Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Po zakończeniu sesji zimowej 1956 roku zdecydowaliśmy z moim kolegą Leszkiem zacząć bardziej się udzielać na zewnątrz uczelni i jak inni poświęcić więcej czasu na aktywny wypoczynek.

Och, nasz plan nie przewidywał nic strasznego! Po prostu nasza ulepszona baza materialna pozwalała nam nie tylko oczekiwać aż ktoś wyśle nas na bezpłatne wczasy czy zaprosi na tydzień leniuchowania do swojej willi w Sopocie, ale organizować samemu nasze wakacyjne wyprawy. Baza była ulepszona, ale wystarczała zaledwie na pokrycie „minimum minimorum” kosztów przejazdu i pobytu w tych modnych miejscowościach. Dlatego słowo aktywny było dodane do wypoczynku w celu podkreślenia konieczności znalezienia dodatkowych dochodów, aby pokryć nasze ewentualne ekstra wydatki na miejscu, czyli krótko mówiąc, pozwoliłoby nam „szpanować” przed innymi! W tej to perspektywie przewidzieliśmy dokonać dwóch „wyskoków”, zimą do Zakopca, aby „pokręcić” tam na nartach i latem do Jastarni na Helu, aby popływać w Bałtyckiej pływalni.

Nasza przyjaźń z Leszkiem zaczęła się od wspólnych treningów siatkówki na uczelni, w ramach przygotowania drużyny Politechniki do rozgrywek międzyuczelnianych. Leszek usiłował znaleźć swoje miejsce w drużynie, lecz gdy to się mu nie udawało, zrezygnował z siatkówki i wziął się za intensywne trenowanie brydża, bo to też sport, jak mówił. Tu jego umiejętności potwierdziły się szybko i Leszek stał się dla nas partnerem, z którym było przyjemnie grać i łatwiej wyjść zwycięsko w turniejach par, organizowanych często wśród zespołów brydżowych. Chociaż były i wpadki.