeniu, powtarzane przez graczy litanie kodów licytacji i rozgrywki wylicytowanych partii, z których niektóre były na wysokim poziomie. Nasza uwaga była jednak skupiona na grze zespołu, gdzie grał Leszek. Obserwując uważnie licytacje i rozgrywki kolejnych rozdań zauważyłem, że każdy „kółkowy” partner grający z Leszkiem z reguły doprowadzał do przegrania ważnych partii, mimo poprawnych wspólnych licytacji i rozgrywek. Wreszcie zrozumiałem. Była to dobrze przygotowana szajka graczy, która prostymi sposobami, a których tu nie będę opisywał, „skubała naiwniaków” aż miło było patrzeć.

W toalecie, gdzie zgodnie z naszymi sygnałami Leszek wkrótce się pojawił, zapadła decyzja. Leszek symuluje ostry atak ślepej kiszki lub woreczka, Włodek i ja rzucamy się na pomoc nieznajomemu i biorąc go pod ręce, deklarujemy, że doprowadzimy chorego do pobliskiej przychodni. Leszek z bólu traci poczucie rzeczywistości i nie odpowiada na ewentualne sugestie swoich eks-partnerów. Tak też się stało. Lecz przez ostrożność, jeszcze tego samego wieczoru zwinęliśmy nasz namiot i przenieśliśmy się do pobliskiej wsi Chałupy, gdzie turystów prawie nie było, bo i nie było tam żadnego wyposażenia dla ich ewentualnego pobytu. Nas to już wcale nie martwiło, gdyż ochota na rozrywki restauracyjno-kawiarniane przeszła nam bezpowrotnie, a poważne uszczuplenie naszego funduszu postanowiliśmy zrekompensować szybszym powrotem do Warszawy. Ale ponieważ „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, wspomnienie tego wydarzenia uzdrowiło mnie na zawsze od gry na pieniądze z przypadkowymi, nieznanymi mi partnerami.