Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

A więc powracam do czasu wakacji zimowych, już drugich dla mnie w Zakopanem, gdzie pewnego poranka, dysząca od długiej wspinaczki lokomotywa, dotaszczyła mnie z Leszkiem i mrowiem warszawiaków, pragnących nasycić się widokiem ośnieżonych Tatr i wypróbować sztukę szusowania na ośnieżonych „oślich łączkach”. Przyjechaliśmy bez żadnego przygotowania, toteż po wyjściu ze stacji mieliśmy do rozgryzienia kilka podstawowych problemów.

Pierwszy etap – znalezienie kwatery. Leszek znał jakąś góralkę, która mieszkając w jednopiętrowym drewnianym domku góralskim, niedaleko od centrum, wynajmowała łóżka gościom ze stolicy. Poszliśmy pod wskazany adres, wolnych miejsc do spania oczywiście nie było, ale okazało się, że Leszka mama miała ciocię, która przed wojną mieszkała w Zakopanem i Leszek, który sprytnie objaśnił skomplikowane połączenia rodzinne, mógł już w konkluzji zwrócić się do góralki: „Kochana kuzynko, nie znajdziecie dla nas kawałka wolnej podłogi?”Okazało się, że związki krwi były wystarczająco silne, by po przesunięciu stołu z krzesłami udało się wygospodarować na podłodze werandy miejsce na dwa śpiwory z ludzką zawartością. Był tylko jeden warunek do spełnienia, osoby w śpiworach zobowiązały się nie zamarznąć nocą, gdyż weranda była zamieszkała tylko latem, a zimą używano ją jako naturalną spiżarnio-lodówkę. Dodam, że był to sposób powszechnie stosowany, gdyż pierwsze lodówki absorpcyjne, z minimalną temperaturą pustego wnętrza nie niższą niż +6°C, pojawiły się dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych. Opłata za wynajem podłogi była minimalna, a gorącą wodę na herbatę obiecano nam dać bezpłatnie.

Drugi etap – narty. Leszek, który był o dwa lata starszy ode mnie i umiał już jeździć, przywiózł ze sobą autentyczne narty do „kręcenia” na stokach. Ja nic nie umiałem, więc i nic nie przywiozłem, wobec czego ustaliliśmy, że będziemy jeździć na zmianę, gdy jeden będzie ćwiczył na nartach, drugi zajmie się zjazdem na sankach, co też dawało dużo przyjemności. Natomiast trzeci etap, dotyczący tego, co będziemy robić po nartach, postanowiliśmy rozwiązać później, po zaaklimatyzowaniu i zapoznaniu się z nowym miejscem.

„Ośla łączka”, czyli miejsce, gdzie każdy narciarz popełniał swe debiuty, była niedaleko od werandy i tam też skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. Był to kawałek terenu z lekkim spadem w jedną stronę, pokryty grubą warstwą, dobrze ubitego przez ćwiczących śniegu. Nauka jazdy na łączce była przeznaczona tylko dla samouków. Po osiągnięciu szczytu łączki z nartami na ramieniu, następował krótki proces przygotowania się do zjazdu, a więc okresowe smarowanie woskiem desek, przywiązanie nart do butów typu kamasze, choć i półbuty nie były zabronione, umocowanie kijków w rękach, a po przybraniu prawidłowo pochylonej pozycji, odepchnięcie się kijkami rozpoczynało fazę oszałamiającego zjazdu. Drogi były dwie, jedna dla zjazdu szusem, który pokonywał 150 metrową odległość w kilkadziesiąt sekund, dostępną dla tych, co umieli na końcu łączki wyhamować i druga treningowa w poprzek stoku, która pozwalała przejechać 300, a może 400 metrów, ale z szybkością sanek dla niemowlaków. Po osiągnięciu dołu łączki, odpięciu nart i oczyszczeniu się ze śniegu, rozpoczynał się proces wspinaczki, kończącej pełny cykl nauki.

Leszek jeździł tylko pół-szusem, gdyż jak mi wyjaśnił „krystiania” na krótkich dystansach była trudna do wyegzekwowania, nie mówiąc już o podwójnej, która wymagała dużych przestrzeni. A poza tym wiązania jego nart były zbyt miękkie. Kiwałem głową, że zrozumieniem, żałując, że nie mogę sam spróbować wdrożyć się do tego stylu, ale z braku nauczyciela… . Wkrótce mój styl „pługiem po chłopsku” opanowałem wystarczająco, aby przy zjeździe na łączce móc skręcić czy nawet zatrzymać się bez upadku. Toteż gdy kuzynka na drugi dzień powiadomiła nas, że znalazła dodatkową parę nart, nic już nas nie zatrzymywało, by wypróbować jak prawdziwi narciarze, jedyną trasę zjazdową z Gubałówki, która na pewno była w zasięgu moich umiejętności.

Na Gubałówkę dojeżdżało się „funikulerem”, czyli wagonami z podłogą typu pomosty na schodach, które mimo silnego pochylenia torów, pozwalały pasażerom siedzieć lub stać w normalnej pozycji. Gdy jeden wagon wjeżdżał, jego bliźniak na drugim końcu liny zjeżdżał po tych samych torach, z obowiązkowym wyminięciem się w połowie trasy, co powodowało nieodmienne pytania malusińskich adresowane do ich rodziców: „Ojej, mamo, mamo, on na nas zaraz wjedzie!” A potem: „A skąd pan motorniczy wiedział w którą stronę skręcić?” Na co mama odpowiadała wymijająco: „Spytaj się tatusia, on zawsze wszystko wie najlepiej!”.

Gubałówka była znana i bardzo w modzie wśród wczasowiczów zakopiańskiego zimowiska. Najpierw dla tych co „uważali się” za narciarzy, gdyż było to jedyne miejsce, gdzie aby zjechać na nartach, można było po prostu wjechać funikulerem, a nie wdrapywać się do góry na piechotę, z ciężkim ekwipunkiem na ramieniu. Był jeszcze co prawda Kasprowy, lecz tam problemy związane z wjazdem i ze zjazdem odstraszały wielu z tych, którzy się tylko uważali za narciarzy. Zresztą narty nie znały wtedy takiego tłumu praktykujących, jak w czasach późniejszych. Sprzęt był prymitywny i drogi, a więc rzadki i to również odstraszało wielu od uprawiania ryzykownych zjazdów na dół. Gubałówka była również atrakcją dla tych, co nie szusowali, a tylko „leżakowali” na słońcu. Było bowiem w dobrym stylu, a szczególnie wśród płci pięknej, opiekać się na słońcu na śniegowej dobrze nasłonecznionej plaży, gdzie można było spotkać, znajdującą się tam często, śmietankę ówczesnego „high life-u”.Tym bardziej że po powrocie do biura, można było zademonstrować przed Kowalską, tak by pękła z zazdrości, swój ciemnawy kolor opalenizny, co wynagradzało z naddatkiem, trud stania w kolejce dla zdobycia leżaka.

Ostatnią atrakcją, ale to już raczej dla młodzieżowej części wczasowiczów, były słynne fajfy, w kawiarni funkcjonującej na górze, w budynku przy stacji kolejki. Trzeba trafu, że Leszek spotkał swoją leżakującą znajomą, nazywaną wśród bywalców fajfów Alka-Parkieciarka, chyba z powodu jej występów w modnych jak boogi-woogi czy bebop tańcach. Ponieważ jej przyjaciel, również znany Leszkowi, pracował jako „wykidajło” w czasie kawiarnianych fajfów, więc nic dziwnego, że dzięki tej znajomości Leszek stał się na kilka dni strażnikiem porządku przy wejściu, obleganym przez tłumy chętnych pragnących dostać się do środka. Wypłacana na końcu pracowitego wieczoru suma, choć niewielka, była dla nas mile widziana, więc przez solidarność z Leszkiem, oczekiwałem cierpliwie na górze, by powrócić z nim razem do góralskiej bacówki. Niestety, po trzecim późnym powrocie z góry, kuzynka zagroziła nam wyrzuceniem z legowiska, jeśli będziemy dalej wracać późną nocą i zakłócać ciszę wypoczywających współlokatorów. Cóż było robić, wybraliśmy noclegi. Zresztą zjazdy na nartach po uczęszczanej trasie z Gubałówki nie dawały mi wiele przyjemności, zbyt często leżałem, a i przenikliwy czasami ból w naderwanym barku, również miał w tym swój udział. Tym niemniej, zdecydowaliśmy się choć raz przed wyjazdem wjechać na Kasprowy w celu dokonania wyczynowej próby zjazdu na nartach.

Miejską komunikacją dotarliśmy rankiem do Kuźnic, lecz tam dowiedzieliśmy się, że kolejka linowa funkcjonowała tylko na pierwszej części trasy, dowożąc pasażerów do Myślenickich Turni, gdyż drugi odcinek kolejki nie działał chyba z powodu zerwania się liny wyciągowej. Nastawieni, aby dostać się na Kasprowy, nie mieliśmy serca, by z tego zrezygnować. Toteż po pokonaniu przeszkody biletowej i dojechaniu do stacji pośredniej, zdecydowanie ruszyliśmy pieszo po ośnieżonych ścieżkach, ku widocznym w górze zarysom szczytu Rysy. Był mroźny, wiejący silnie wiatr i wspinaczka po krawędzi góry, gdzie wiła się ścieżka wśród głazów, była dla mnie więcej niż ciężką. Nie miałem odpowiednio ciepłego ubrania, a i buty przedstawiały sobą problem, gdyż zelówki skórzane okazały się wyjątkowo dobre do ześlizgu na oblodzonych głazach i wiele razy „wyłożyłem się” zdrowo, zanim po kilkugodzinnej wspinaczce osiągnęliśmy wreszcie upragnione schronisko na Kasprowym.

Było już dobrze zaawansowane popołudnie i według oceny innych alpinistów był najwyższy czas, by zacząć zjazd do Murowańca, a potem dalej do Kuźnic. Mimo mojego opanowania zasad pługowania, zjazd w dół był naprawdę koszmarny. Okazało się bowiem, że pług w wykonaniu łączkowym nie miał nic wspólnego z pługiem na trasie zjazdowej, gdyż ten ostatni miał dziwną tendencję do nabierania szybkości i to mimo rozpaczliwego wysiłku mych nóg, by utrzymać narty w konfiguracji leżącej jodełki. Ale gdy w końcu narty przybierały pozycję dwóch prostych równoległych, moim jedynym ratunkiem by móc się zatrzymać, był kontrolowany rzut ciała na wysoką stronę stoku. Mimo tego wybiegu, osiągnięta już szybkość była wystarczająca, by mnie sponiewierać w śniegu jak mało kogo. Sądzę, że dużą cześć trasy zjazdowej przejechałem w pozycji leżącej, ale było to również spowodowane w części moją kontuzją, jak również obawą, aby na nowo nie znaleźć się jako pacjent u lekarza w „Palmie”.