Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Z wieku niemowlęcego zostało mi w pamięci niewiele wspomnień. Przypuszczam, że ten okres życia był dla mnie, jak dla większości maluchów, bardzo szczęśliwy. Pamiętam kilka oderwanych scen, jak pobyt w tajemniczym lunaparku, gdzie – jak mama opowiadała – z przerażeniem spostrzegli, że zgubili mnie w tłumie; jakieś jazdy na grzbiecie ogromnego psa, na którego wołano Gazda, straszną burzę z błyskawicami i pożar sąsiedniego domu.

W momencie wybuchu wojny z Niemcami w 1939 roku miałem już 5 lat i to pozwalało mi patrzeć na to, co się działo z pewnym zaciekawieniem. Wspomnień z tego okresu też nie mam wiele. Ojciec mój był wojskowym w twierdzy modlińskiej i z tego tytułu mama, ojciec i ja zajmowaliśmy tam mieszkanie dla wojskowych. Przypuszczam, że byliśmy z mamą także przez krótki czas na Zaolziu w Czechosłowacji, gdzie polskie wojska weszły w 1938 roku, i gdzie znalazł się również mój ojciec. Pamiętam jedną fotografię, która – jak opowiadała mama – była zrobiona na Zaolziu. Widać na niej ojca trzymającego mnie na rękach przy armacie ciągniętej przez konie. .

W Modlinie latem chodziliśmy z mamą nad Wisłę, która przepływała u stóp twierdzy. Brzeg rzeki był bardzo piaszczysty i z kolegami wspaniale bawiliśmy się w wodzie, na piasku i w nadbrzeżnych wiklinach. Sama twierdza, położona nad zlewiskiem trzech rzek: Wisły, Narwi i Bugu, była również bazą wojskowej rzecznej floty. W tych czasach bowiem z powodu braku dróg na bagnistych kresach wschodnich, Polska utrzymywała uzbrojone statki rzeczne, które pływały po Narwi, Bugu i Prypeci. Z tego tytułu w Święto Niepodległości Polski w dniu 11 listopada, odbywały się tam defilady statków i pokazy na wodzie. Było to dla mnie zachwycające. A wieczorem widowisko z bukietami ogni sztucznych, z oświetleniem murów twierdzy i statków, sprawiało, że miałem wrażenie uczestniczenia w prawdziwej bajce, jak te, które mama czytała mi do snu.

Już w tym czasie pojawił się u mnie rodzaj zamiłowania do techniki. Szliśmy na plażę, mama z drugą panią obok siebie, a ja z moim kolegą biegaliśmy wokoło nich. Droga była pochyła, a zamontowane wzdłuż niej szyny pozwalały transportować na wózkach materiały między brzegiem Wisły i twierdzą. Biegając, zauważyłem, że stojący na szynach wózek był zabezpieczony przed zjazdem tylko powrozem, przywiązanym do pala wbitego w ziemię. Wyjaśniłem koledze, że zamiast schodzić pieszo, możemy zjechać wózkiem i być wcześniej na plaży niż nasze mamy. Nawet dla smyków mających 4 lata zdjąć powróz i wskoczyć na bufor wózka było rzeczą łatwą. Było bardzo „fajnie”, jak wózek ruszył i my na nim powoli zbliżaliśmy się do naszych mam, do których zaczęliśmy wołać, by zwrócić ich uwagę na nasz wyczyn. Lecz tu pojawił się problem, bo mamy, widząc nas na wózku, zaczęły krzyczeć, żebyśmy natychmiast z niego zeskoczyli, co już nie było łatwe, ponieważ nasz pojazd nabrał prędkości i baliśmy się. W końcu rozpaczliwe krzyki naszych mam i strach przed dalszą jazdą spowodowały, że nie wahaliśmy się dłużej. Zamiast na plaży, cała wycieczka wylądowała w punkcie sanitarnym, gdzie nasze zadrapania i potłuczenia zostały pieczołowicie opatrzone. Było też „lanie”.

Moja starsza kuzynka, która mieszkała z rodzicami w Modlinie, bo jej ojciec był również wojskowym, opowiadała mi, że rodzice zostawili mnie raz pod jej opieką. Byłem wtedy bardzo mały i mimo niewygodnej pozycji w wózku, udało mi się rozebrać smoczek i połknąć gumową kostkę, co spowodowało ogromny płacz kuzynki i przerażenie rodziców. Świadczyło to bez wątpienia, że techniką zacząłem się interesować bardzo, bardzo wcześnie.

Z życia w twierdzy niewiele zostało mi w pamięci, tylko kilka fragmentów. Bunkry i korytarze podziemne, po których chodzenie było przerażająco interesujące. Kasyno, do którego szedłem, gdy byłem głodny, a tam jedna pani w bufecie dawała mi bułkę posypaną makiem, z masłem i szynką, która do dzisiaj jest dla mnie jednym z ulubionych przysmaków. Oh! Jakie to było wspaniałe jedzenie! W tym czasie rodzice moi prowadzili ożywione życie towarzyskie, a do opieki nade mną sprowadzili, z Wierzbówca, młodą dziewczynę mającą około 15 lat. Twierdza była otoczona murami i wałami, z których zimą zjeżdżało się na sankach po ścieżkach ogrodzonych drutami kolczastymi. Kiedyś zjeżdżając sam, gdyż moja niania stwierdziła, że lepiej jej patrzeć z dołu niż drapać się ze mną pod górę, zjechałem w te druty i pociąłem sobie twarz. Uważałem widocznie, że była to jej wina, ponieważ po obandażowaniu mnie w domu, nic nie mówiąc, wziąłem młotek i tak tym młotkiem przywaliłem jej w plecy, że ona z kolei miała długo problemy z oddychaniem!

To pisząc, przyznam się, że jedną z moich kardynalnych wad dojrzałego życia jest brak pokory i przebaczenia. Nie umiem przebaczyć ludziom, których darzyłem zaufaniem, i dla których mogłem wiele poświęcić, a którzy mnie w jakimś momencie, w czymś ważnym dla mnie, zawiedli. I to, niestety, zostało mi na zawsze. Nie to, żebym się mścił na nich, nic w tym sensie, po prostu nie mam ochoty mieć z nimi więcej nic wspólnego. Przez tę złą cechę mojego charakteru straciłem wielu kolegów i przyjaciół. Niestety.

O mojej niańce kuzynka opowiedziała mi następującą historię. Pochodziła ze wsi i mimo swoich 15 lat nigdy nie widziała pociągu. Kiedyś po raz pierwszy szła z moją mamą z Modlina do Nowego Dworu, drogą prowadzącą przez piętrowy most nad Bugiem. Na górze drewnianego mostu odbywał się ruch drogowy, a na dole, pod spodem, jeździły pociągi. W momencie, kiedy cała grupa, ze mną w wózku, była na moście, dołem przejeżdżał pociąg i z ogromnym hałasem zasłonił obłokami dymu całą górną część mostu. Widząc to i słysząc, moja niańka rzuciła się na chodnik z krzykliwą modlitwą, by Bóg ją uchronił od antychrysta, który właśnie przyszedł po nią z podziemi. Potrzeba było dużo wysiłku, by ją przekonać, że w tym, co widziała nie było nic nieziemskiego.