Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Pod koniec miesięcznej praktyki zawodowej, w czasie objadania się jarzynami rosnącymi dziko obok naszej kwatery, kawałek ciernia wbił się w mój wskazujący palec i tam pozostał. Początkowo nie zwróciłem na to uwagi, ale gdy palec mi spuchł i stal się gorący, zaraz po powrocie do Warszawy, zdecydowałem się pójść do lekarza. Tym bardziej było to pilne, że na początku sierpnia miałem znów wyjazd na obóz „Spójni” do Wałcza i stan moich palców miał duże znaczenie dla oczekującej mnie gry w siatkówkę.

Do obsługi lekarskiej studentów mieliśmy przychodnię lekarską, noszącą egzotyczną nazwę „Palma” i mieszczącą się na parterze budynku naszego akademika, ale z wejściem od ulicy Mochnackiego. „Palma” nie miała dobrej opinii w środowisku studentów. Podobno nie łatwo było tam dostać potrzebne często „na gwałt” zwolnienia z wykładów czy egzaminów, i to mimo przekonywującego motywowania ich różnymi dolegliwościami; jak również zestaw lekarski nie odznaczał się szczególną troskliwością w udzielaniu, czasami nawet niezbędnych zabiegów. Nie mając jednak dużo czasu, zdecydowałem się pójść do „Palmy”, aby tam pochwalić się komu trzeba moim niezbyt ładnie wyglądającym i lekko pulsującym „wskazującym”. W poczekalni nie było nikogo, ale przez półprzymknięte drzwi od sekretariatu dochodziły mnie odgłosy rozmowy. Dzięki Bogu, nie byłem sam i ktoś się wkrótce mną zajmie. Rozumiejąc, że okres wakacji ma swoje prawa, czekałem cierpliwie, aż ktoś zauważy moją nieśmiałą obecność.

Nie wiem jak u innych, ale sam fakt znalezienia się w lekarskim pomieszczeniu pozbawiał mnie inicjatywy i wprowadzał w stan „rozbudzonego letargu”. Może dlatego, że nieświadomie moja pasywna postawa miała mi zjednać nieznany jeszcze werdykt wielkiego czarodzieja w białym fartuchu, nie wiem. Jednak po kilkunastu minutach, gdy nikt się nadal nie pojawiał, zapukałem jak można najdelikatniej do drzwi pokoju ożywionej rozmowy. Skutek nie dał na siebie długo czekać. Szpara w drzwiach powiększyła się na tyle, by przepuścić uśmiechniętą twarz młodej osoby, płci żeńskiej, kończącej proces połykania, widocznie smacznego kęsa. „Ach, to pan! Proszę chwilę zaczekać, zaraz pana poproszę”. Tym razem szpara zniknęła, razem z wycofującą się miłą fotografią. Zrozumiałem mój nietakt! Przerwałem porę drugiego śniadania i czułem się bardzo tym zażenowany.

Dla tych, którzy nie mieli szczęścia żyć w tamtych czasach, przekażę następny pewnik: drugie śniadanie było kolejną zdobyczą socjalną mas pracujących, jak wczasy czy sport dla wszystkich. A więc wszędzie, lub prawie wszędzie, bo z wyjątkiem może  straży pożarnej, pracowity ludek miał prawo, a nawet moralny obowiązek, poświęcić się półgodzinnej kontemplacji gastronomicznej w miejscu swojej pracy. W ministerstwach, biurach, urzędach, sklepach i tym podobnych organizacjach życie zamierało i nic nie było na tyle ważne, by przerwać procedurę mającą za cel spożycie z namaszczeniem kanapki „z czymś tam” i wypicie szklanki gorącej herbaty. O ile kanapka była jednorazowego spożycia, o tyle herbata miała prawo być pita nie tylko w porze drugiego śniadania, ale w ciągu całego dnia pracy.

W niektórych zgrupowaniach mających licznych pracowników, kierownictwo posuwało daleko swoją troskę o zapewnienie herbaty dla każdego, zatrudniając „panią herbaciarkę”, której jedynym obowiązkiem było gotować, parzyć i dostarczać na stanowiska pracy ten wspaniały ulubiony przez naród napój. W przypadku braku takowej, każdy pracownik dysponował elektryczną grzałką w postaci spiralnej rurki, która włożona w wodę musztardówki w dwie minuty doprowadzała ją (wodę) do wrzenia. Nie miało absolutnie znaczenia, że wodę czuć było fenolem, bo do tego w Warszawie wszyscy byli przyzwyczajeni i że herbata była albo gruzińska, albo chińska, gdyż oba te rodzaje, okresowo dostępne w sklepach, nadawały gorącej wodzie po odpowiednio długim namiękaniu, lekko rdzawy, bez smaku, kolorek.

Problem kanapki był natomiast sprawą indywidualną i kierownictwo zostawiało każdemu swobodną rękę i niezbędny czas na przyrządzenie na miejscu, z produktów przyniesionych z domu lub zakupionych w sklepie obok, odpowiedniego przysmaku garmażeryjnego. Bazą tego przysmaku były oczywiście kromki chleba, które po posmarowaniu wewnątrz masłem lub z braku takiego margaryną, przekładane były plasterkami wędliny, jajeczka na twardo, a w sezonie letnim dodatkowo, cienko pokrojonym pomidorem lub ogórkiem. Złożenie dwóch kromek dawało właśnie kanapkę męską, odpowiednio grubą i wymagającą szerokiego otwierania ust przy jej jedzeniu, dlatego też panie wolały, dla zachowania niezbędnej elegancji, spożywać cienką kanapkę damską sporządzoną z jednej tylko kromki chleba.

Cenne opakowania od przyniesionych z domów produktów były starannie zwijane i zabierane do ponownego ich użytku. Procedurę śniadania kończyło z zasady wspólne mycie szklanek i ustawienie ich w przewidzianym do tego miejscu oraz chwila uspakajającej „prasówki” w celu podzielenia się z koleżeństwem informacjami wyczytanymi w gazecie opakowaniowej. Czas na prasówkę nie był normowany, gdyż przekazywanie informacji o zachodzących w kraju przemianach, było mile widziane przez kierownictwo przedsiębiorstwa.

Moja wizyta w „Palmie” wypadła więc w „złą godzinę”, a następstwa tego nierozumnego kroku nie mogły oczywiście przynieść dobrych wyników. Wspólne śniadanko za drzwiami widocznie było na ukończeniu, gdyż moje oczekiwanie nie trwało już długo. Zostałem zaproszony przez właścicielkę uśmiechniętej twarzy do pokoju lekarskiego, wyposażonego prawdopodobnie w niezbędne pomoce zawodowe dla pana doktora. Sympatycznie wyglądający pan po pięćdziesiątce wcale nie miał mi za złe mojego wtargnięcia w okres restaurowania jego sił fizycznych. Wprost przeciwnie, podszedł, podał mi rękę i spytał:

- Cóż pana do nas sprowadza?

- Panie doktorze, coś się dzieje z moim palcem i chciałbym, by pan mógł go uzdrowić.

Lekarz wziął moją dłoń i nacisnął spuchnięte miejsce na palcu, syknąłem lekko z bólu, przycisnął raz jeszcze mocniej chyba po to, by się upewnić, odpowiedziałem również wzmocnionym syknięciem. Widocznie to mu wystarczyło do postawienia diagnozy, gdyż poinformował mnie z szerokim uśmiechem, odsłaniającym niewiarygodnie białe zęby pasujące w kolorze do nienagannie wyprasowanego „kitla”:

- Igiełka ciernia spowodowała w palcu mały wewnętrzny ropień, ale to nic groźnego i zaraz się nim zajmiemy. Pani Haniu – zwrócił się do swojej asystentki równie jak on w białym fartuchu – proszę przygotować skalpel i opatrunek. Oczyścimy ranę jak należy i na nowo będzie pan mógł chodzić po jeżynach. Ha, ha, ha!

Mimo że słowo skalpel miało dla mnie złe brzmienie, byłem uspokojony, że będę zdrów na wyjazd do Wałcza, a to tylko naprawdę było dla mnie ważne. Pani Hania, po rozłożeniu małej ceratki na podniesionym wysoko ruchomym łóżko-stole, posadziła mnie na krześle i poprosiła o rozłożenie na niej dłoni, co spiesznie wykonałem. Przemycie palca spirytusem etylowym, który gdzie indziej był koncentratem bazowym dla produkcji wódek, było kwestią czasu i pan doktor zasiadł naprzeciwko mnie. Odwróciłem wzrok na ścianę, a gdy po małym uszczypnięciu w palec spojrzałem na nowo, ropień był w trakcie usuwania za pomocą gazy i szczypiec, przez zręczne ręce pana doktora. Odetchnąłem z ulgą. Pani Hania, już bez komendy lekarza, przemyła oczyszczone miejsce jodyną, posypała chyba talkiem, położyła kawałek gazy i zawinęła bandażem. „Był pan dzielny. To już wszystko” – powiedziała z zadowoleniem. Uścisnąłem podaną mi dłoń lekarza, ukłoniłem się głęboko pani asystentce, powiedziałem do widzenia pani sekretarce i spiesznie opuściłem gościnne progi „Palmy” myśląc, że na zawsze.

Zgodnie z zaleceniem lekarza palec miałem odwinąć dopiero po tygodniu, co było czasem wystarczającym na zrośnięcie się obu krawędzi rany. Tak! Te-o-re-tycz-nie wys-tar-cza-ją-cym! A praktycznie? Tydzień w Wałczu z bandażem na prawym ręku był trudny do przetrwania. Ani się dobrze umyć, ani grać w siatkówkę, a w dodatku czułem, że pod bandażem działo się coś niedobrego. I miałem rację, bowiem w przychodni lekarskiej w Wałczu lekarz dyżurny po odpakowaniu mojego palca nie był zadowolony z tego, co zobaczył. Nawet nie wahał się mnie powiedzieć, że sprawa nie jest na dobrej drodze i że powinienem na nowo zwrócić się do „Palmy”. Tym niemniej ranę przemył, zdezynfekował jodyną, a po posypaniu chyba talkiem, zabandażował ją na nowo. Tym razem byłem naprawdę zaniepokojony i po dziesięciu dniach od przyjazdu, z bólem serca zdecydowałem pożegnać się z życiem obozowym i powrócić do Warszawy.

Nie zwlekając długo poszedłem do „Palmy”, gdzie na nieszczęście dla mnie wpadłem znowu na ten sam zestaw dyżurny. Nie wiem dzisiaj dlaczego, ale w pewnym momencie znalazłem się w pokoju lekarskim równocześnie z jakąś studentką, która stojąc, słuchała przerażona, jak pan lekarz namawiał ją do poddania się natychmiastowej operacji usunięcia paznokcia z grubego palca u nogi. Studentka nie była widocznie przekonana, że operacja będzie bezbolesna jak ją zapewniał pan doktor. Toteż ten, widząc mnie w polu widzenia, stwierdził widocznie że mój przypadek powinien być zademonstrowany przed kandydatką na operację, by ją ostatecznie do niej przekonać. Jednak po odwinięciu bandaża z mojego palca pan doktor przybrał złą minę: „Czy pan słyszał o „wilczym mięsie?” – zwrócił się do mnie z pytaniem i nie czekając na moją odpowiedź, dodał: „To co narosło na pana palcu jest to właśnie wilcze mięso, które niestety przeszkadza w prawidłowym zregenerowaniu się tkanki ciała i musimy je usunąć! Pani Haniu, proszę przygotować skrobak (nazwy nie pamiętam, tylko funkcję) i proszę do mnie.” Dalsza procedura była kopią poprzedniej. Pani Hania… itd., itd.… i pan doktor zasiadł naprzeciwko mnie. Wziął skrobak w prawą rękę, podczas gdy lewą, z pomocą obu rąk pani Hani (bardzo dobrze zadbanych i w uspakajanym kolorze paznokci), przycisnął moją dłoń do ceratki. Zwrócił się do studentki, która bladła w oczach: „Widzi pani, ten pan podda się operacji usunięcia wilczego mięsa bez znieczulenia i jestem pewien, że nie piśnie słowa w czasie jej trwania, choć będę zmuszony oczyścić i kość, co może się okazać trochę bolesne!”

Słowo bolesne było eufemizmem tego, co naprawdę potem odczułem. Okazuje się, że oczyszczanie kości bez znieczulenia, co widocznie było specjalnością pana doktora, i bez krzyku, co miało być moją, było możliwe, choć w trakcie tego łzy mi ciekły z oczu, jak płyn w kontrolce kroplówki. Podczas kiedy lekarz mył starannie ręce ubarwione moją krwią serdeczną, pani Hania kończyła bandażowanie mojego wyskrobanego palca, po uprzednim zdezynfekowaniu go jodyną i posypaniu rany talkiem. Studentki nie było, albo uciekła widząc to, co się działo, albo zemdlała i wyciągnięta została przez sekretarkę do innego pokoju. Ja też przerażony tym, co mnie spotkało, uciekałem z stamtąd, zapominając o wypowiedzeniu przysłowiowych formuł grzecznościowych.

Następnego dnia o świcie pognałem jak szalony do „Cebuli” w gmachu YMCA, gdyż strach dodał mi skrzydeł i tam czekałem cierpliwie, by być pierwszym w kolejce do lekarza specjalisty. Ten po obejrzeniu palca i wysłuchaniu mojego opisu skwitował to słowami „Gorzej niż konował!”. Po zrobieniu rentgena i ponownej operacji oczyszczenia palca, wykonanej tym razem pod znieczuleniem całej prawej ręki, nasypano do środka rany jakiegoś antybiotyku (które wtedy zaczęły się pojawiać w służbie zdrowia) i zaszyto ją dla pewności pięcioma szwami. Przed wyjściem chirurg wziął mnie na stronę i powiedział: „Miał pan szczęście, jeszcze tydzień, dwa takiego leczenia i nie moglibyśmy nic pomóc, palec byłby stracony. Na pana miejscu zapaliłbym świeczkę gdzie należy”. Tak też zrobiłem i nagle stało się jasne, dlaczego w „Palmie” nie było kolejek. Mój palec wyzdrowiał bez dalszych problemów i dzisiaj jedynie zgrubiała kość w tym miejscu przypomina mi dawno przeżyte chwile emocji.

A w ogóle to ten rok przyniósł mi jeszcze jedną kontuzję, która była bardzo bolesna i niezwykle uciążliwa do wyleczenia. W czasie mojego pierwszego pobytu w Zakopanem przy próbnym zjeździe z Gubałówki naderwałem sobie przyczep mięśnia barkowego u prawej ręki. Początkowo uraz ten był lekko bolesny, szczególnie przy ścinaniu piłki w siatkówce, ale szybko sprawność mojego barku zmniejszała się i doszło do tego, że miałem problemy nawet przy ubieraniu się. Moja prawa ręka mogła tylko wykonywać ruch balansowy jak w zegarze, każdy natomiast inny ruch stawał się niemożliwy. Musiałem z konieczności przerwać treningi i zacząć intensywne zabiegi, by uzdrowić moje ramię i powrócić do upragnionej gry w drużynie.

Konsultowany specjalista w „Cebuli” wysłał mnie do wojskowego szpitala na seanse nagrzewania i masaży barku, ale te zabiegi nie przyniosły żadnej poprawy. Toteż w czasie następnej wizyty, specjalista po obejrzeniu różnych zdjęć rentgenowskich stwierdził, że tylko naświetlania promieniem X mogą szybko uzdrowić bolesne miejsce. Znów do szpitala, tym razem na Wawelską, gdzie dano mi serię naświetlań pod „bombą kobaltową”, jak nazywano urządzenie do naświetlania chorych na raka.

Mama, która regularnie przechodziła tam ten system zabiegów, gdy się dowiedziała, że ja biorę również naświetlania, wpadła w czarną rozpacz i tylko po pokazaniu jej odpowiedniego zaświadczenia z Instytutu, uwierzyła, że nic mi nie grozi od strony rakowej. Maksymalnie dopuszczalna doza, którą wziąłem, praktycznie nie zmieniła mojego „niedołęstwa” ruchowego. Tym razem specjalista był zdecydowany: „Wyślemy pana na trzy tygodniowe leczenie do Ciechocinka. Będzie pan brał kąpiele w gorącej wodzie pełnej mineralnych soli, masaże i trenował na przyrządach ruchowych. To na pewno panu pomoże, tak jak pomagało to naszym pradziadkom”. Dano mi niezbędne skierowanie i wyznaczono termin mojej kuracji „u wód” na początek września, po czekających mnie miesięcznej praktyce zawodowej w Nysie i miesiącu przeszkolenia wojskowego w Drawsku.